Jeżeli Christiana Greya zagra Ian Somerhalder, Ryan Gosling albo Robert Pattinson to zbieram ekipę na zamach na autorkę/reżysera. Proszę stawiać na Matta Bomera!
FILM
Zareklamowałam się, teraz mogę śmiało wstawiać nowy ;))
+Uwierzycie, że skręciłam palca? Wskazującego? PRAWEJ dłoni?
______________
Ani Sahiba, ani Galiji nie widziałam jeszcze. Nie dziwiłam się nawet w końcu było chwilę po dziewiątej rano. Spodziewałam się, że wyłonią się z pokoi około dwunastej, może nawet później.
Przeszukiwałam szuflady komody, żeby znaleźć ładowarkę do telefonu. Dostałam go zaraz po przyjęciu oświadczyn Artana, co mnie niezwykle wtedy podniosło na duchu, że potrafił mi tak zaufać. Tyle, że ten kabel ciągle mi się gdzieś gubił!
Zatrzymałam się przy jednej z szuflad, której nigdy nie otwierałam. Nic swojego w niej nie trzymałam, a nie chciałam mieszać tam narzeczonemu. Chociaż może, włożył ją tam przez przypadek? Albo Martha?
Czułam jakbym robiła coś złego. Artan siedział w salonie kilka metrów dalej, czekając aż wrócę. Przełknęłam głośno ślinę, nie miałam pojęcia dlaczego tak się tym denerwowałam.
Otworzyłam ją.
Moim oczom ukazały się jakieś dokumenty i otwarta teczka. Wyglądała, jakby włożył ją tam tak prędko, że nie przejął się tym, że przy odrobinie nieszczęścia jej zawartość ukaże się innej parze oczu. Tak jak teraz... Jakby ją chował.
Czułam krople potu na czole.
Uchyliłam jej wieko i... Boże.
Zasłoniłam dłonią usta. I podniosłam pierwsze zdjęcie drżącymi rękami.
Na fotografii był chłopiec, około czterech lat. Uśmiechał się zadowolony w obiektyw i trzymał coś w ręce. Chyba kocyk, albo małego jaśka. Odwróciłam niepewnie zdjęcie. Nisbah, 2005. Następne, ten samo czarnowłosy chłopiec tyle że trochę starszy. Nisbah, 2009. I ten znajomy kształt nosa i kolor oczu...
Łzy napłynęły mi do oczu, ale żadna z nich nie spłynęła po gładkim policzku. Byłam w szoku! Co to miało znaczyć?! Błagam, niech to nie będzie prawda...
Wstałam, ale nogi się pode mną uginały. Zaczęło mi się kręcić w głowie i opadłam zmęczona na łóżko. Siedziałam, wpatrując się ślepo w ścianę i próbowałam to jakoś przyjąć do wiadomości.
Oszukał mnie.
Mogę to w ogóle tak nazwać? Przemilczał tę kwestię. Boże, jedyny człowiek, któremu tutaj ufałam bezgranicznie prowadził podwójne życie. O co tutaj chodzi? Te wszystkie delegacje, te "zostaję dłużej w pracy" to... Wciągnęłam głośniej powietrze. Miałam najprawdziwsze wrażenie, że pęka mi serce.
Słyszałam kroki, a chwilę później roześmiany głos mężczyzny.
- Przykleję ci ją do telefonu. - spojrzałam na niego z uchylonymi ustami, a jemu mina stopniowo rzedła. - Źle się czujesz? - zaniepokoił się, siadając tuż obok.
Potem wszystko działo się bardzo szybko. Objął mnie ramieniem i zauważył wysuniętą najniższą szufladę komody, zieloną teczkę i wszystko co było w środku. Przyciągnął mnie mocniej do siebie, tak, że nogi miałam przełożone przez jego kolana, a twarz oparłam o męskie ramię.
- Co tam znalazłaś? - zapytał gniewnie, unosząc głowę.
Pociągnęłam nosem, ale nie odpowiedziałam na to pytanie. Bałam się, że głos zacznie mi się łamać.
Wciągnął głośno powietrze i chwilę zastanawiał się co powiedzieć.
Każdy stres przy zagrożonej ciąży jest niepotrzebnie podejmowanym ryzykiem. W zależności od stopnia rozwoju płodu jest on proporcjonalny. Najmniejsze szanse mają dzieci w wieku do 30 tygodni, kiedy to ich rozwój jeszcze nie osiągnął stadium, które zapewnia przeżycie poza łonem matki. Czasem stres, który przeżywała kobieta odbija się w późniejszym terminie, czasami dwa-trzy tygodnie przed planowanym porodem.
sobota, 27 kwietnia 2013
niedziela, 14 kwietnia 2013
INFO
Nie wiem nawet czy zdążycie to przeczytać, haha ;). Rozdział pojawi się dzisiaj wieczorem, albo w ciągu najbliższych 3 dni. Chodzi o to, że teraz mam taki zapieprz w szkole, że po prostu miazga. Czeka mnie przeprowadzka za granicę, więc jak na razie, kiedy nie kuję na zaliczeniowe testy tutaj w Polsce, to wychodzę ze znajomymi albo dodatkowo szlifuję język. Właśnie leży przede mną wos, historia i repetytorium z niemieckiego. Wszystko właściwie na wczoraj... :<
Ale rozdział mam już w połowie napisany, na upartego mogłabym go tutaj wstawić, ale chcę żeby był dłuższy. Poza tym jak już się wyniosę stąd jestem pewna, że będę mieć więcej czasu dla was. :)
Ale rozdział mam już w połowie napisany, na upartego mogłabym go tutaj wstawić, ale chcę żeby był dłuższy. Poza tym jak już się wyniosę stąd jestem pewna, że będę mieć więcej czasu dla was. :)
poniedziałek, 8 kwietnia 2013
5: To nie ty jesteś ofiarą.
Tak sobie tutaj weszłam i jak sobie o was pomyślałam to mi się ciepło na sercu zrobiło ;). I mimo tego, że powinnam siedzieć na dupie i uczyć się z geografii wolałam napisać dla was rozdział! :)
_______________________
Sahib i Galija nie wracali bitych kilka godzin. Chłopak pojechał po nią kilka chwil po siedemnastej, a niedawno zegar wybił dwudziestą trzecią. Choć żadne z nich nie miało godziny policyjnej to ja i Martha denerwowałyśmy się niesamowicie. Galija nowy telefon miała odebrać dopiero jutro, a Sahib wyłączył swój. Byłam zmęczona. Z jednej strony chciałam być pierwszą osobą, która się na nich wyżyje, ale z drugiej byłam zbyt zmęczona, żeby trwać na tej kanapie kolejnych kilka godzin. Artan właśnie wracał do domu, ale mimo mojego oczekiwania czarne audi nie pojawiało się na podjeździe.
Wstałam w końcu z miejsca. Tyłek zaczął mnie już pobolewać od całodziennego siedzenia w jednej pozycji, a do tego miałam wrażenie, że jak za chwilę czymś się nie zajmę, oszaleję. Weszłam do sypialni, którą dzieliłam obecnie z... narzeczonym. Tak, to słowo dalej z trudem przychodziło mi na myśl. Weszłam do ogromnej garderoby i kucając, otworzyłam najniższą szufladę i wyciągnęłam z niej pierwszą lepszą piżamę. Niedługo przestanę mieścić się nawet w dres...
Zamknęłam się w łazience, choć od dawna tego nie robiłam. Przestałam, kiedy zaczęłam czuć się tu coraz swobodniej. Położyłam na półce ubrania i zaczęłam zmywać niezwykle delikatny makijaż.
Chyba właśnie taka podobałam się Artanowi najbardziej. Naturalna. I tego nigdy nie potrafiłam zrozumieć. Jedyne co teraz znajdowało się na mojej twarzy to korektor na dolnych powiekach i odrobina tuszu do rzęs. Nawet z włosami rzadko kiedy coś robiłam...
Wpadłam w jakiś melancholijny nastrój. Nie chcąc dłużej zagłębiać się w tym wszystkim weszłam pod gorący prysznic. Upiąwszy wcześniej włosy na samym czubku głowy, pozwoliłam by ciepła woda obmywała mi plecy. Byłam na siebie zła i obwiniałam się za całą tę sprawę, która teraz męczyła całą naszą trójkę. A co jeśli przez to coś im się stało? Sahib był taki impulsywny... Nie zachowałam się w stosunku do niego uczciwie, można by to nawet podciągnąć pod kłamstwo. To wszystko była moja wina...
Z rozmyślań wyrwało mnie natarczywe pukanie do drzwi. Artan.
Nawet nie zorientowałam się, że zaczęłam szlochać. Woda już dawno przestała lecieć, a ja byłam już w piżamie, otulona milutkim szlafrokiem. Pospiesznie otarłam twarz i otworzyłam drzwi.
Chciałam go wyminąć i jak najszybciej znaleźć się pod ciepłą kołdrą, ale zatrzymał mnie, obejmując jedną ręką moją talię. Nie potrafiłam tego zignorować. Uśmiechnęłam się blado i stając na palcach, przytuliłam twarz do jego szyi i pozwoliłam objąć się bardzo delikatnie. Dłonie położyłam wysoko na jego karku, jedną z nich wsuwając w gęste, czarne włosy. Bezwiednie wzięłam głębszy oddech i poczułam przyciągający mnie zapach męskich perfum i proszku do prania albo żelu pod prysznic.
- Sahib wie... - wyszeptałam, nie odsuwając się nawet na krok - Po co ja siedziałam w tym salonie... Jakbym nie mogła się zamknąć tutaj z tymi swoimi lekturami. Mogłam od razu napisać sobie termin na czole. Jak mogłam być taka głupia...
- Spokojnie! - powiedział cicho, ale stanowczo, a w jego głosie wyczułam odrobinę rozbawienia i większą część troski.
Musnął ustami moje czoło.
- Kiedy to naprawdę moja... - urwałam, widząc jego spojrzenie, kiedy odsunęłam się kilka centymetrów, wciąż jednak trwając w jego ramionach - Miałeś rację, że lepiej poczekać z tym aż sytuacja w domu się polepszy. Teraz nie wiadomo co się z nim dzieje!
- Poczekamy jeszcze godzinę, później... - urwał - Lepiej dla niego, żeby jednak wrócił w tym czasie. - uśmiechnął się i przyciągnął mnie do siebie.
- Jest bardzo porywczy. - przyznałam, wzruszając ramionami i tłumiąc ziewnięcie.
- Późno już. - przypomniał, odsuwając mnie i kładąc dłoń nisko na moich plecach.
- Nie zasnę teraz.
- Więc włączę ci jakiś nieprzetłumaczony, nudny film i padniesz szybciej niż skończy się wstęp.
Okej, okej, okej. To był Marley czy Jake? Percy, Derek? A może Chris? Tak, chyba Chris. W każdym razie Amerykanin. Oni wszyscy wyglądają przecież tak samo. A ten wyglądał jak skwarka z jasnymi włosami. Ciekawe ile czasu już tu mieszkał, skoro zdążył zaprzyjaźnić się z Sahibem. Siedziałam z przodu i pochylałam się nad radiem, pogłaśniając lecącą własnie piosenkę. Znałam tekst tylko trochę, ale śpiewałam własną wersję. Arab dołączył do mnie wers później.
Chris, Patrick, czy jak mu tam śmiał się z nas i co chwilę ściszał muzykę. Ciągle nalegał, żebyśmy zostali na noc u niego, coś mrucząc pod nosem o Artanie, ale Sahib zapewniał, że nie ma ochoty się dziś z nim przespać. Cokolwiek to znaczyło. Trochę zaczęli się w pewnym momencie kłócić, ale sprawa ucichła, kiedy znów zaczęłam swoje przedstawienie.
- Czemu dajesz mu prowadzić swój samochód? - zaśmiałam się, niemal wywracając, ale złapał mnie za ramię w ostatniej chwili, samemu prawie nie lądując tuż przed moimi butami.
- Jak ty możesz w tym chodzić?! - nachylił się nieporadnie z uwagą oglądając moje stopy.
- Urodziłam się w tych butach. - uśmiechnęłam się i pociągnęłam za kołnierz jego koszuli. - A teraz poważnie. Jak mówię "poważnie" to masz się uspokajać, a nie! - wybuchłam śmiechem, widząc jak chłopak nieporadnie stawia kolejne kroki. - Zjadłabym coś... - marudziłam.
Chociaż nie piłam często, zawsze kończyło się to jakąś gastrofazą. Jadłam i jadłam. Całą noc, albo cały poranek, a później tydzień walczyłam z odstającym brzuchem. Teraz było to samo. Właśnie zbliżał się moment, kiedy mój żołądek wydawał te słynne bełkoty.
Chris wrócił po nas, twierdząc, że chyba wszyscy śpią, bo nigdzie nie zauważył palącego się światła. Dobrze się złożyło, nie miałam ochoty na awantury w środku nocy, a Artana znałam naprawdę krótko i trudno byłoby mi jego reakcję przewidzieć.
Wszyscy weszliśmy po cichu do środka. Wyglądało to trochę jak dodatkowa scena w "Mission Impossible" tyle że w głównej roli zabrakło sławnego Toma, ale zamiast niego pojawiły się trzy niedołęgi w tym dwie w stanie upojenia alkoholowego. Tak, to mogłoby być ciekawe na wielkim ekranie...
Jak tylko Chris zamknął za sobą drzwi, a my dorwaliśmy się do aneksu kuchennego od razu rzuciłam się na Marthowe ciasto z jabłkami i banany. Sahib długo czegoś szukał, ale tak naprawdę średnio mnie to właściwie obchodziło. Jak tylko stanął obok, chciałam to wykorzystać i łapiąc się jego niestabilnego ramienia schyliłam się zdejmując buta z jednej nogi. Kiedy już brałam drugiego moja równowaga zawiodła i poleciałam na chłopaka, prawie wywracając nas oboje na podłogę. W ostatniej chwili jednak złapałam się lady i zatrzymałam, Sahib jednak popchnął tyłkiem hoker, który upadł na kafelki, robiąc przy tym niesamowity huk.
Minutę później zza drzwi wyszedł Artan. Kiedy tylko otworzył usta zobaczyłam tuż za nim JĄ. Dziewczynę, która to wszystko ukartowała. Problem, od którego wszystko się zaczęło.
niedziela, 31 marca 2013
Próba
Ha-ha-ha :( Co za kiepszczyzna :( Już nie umiem :(
to tylko taka proba, chce wiedziec czy ktos nadal jest zainteresowany
____
to tylko taka proba, chce wiedziec czy ktos nadal jest zainteresowany
____
- Matko, co on robi po tej stronie ogrodu?! - przestraszyłam się, od razu zabierając z ramion Sahiba grubego, szarego persa.
Przytulając do siebie zwierzę, obrzuciłam chłopaka zaintrygowanym spojrzeniem. Wyraźnie rano mówił, że znika aż do wieczora...
- Trzeba coś z tym zrobić, a co jeśli kiedyś potrąci go któryś z was?! Albo ktokolwiek?! Zgubi się, łażąc po chodniku albo...
- Spokojnie! - podniósł głos, trochę się ze mnie śmiejąc - Żyje już tyle lat i jakoś przetrwał. Swoją drogą wierzysz, żeby to leniwe bydle odeszło od miski dalej niż na odległość kilkunastu metrów?
Odwróciłam się gwałtownie i poprawiając kota w swoich ramionach wróciłam na swoje miejsce. Położyłam się na boku, przyciągając go do siebie, a on rozciągnął się i przymknął oczy, pozwalając mi głaskać się po brzuchu i cicho przy tym mrucząc. Okryłam się kocem i sięgnęłam po lekturę, którą chwilę wcześniej musiałam porzucić. Sahib kręcił się gdzieś za mną, w kuchni i byłam pewna, że za moment sobie pójdzie. Jak zawsze. Zwierze zaczęło już spokojnie, miarowo oddychać.
- Czytasz? - spytał nagle.
I choć nie widziałam jego twarzy, wyraźnie wyczułam zaskoczenie. Nasze stosunki się ochłodziły w ciągu ostatnich kilku tygodni, a nasze rozmowy sprowadzały się do zwykłego "Cześć, co słychać?", krótkiej odpowiedzi i pożegnaniach. Nie byłam w stanie jednak zapomnieć tych wszystkich kłótni i awantur, tego jak mówił za dużo i nie przepraszał za błędy. A teraz? Jakby nic się nie stało?
- Bystry jesteś. - odburknęłam, nie odrywając wzroku od książki.
- Słaby dzień? - zaśmiał się, znów próbując utrzymać rozmowę, a kiedy nie odpowiedziałam dodał szybko - O co ci chodzi, hm?
- Dasz mi w końcu spokój? Miło, że masz ochotę na pogawędkę, ale jak widać jestem zajęta. - uniosłam książkę, ostentacyjnie mu ją pokazując, a dopiero chwilę później karcąc się w myślach, że gdyby tylko zobaczył jej tytuł...
- Uspokój się! - podniósł odrobinę głos - Staram się zakopać topór wojenny, a ty na mnie naskakujesz. Coś się stało? Kim jesteś i gdzie jest prawdziwa Emma?!
- Poważnie... - mruknęłam, bo zrobiło mi się głupio.
- Zjadłaś ją?! - przerwał mi, udając przerażonego i unosząc dłoń do otwartych ust.
- Sahib!
Mimo starań nie mogłam powstrzymać śmiechu. Trochę go to rozluźniło i sam uśmiechnął się szeroko, gapiąc się bezczelnie prosto na mnie. Nie przeszkadzało mi to, tylko zaciekawiło, co ma na celu, skoro tak się stara?
- Słuchaj... - zaczął niepewnie, wprowadzając sukcesywnie z każdym słowem coraz to większe napięcie - Mam do ciebie prośbę. Drobiazg. - zapewnił. - Chodzi o Galiję... Przyjechała wczoraj, w południe. Pogadała ze mną chwilę i zmyła się do siebie, nie wychodząc już z pokoju. Rano się minęliśmy i zdążyłem zauważyć, że chyba nie jest jej tu najlepiej. Nie wiem, może to początki, ale... Co? - zmarszczył brwi, widząc moją minę.
Starałam się nieporadnie ukryć, wkradający się na moje usta uśmiech.
- Ty się o nią martwisz?! - otworzyłam szerzej oczy, cicho się śmiejąc - No coś ty! Kto jeszcze niedawno mówił "jest prawie dorosła, da sobie radę", "co to ma być? Przytułek dla bezdomnych?" - próbowałam naśladować jego głos.
- Staram się zachowywać dorośle! Ty i Artan powinniście wstać i zacząć bić brawo.
Zrzuciłam prędko koc z pleców, na co kot zareagował pomrukiem niezadowolenia i zeskokiem z kanapy i stanęłam tuż obok, leniwie klaskając.
- Dobry początek. - pochwaliłam - Więc co wymyśliłeś?
Przytulając do siebie zwierzę, obrzuciłam chłopaka zaintrygowanym spojrzeniem. Wyraźnie rano mówił, że znika aż do wieczora...
- Trzeba coś z tym zrobić, a co jeśli kiedyś potrąci go któryś z was?! Albo ktokolwiek?! Zgubi się, łażąc po chodniku albo...
- Spokojnie! - podniósł głos, trochę się ze mnie śmiejąc - Żyje już tyle lat i jakoś przetrwał. Swoją drogą wierzysz, żeby to leniwe bydle odeszło od miski dalej niż na odległość kilkunastu metrów?
Odwróciłam się gwałtownie i poprawiając kota w swoich ramionach wróciłam na swoje miejsce. Położyłam się na boku, przyciągając go do siebie, a on rozciągnął się i przymknął oczy, pozwalając mi głaskać się po brzuchu i cicho przy tym mrucząc. Okryłam się kocem i sięgnęłam po lekturę, którą chwilę wcześniej musiałam porzucić. Sahib kręcił się gdzieś za mną, w kuchni i byłam pewna, że za moment sobie pójdzie. Jak zawsze. Zwierze zaczęło już spokojnie, miarowo oddychać.
- Czytasz? - spytał nagle.
I choć nie widziałam jego twarzy, wyraźnie wyczułam zaskoczenie. Nasze stosunki się ochłodziły w ciągu ostatnich kilku tygodni, a nasze rozmowy sprowadzały się do zwykłego "Cześć, co słychać?", krótkiej odpowiedzi i pożegnaniach. Nie byłam w stanie jednak zapomnieć tych wszystkich kłótni i awantur, tego jak mówił za dużo i nie przepraszał za błędy. A teraz? Jakby nic się nie stało?
- Bystry jesteś. - odburknęłam, nie odrywając wzroku od książki.
- Słaby dzień? - zaśmiał się, znów próbując utrzymać rozmowę, a kiedy nie odpowiedziałam dodał szybko - O co ci chodzi, hm?
- Dasz mi w końcu spokój? Miło, że masz ochotę na pogawędkę, ale jak widać jestem zajęta. - uniosłam książkę, ostentacyjnie mu ją pokazując, a dopiero chwilę później karcąc się w myślach, że gdyby tylko zobaczył jej tytuł...
- Uspokój się! - podniósł odrobinę głos - Staram się zakopać topór wojenny, a ty na mnie naskakujesz. Coś się stało? Kim jesteś i gdzie jest prawdziwa Emma?!
- Poważnie... - mruknęłam, bo zrobiło mi się głupio.
- Zjadłaś ją?! - przerwał mi, udając przerażonego i unosząc dłoń do otwartych ust.
- Sahib!
Mimo starań nie mogłam powstrzymać śmiechu. Trochę go to rozluźniło i sam uśmiechnął się szeroko, gapiąc się bezczelnie prosto na mnie. Nie przeszkadzało mi to, tylko zaciekawiło, co ma na celu, skoro tak się stara?
- Słuchaj... - zaczął niepewnie, wprowadzając sukcesywnie z każdym słowem coraz to większe napięcie - Mam do ciebie prośbę. Drobiazg. - zapewnił. - Chodzi o Galiję... Przyjechała wczoraj, w południe. Pogadała ze mną chwilę i zmyła się do siebie, nie wychodząc już z pokoju. Rano się minęliśmy i zdążyłem zauważyć, że chyba nie jest jej tu najlepiej. Nie wiem, może to początki, ale... Co? - zmarszczył brwi, widząc moją minę.
Starałam się nieporadnie ukryć, wkradający się na moje usta uśmiech.
- Ty się o nią martwisz?! - otworzyłam szerzej oczy, cicho się śmiejąc - No coś ty! Kto jeszcze niedawno mówił "jest prawie dorosła, da sobie radę", "co to ma być? Przytułek dla bezdomnych?" - próbowałam naśladować jego głos.
- Staram się zachowywać dorośle! Ty i Artan powinniście wstać i zacząć bić brawo.
Zrzuciłam prędko koc z pleców, na co kot zareagował pomrukiem niezadowolenia i zeskokiem z kanapy i stanęłam tuż obok, leniwie klaskając.
- Dobry początek. - pochwaliłam - Więc co wymyśliłeś?
- Nic konkretnego, ale... - wstał z miejsca, widząc podręcznik, który teraz spoczywał otwarty na podłodze i podnosząc go, omiótł go wzrokiem. Mina powoli mu rzedła.
Przygryzłam wargę z nerwów i obserwowałam z przerażeniem jego reakcję. Boże, Boże... Nie tak miał się o wszystkim dowiedzieć! Przeczesałam prędko dłonią włosy, kiedy znów spojrzał na przedmiot trzymany teraz w rękach.
Uniósł niemal czterystustronnicowy plik kartek i otwierając usta, chwycił łapczywie powietrze.
- Kiedy miałem się dowiedzieć? - zapytał ostro, a mi momentalnie pojawiła się wata w kolanach.
- Sahib... - zaczęłam łagodnie.
- Pytam KIEDY?! Jutro? Za miesiąc? Aż sam zauważę?!
- Nie krzycz... - poprosiłam, a on zaśmiał się cicho i ironicznie.
- Jadę po Galiję - burknął, rzucając "Poradnik przyszłych rodziców" tuż przed moje stopy.
Przygryzłam wargę z nerwów i obserwowałam z przerażeniem jego reakcję. Boże, Boże... Nie tak miał się o wszystkim dowiedzieć! Przeczesałam prędko dłonią włosy, kiedy znów spojrzał na przedmiot trzymany teraz w rękach.
Uniósł niemal czterystustronnicowy plik kartek i otwierając usta, chwycił łapczywie powietrze.
- Kiedy miałem się dowiedzieć? - zapytał ostro, a mi momentalnie pojawiła się wata w kolanach.
- Sahib... - zaczęłam łagodnie.
- Pytam KIEDY?! Jutro? Za miesiąc? Aż sam zauważę?!
- Nie krzycz... - poprosiłam, a on zaśmiał się cicho i ironicznie.
- Jadę po Galiję - burknął, rzucając "Poradnik przyszłych rodziców" tuż przed moje stopy.
środa, 13 marca 2013
Książka dla osób bez uprzedzeń i otwartych na nowości.
Nie mogłam się powstrzymać, żeby nie napisać czegoś o tej trylogii. Kto z was czytał już "Pięćdziesiąt Odcieni"? Ja jestem w połowie drugiego tomu.
Zaczynałam "Twarze" chyba z dziesięć razy. Jak dla mnie bardzo słaby styl, brak opisów i moja znienawidzona narracja pierwszoosobowa i o, zgrozo! W czasie teraźniejszym. "Rozpinam koszulę", "nakładam pastę na szczoteczkę", "wstaję z łóżka", "robię kupę". E.L. James była zafascynowana "Zmierzchem" (kolejne omg) i bardzo wyraźnie wklepała pewne elementy do swojej powieści. Nie przemawia do mnie historia Belli i Edwarda, co też mnie odpychało od odcieni. W końcu załatwiłam sobie audiobooka, pewnego razu nie mogłam zasnąć i włączyłam czytającą Joannę Koroniewską. Przesłuchałam jednej nocy prawie 7 rozdziałów, dodam, że jeden trwa prawie godzinę. Fabuła i pomysł na książkę rekompensuje brak talentu pisarskiego.
Christian Grey jest chyba najbardziej lubianą przeze mnie osobą-tajemnicą, jaką poznałam w literaturze. Pomijając obsesję i zafascynowanie BDSM główny bohater jest typowym nietypowcem. Skrzywdzony w dzieciństwie, po traumatycznych przeżyciach w pierwszych czterech latach życia i bliznach na jego ciele, które nieustannie mu o tym przypominają jest - jak to lubią mawiać psycholodzy - małym chłopcem zamkniętym w ciele dorosłego, nieziemsko przystojnego faceta. Oczywiście to tylko moje odczucia.
Anastasia za to, choć jest młodsza całe sześć lat, znowu jest tą dojrzałą. Również kobieta po przejściach, mająca całą serię tatusiów i mamę, która nigdy nie dorosła. Są całkowitym przeciwieństwem. Ona - ciapowata, bellowata, wiecznie wywracająca się i nieudolna brunetka i on - zaradny, pewny siebie i skazany na sukces. Interesująca umowa, która ich połączyła i kłody, które rzucają się im pod nogi, kiedy tylko odnoszą jakiś wspólny sukces.
Charlie Tango, waniliowy seks, bdsm, płacz, Leila (Bóg wie jak się to pisze), pani Elena Robinson... To wszystko sprawia, że pragnę, żeby w moim życiu było coś takiego. Żeby było tak prosto. Żeby moimi jedynymi problemami była za mała ilość gumek w spodniach, głupkowata zazdrość i szukanie przeciwności na siłę. Christian ma tendencję do szukania dziury w całym. Strasznie mnie to drażni i cholernie nie pasuje do jego twardego wizerunku. Hartowany przez lata mężczyzna rozpływa się jak masło przy Anie, która wystarczy, że lekko uniesie nogę, a on już klęczy tuż obok. Ona natomiast niepewna swojej pozycji i nie potrafiąca wykorzystać tego, jak działa na Greya.
A najlepszym jest to... A nie powiem wam co, przeczytajcie sami :P
Ogółem. To nie związek Christiana i Any jest tu priorytetem. Jest nim wszystko, co dzieje się wkoło. I dlatego tak bardzo polecam tę trylogię.
"50 twarzy Greya"
"Ciemniejsza strona Greya"
"Nowe oblicze Greya"
Nie wyszła to dobra recenzja, ale pisałam na szybko :). W weekend nadrobię zaległości na blogach. Rozdział pojawi się w święta, bo w niedziele w nocy wyjeżdżam do Niemiec na niecały tydzień - wracam i zaczynam nadrabiać zaległości szkolne. O Emmie znów zaczęłam pisać, może do tego wrócę. Dam znać.
I dziękuję wam :)
Zaczynałam "Twarze" chyba z dziesięć razy. Jak dla mnie bardzo słaby styl, brak opisów i moja znienawidzona narracja pierwszoosobowa i o, zgrozo! W czasie teraźniejszym. "Rozpinam koszulę", "nakładam pastę na szczoteczkę", "wstaję z łóżka", "robię kupę". E.L. James była zafascynowana "Zmierzchem" (kolejne omg) i bardzo wyraźnie wklepała pewne elementy do swojej powieści. Nie przemawia do mnie historia Belli i Edwarda, co też mnie odpychało od odcieni. W końcu załatwiłam sobie audiobooka, pewnego razu nie mogłam zasnąć i włączyłam czytającą Joannę Koroniewską. Przesłuchałam jednej nocy prawie 7 rozdziałów, dodam, że jeden trwa prawie godzinę. Fabuła i pomysł na książkę rekompensuje brak talentu pisarskiego.
Christian Grey jest chyba najbardziej lubianą przeze mnie osobą-tajemnicą, jaką poznałam w literaturze. Pomijając obsesję i zafascynowanie BDSM główny bohater jest typowym nietypowcem. Skrzywdzony w dzieciństwie, po traumatycznych przeżyciach w pierwszych czterech latach życia i bliznach na jego ciele, które nieustannie mu o tym przypominają jest - jak to lubią mawiać psycholodzy - małym chłopcem zamkniętym w ciele dorosłego, nieziemsko przystojnego faceta. Oczywiście to tylko moje odczucia.
Anastasia za to, choć jest młodsza całe sześć lat, znowu jest tą dojrzałą. Również kobieta po przejściach, mająca całą serię tatusiów i mamę, która nigdy nie dorosła. Są całkowitym przeciwieństwem. Ona - ciapowata, bellowata, wiecznie wywracająca się i nieudolna brunetka i on - zaradny, pewny siebie i skazany na sukces. Interesująca umowa, która ich połączyła i kłody, które rzucają się im pod nogi, kiedy tylko odnoszą jakiś wspólny sukces.
Charlie Tango, waniliowy seks, bdsm, płacz, Leila (Bóg wie jak się to pisze), pani Elena Robinson... To wszystko sprawia, że pragnę, żeby w moim życiu było coś takiego. Żeby było tak prosto. Żeby moimi jedynymi problemami była za mała ilość gumek w spodniach, głupkowata zazdrość i szukanie przeciwności na siłę. Christian ma tendencję do szukania dziury w całym. Strasznie mnie to drażni i cholernie nie pasuje do jego twardego wizerunku. Hartowany przez lata mężczyzna rozpływa się jak masło przy Anie, która wystarczy, że lekko uniesie nogę, a on już klęczy tuż obok. Ona natomiast niepewna swojej pozycji i nie potrafiąca wykorzystać tego, jak działa na Greya.
A najlepszym jest to... A nie powiem wam co, przeczytajcie sami :P
Ogółem. To nie związek Christiana i Any jest tu priorytetem. Jest nim wszystko, co dzieje się wkoło. I dlatego tak bardzo polecam tę trylogię.
"50 twarzy Greya"
"Ciemniejsza strona Greya"
"Nowe oblicze Greya"
Nie wyszła to dobra recenzja, ale pisałam na szybko :). W weekend nadrobię zaległości na blogach. Rozdział pojawi się w święta, bo w niedziele w nocy wyjeżdżam do Niemiec na niecały tydzień - wracam i zaczynam nadrabiać zaległości szkolne. O Emmie znów zaczęłam pisać, może do tego wrócę. Dam znać.
I dziękuję wam :)
czwartek, 7 marca 2013
Prywatność już taka jednak nie do końca. Własne dygresje od życia mnie przerastają. Wylewam... cokolwiek.
Myślałam, że jestem silniejsza... Śmieję się z siebie. Czy takie wylewanie kłębiących się w człowieku myśli ma jakikolwiek sens? Nie chcę o tym rozmawiać, nie chcę żeby ktokolwiek dowiedział się, że sobie z tym nie radzę. Bo do kurwy nędzy nie radzę. I tak jest chyba lepiej. Tu, gdzie nikt mnie nie zna.
Nie jestem żałosna. Moje zachowanie nie prowokuje do litości. Mam prawo do takich huśtawek nastrojów i do codziennego płaczu w poduszkę. Nie minęło dużo czasu, dziś mijają dwa tygodnie. A jak dla mnie wieki, kiedy już cię nie widzę...
Czas cholernie przyspiesza. Pędzi jak szalony. Zupełnie tak samo jak my jeszcze przed nowym rokiem w twoim cudownie nowym-używanym Peugeocie. Boże, jak ja uwielbiam to wspominać. Mój krzyk, żebyś w końcu zwolnił to cholerstwo, ale w duchu ciesząc się, że nie używałeś mózgu w pewnych sytuacjach. Pamiętam swój strach na zakrętach i adrenalinę, którą wywoływały we mnie cyfry na liczniku. A ty tak spokojnie położyłeś dłoń na moim udzie i uspokajałeś, nie zdejmując nogi z gazu. Wypominałeś, że jestem strachliwa... Nawet nie wiesz, jak wiele oddałabym, żebyś w końcu odpowiedział mi na pytanie jak miałam się nie bać faceta, który tydzień wcześniej odebrał prawko, a wtedy przekraczał wszelkie normy. W wyobraźni wybuchasz śmiechem i przytulasz mnie, trącając nosem mój zimny policzek. Po kilkudziesięciu minutach zatrzymujesz się przed swoim domem i wyciągasz mnie całkiem zszokowaną z samochodu, znów się ze mnie śmiejąc. Tak uwielbiałam wtedy na ciebie patrzeć... Nawet kiedy byłeś czule wredny, złośliwy, jak się drażniłeś.
W ten sam dzień się kłóciliśmy, jak tylko doszłam do siebie. Nie zdążyliśmy wejść do środka, a już zaczęliśmy na siebie krzyczeć. Takie starcia też lubiłam. Zawsze się godziliśmy, a ty przepraszałeś, nawet jeśli nie miałam racji.
Zawsze zadziwiałeś mnie swoimi dziecinnymi pomysłami, kiedy to zbliżał się dzień kobiet rok temu, a do moich drzwi puka chłopak z bukietem porów i pseudo-miłosną karteczką dołączoną do czerwonej wstążki. Tłusty czwartek, jak piekliśmy pączki w twojej kuchni, a potem zaproponowałeś konkurs kto bardziej upieprzy się dżemem... Jesteś niesamowity. Byłeś... Nie wiem czy mnie widzisz, ale znasz mnie na tyle, że zdajesz sobie sprawę, że siedzę zapłakana przed komputerem, otulona kocem i... tęsknię. Najzwyczajniej w świecie. Łapię się na tym, że kiedy jest mi naprawdę źle, chcę do ciebie napisać i czekać, aż zapukasz do moich drzwi i wejdziesz do mojego łóżka, przytulając się słodko do moich pleców i zaczniesz oddychać do mojego ucha, dopóki emocje nie opadną.
Chyba nie umiem już być sobą, kiedy odszedłeś tak nagle. Nie przygotowałam się, nie chciałam. Chciałam, żebyś został tutaj ze mną. Już na zawsze.
Kocham Cię. I tak strasznie żałuję, że powiedziałam to dopiero wtedy... Na samym końcu.
Nie jestem żałosna. Moje zachowanie nie prowokuje do litości. Mam prawo do takich huśtawek nastrojów i do codziennego płaczu w poduszkę. Nie minęło dużo czasu, dziś mijają dwa tygodnie. A jak dla mnie wieki, kiedy już cię nie widzę...
Czas cholernie przyspiesza. Pędzi jak szalony. Zupełnie tak samo jak my jeszcze przed nowym rokiem w twoim cudownie nowym-używanym Peugeocie. Boże, jak ja uwielbiam to wspominać. Mój krzyk, żebyś w końcu zwolnił to cholerstwo, ale w duchu ciesząc się, że nie używałeś mózgu w pewnych sytuacjach. Pamiętam swój strach na zakrętach i adrenalinę, którą wywoływały we mnie cyfry na liczniku. A ty tak spokojnie położyłeś dłoń na moim udzie i uspokajałeś, nie zdejmując nogi z gazu. Wypominałeś, że jestem strachliwa... Nawet nie wiesz, jak wiele oddałabym, żebyś w końcu odpowiedział mi na pytanie jak miałam się nie bać faceta, który tydzień wcześniej odebrał prawko, a wtedy przekraczał wszelkie normy. W wyobraźni wybuchasz śmiechem i przytulasz mnie, trącając nosem mój zimny policzek. Po kilkudziesięciu minutach zatrzymujesz się przed swoim domem i wyciągasz mnie całkiem zszokowaną z samochodu, znów się ze mnie śmiejąc. Tak uwielbiałam wtedy na ciebie patrzeć... Nawet kiedy byłeś czule wredny, złośliwy, jak się drażniłeś.
W ten sam dzień się kłóciliśmy, jak tylko doszłam do siebie. Nie zdążyliśmy wejść do środka, a już zaczęliśmy na siebie krzyczeć. Takie starcia też lubiłam. Zawsze się godziliśmy, a ty przepraszałeś, nawet jeśli nie miałam racji.
Zawsze zadziwiałeś mnie swoimi dziecinnymi pomysłami, kiedy to zbliżał się dzień kobiet rok temu, a do moich drzwi puka chłopak z bukietem porów i pseudo-miłosną karteczką dołączoną do czerwonej wstążki. Tłusty czwartek, jak piekliśmy pączki w twojej kuchni, a potem zaproponowałeś konkurs kto bardziej upieprzy się dżemem... Jesteś niesamowity. Byłeś... Nie wiem czy mnie widzisz, ale znasz mnie na tyle, że zdajesz sobie sprawę, że siedzę zapłakana przed komputerem, otulona kocem i... tęsknię. Najzwyczajniej w świecie. Łapię się na tym, że kiedy jest mi naprawdę źle, chcę do ciebie napisać i czekać, aż zapukasz do moich drzwi i wejdziesz do mojego łóżka, przytulając się słodko do moich pleców i zaczniesz oddychać do mojego ucha, dopóki emocje nie opadną.
Chyba nie umiem już być sobą, kiedy odszedłeś tak nagle. Nie przygotowałam się, nie chciałam. Chciałam, żebyś został tutaj ze mną. Już na zawsze.
Kocham Cię. I tak strasznie żałuję, że powiedziałam to dopiero wtedy... Na samym końcu.
środa, 6 marca 2013
Wracać? Ktoś jeszcze czeka?
To wychodzi, kiedy naprawdę się postaram:
Kiedy nocna mżawka zdążyła zamienić się w poranek, a ten w bezchmurne, słoneczne południe niemal każdy wychodził z domu, chcąc zasmakować czystych promieni słońca jakie były dziś dane mieszkańcom Texasu. Dallas zawsze słynęło z wysokich temperatur i przejrzystej aury.
Była niedziela, alejki przedmieść zalała fala spacerujących wspólnie rodzin, a restauracje w centrum pękały w szwach. Zmachani kelnerzy przyjmowali kolejne zamówienia, starając się zapewnić najlepsze warunki swoim klientom, proponując coraz to insze urozmaicenia, a załoga w kuchni dbała o ich kubki smakowe, serwując dania z najwyższych i tych całkiem przyziemnych półek. Nawet Ci zwyczajni pracoholicy, Ci którzy to nigdy nie rozstają się ze swoją aktówką, znaleźli kilka godzin dla bliskich. Dziś był wyjątkowy dzień – Wigilia.
Większość od rana krzątała się po mieszkaniu, przygotowując je dla gości i magii, która miała się ujawnić w ich zwykłych, najprostszych uczynkach, jak czyniła to co roku. Zawsze mówiono, że to niezwykły czas, rodzinny, upragniony. Łagodzenie sporów i kłótni przy ogromnym, zastawionym smakołykami stole i siankiem pod obrusem, któremu nieodzownie towarzyszyła ustrojona bombkami i lampkami choinka.
W bloku tuż obok tej słynnej, azjatyckiej knajpy, na pierwszym piętrze przy otwartym na oścież oknie leżąca na łóżku postać oddychała równomiernie i głęboko, zupełnie odcinając się od zewnątrz. Przedświąteczny zgiełk nie potrafił bezpośrednio oddziaływać na dziewczynę. Spała. Mimo że właśnie za ścianą rozszczekał się pies, który zbudził niemowlę śpiące na niższym piętrze.
Brązowe ściany pokoju, rozświetlane przez słoneczne światło dnia nabierały sytości koloru, a biały sufit nadawał wnętrzu jasności. Duże łóżko, ugięte delikatnie pod ciężarem właścicielki było dobrane jak z katalogu, w pakiecie z biurkiem, szafą, komodą i kilkoma półkami. W pokoju panował porządek, jedynie sterta papierów, długopisów i innych dziwnych przedmiotów pozostawionych na biurku psuła cały wystrój.
Blondynka przebudziła się, kiedy jej telefon nagle się rozdzwonił. Z zamkniętymi wciąż oczami sięgnęła pod poduszkę i wyjęła spod niej komórkę. Spojrzawszy na ekran oraz nazwę kontaktu, który się dobijał zaakceptowała połączenie.
To rzecz jasna sam początek, może kiedyś coś z tego sklecę.
+ Wiem, że pragniesz nadal dla mnie jak najlepiej, nawet jeśli już cię nie ma. Wiem, że chciałeś, żebym dążyła do tego, co mnie napędza. Dlatego znowu piszę to, co tak bardzo zawsze ci się podobało. Nadal jesteś dla mnie oparciem, nawet jeśli nie mogę cię usłyszeć, dotknąć, ani spojrzeć na twoją cudowną, uśmiechniętą twarz.
Kocham Cię, naprawdę bardzo mocno. I nigdy o tobie nie zapomnę.
Dziękuję ci za wszystko.
Kiedy nocna mżawka zdążyła zamienić się w poranek, a ten w bezchmurne, słoneczne południe niemal każdy wychodził z domu, chcąc zasmakować czystych promieni słońca jakie były dziś dane mieszkańcom Texasu. Dallas zawsze słynęło z wysokich temperatur i przejrzystej aury.
Była niedziela, alejki przedmieść zalała fala spacerujących wspólnie rodzin, a restauracje w centrum pękały w szwach. Zmachani kelnerzy przyjmowali kolejne zamówienia, starając się zapewnić najlepsze warunki swoim klientom, proponując coraz to insze urozmaicenia, a załoga w kuchni dbała o ich kubki smakowe, serwując dania z najwyższych i tych całkiem przyziemnych półek. Nawet Ci zwyczajni pracoholicy, Ci którzy to nigdy nie rozstają się ze swoją aktówką, znaleźli kilka godzin dla bliskich. Dziś był wyjątkowy dzień – Wigilia.
Większość od rana krzątała się po mieszkaniu, przygotowując je dla gości i magii, która miała się ujawnić w ich zwykłych, najprostszych uczynkach, jak czyniła to co roku. Zawsze mówiono, że to niezwykły czas, rodzinny, upragniony. Łagodzenie sporów i kłótni przy ogromnym, zastawionym smakołykami stole i siankiem pod obrusem, któremu nieodzownie towarzyszyła ustrojona bombkami i lampkami choinka.
W bloku tuż obok tej słynnej, azjatyckiej knajpy, na pierwszym piętrze przy otwartym na oścież oknie leżąca na łóżku postać oddychała równomiernie i głęboko, zupełnie odcinając się od zewnątrz. Przedświąteczny zgiełk nie potrafił bezpośrednio oddziaływać na dziewczynę. Spała. Mimo że właśnie za ścianą rozszczekał się pies, który zbudził niemowlę śpiące na niższym piętrze.
Brązowe ściany pokoju, rozświetlane przez słoneczne światło dnia nabierały sytości koloru, a biały sufit nadawał wnętrzu jasności. Duże łóżko, ugięte delikatnie pod ciężarem właścicielki było dobrane jak z katalogu, w pakiecie z biurkiem, szafą, komodą i kilkoma półkami. W pokoju panował porządek, jedynie sterta papierów, długopisów i innych dziwnych przedmiotów pozostawionych na biurku psuła cały wystrój.
Blondynka przebudziła się, kiedy jej telefon nagle się rozdzwonił. Z zamkniętymi wciąż oczami sięgnęła pod poduszkę i wyjęła spod niej komórkę. Spojrzawszy na ekran oraz nazwę kontaktu, który się dobijał zaakceptowała połączenie.
To rzecz jasna sam początek, może kiedyś coś z tego sklecę.
+ Wiem, że pragniesz nadal dla mnie jak najlepiej, nawet jeśli już cię nie ma. Wiem, że chciałeś, żebym dążyła do tego, co mnie napędza. Dlatego znowu piszę to, co tak bardzo zawsze ci się podobało. Nadal jesteś dla mnie oparciem, nawet jeśli nie mogę cię usłyszeć, dotknąć, ani spojrzeć na twoją cudowną, uśmiechniętą twarz.
Kocham Cię, naprawdę bardzo mocno. I nigdy o tobie nie zapomnę.
Dziękuję ci za wszystko.
poniedziałek, 25 lutego 2013
Znowu, znowu, znowu...
Jestem zniszczona. Wierzcie lub nie. :(
Od czwartku chodzę pół-żywa, wciąż przeżywam to, co wydarzyło się pamiętnego 21 lutego. Choć nie ukrywam - jest trochę lepiej. Mam w tym tygodniu ogromny zapieprz w szkole. Codziennie jakiś sprawdzian, pierwszy raz mi się chyba tak zdarzyło, żeby w każdy dzień w tygodniu coś było. A to historia, a to angielski, a to wos, fizyka, z którą sobie nie radzę itd. Do tego korki z niemca i z matmy (jebane ciągi), muszę zacząć chodzić w końcu na coś przygotowawczego, bo wyjeżdżam na 7 dni do Niemiec na wymianę uczniów pod koniec marca. Milion zadań domowych, blog, który do tej pory pisałam z uśmiechem na twarzy, ogólne rozbicie no i do tego wszystkiego chcę też trochę czasu dla siebie. Nawet nie pytajcie kiedy ostatnio byłam na imprezie... Fakt, że w marcu się szykują, ale... Nie wiem nawet czy mam na to ochotę. Poważnie. Jestem stłamszona tym wszystkim, ból, który od niedawna ciągle mnie nawiedza jest nie do zniesienia. Dziękuję wam za miłe słowa pod ostatnią notką, ale ja nie wiem czy dam radę ciągnąć historię Emmy.
Jeśli w weekend nie pojawi się rozdział to pojawi się notka, w której napiszę WSZYSTKO co chciałam zawrzeć w drugim tomie. Nie zniknę z blogosfery. Zrobię sobie przerwę, ale wrócę. Bo pisanie to to, co naprawdę kocham.
+ Styl jakim piszę "w Emmie" jest... jaki jest. Kiepski, nie oszukujmy się. W weekend dam wam próbkę tego, jak piszę naprawdę. Bo Artan i cała reszta to tylko odstresowanie. Prawdziwa jatka, pojawi się za kilka dni. Mam nadzieję, że was nie zawiodę i liczę na waszą ocenę mojego początku.
Przepraszam was raz jeszcze, ale... jestem za słaba.
Uwielbiam was.
Od czwartku chodzę pół-żywa, wciąż przeżywam to, co wydarzyło się pamiętnego 21 lutego. Choć nie ukrywam - jest trochę lepiej. Mam w tym tygodniu ogromny zapieprz w szkole. Codziennie jakiś sprawdzian, pierwszy raz mi się chyba tak zdarzyło, żeby w każdy dzień w tygodniu coś było. A to historia, a to angielski, a to wos, fizyka, z którą sobie nie radzę itd. Do tego korki z niemca i z matmy (jebane ciągi), muszę zacząć chodzić w końcu na coś przygotowawczego, bo wyjeżdżam na 7 dni do Niemiec na wymianę uczniów pod koniec marca. Milion zadań domowych, blog, który do tej pory pisałam z uśmiechem na twarzy, ogólne rozbicie no i do tego wszystkiego chcę też trochę czasu dla siebie. Nawet nie pytajcie kiedy ostatnio byłam na imprezie... Fakt, że w marcu się szykują, ale... Nie wiem nawet czy mam na to ochotę. Poważnie. Jestem stłamszona tym wszystkim, ból, który od niedawna ciągle mnie nawiedza jest nie do zniesienia. Dziękuję wam za miłe słowa pod ostatnią notką, ale ja nie wiem czy dam radę ciągnąć historię Emmy.
Jeśli w weekend nie pojawi się rozdział to pojawi się notka, w której napiszę WSZYSTKO co chciałam zawrzeć w drugim tomie. Nie zniknę z blogosfery. Zrobię sobie przerwę, ale wrócę. Bo pisanie to to, co naprawdę kocham.
+ Styl jakim piszę "w Emmie" jest... jaki jest. Kiepski, nie oszukujmy się. W weekend dam wam próbkę tego, jak piszę naprawdę. Bo Artan i cała reszta to tylko odstresowanie. Prawdziwa jatka, pojawi się za kilka dni. Mam nadzieję, że was nie zawiodę i liczę na waszą ocenę mojego początku.
Przepraszam was raz jeszcze, ale... jestem za słaba.
Uwielbiam was.
czwartek, 21 lutego 2013
Trochę prawdy.
Dlaczego zdajemy sobie sprawę ze śmierci dopiero, kiedy ona już nastąpi? Nawet mimo tego, że mieliśmy szansę się do tego przygotować, każde z nas wiedziało, że to wkrótce nastąpi, w całkiem niedalekiej przyszłości. Dopiero teraz, już kilkanaście godzin po wszystkim dociera do nas co właśnie się wydarzyło. Już nigdy nie usłyszymy głosu tej osoby, jej śmiechu, radości, kiedy nas w końcu zobaczyła i wiedzy, że w każdej chwili możemy się z nią spotkać. Nie przytulimy jej, nigdy więcej nie poczujemy tego dotyku i bijącego od niej ciepła. Ile jeszcze można płakać... Kocham Cię i źle mi z tym, że nie miałam okazji się pożegnać. Spotkamy się kiedyś, obiecaj mi to.
Piszę to co czuję tylko dlatego, żebyście zaczęły zdawać sobie sprawę, że niczyje życie nie jest wieczne, że na każdego przyjdzie pora i zawsze ta chwila będzie tą nieodpowiednią. Do mnie właśnie po raz pierwszy to dotarło. I choć wiem, że całe życie przede mną to już nie będzie takie samo, ale nie można się poddawać. Każdy ma własną porcję bólu i rozczarowań i życzę wam, żebyście przeżyły je jak najlepiej. Musicie być silne.
Rozdział bez zmian jutro. Przepraszam za dygresję.
Piszę to co czuję tylko dlatego, żebyście zaczęły zdawać sobie sprawę, że niczyje życie nie jest wieczne, że na każdego przyjdzie pora i zawsze ta chwila będzie tą nieodpowiednią. Do mnie właśnie po raz pierwszy to dotarło. I choć wiem, że całe życie przede mną to już nie będzie takie samo, ale nie można się poddawać. Każdy ma własną porcję bólu i rozczarowań i życzę wam, żebyście przeżyły je jak najlepiej. Musicie być silne.
Rozdział bez zmian jutro. Przepraszam za dygresję.
środa, 20 lutego 2013
4: To naprawdę ty? Zupełnie się nie spodziewałam.
- Tak... - odpowiedziałam niepewnie, uśmiechając się delikatnie do chłopaka, który właśnie się przysiadał - Trafiłam w kiepski dzień, nie? Co się stało tej kobiecie? Jest chora? - o dziwo, dopytywałam całkiem swobodnie.
Nietrudno było mi zobaczyć w chłopaku tego samego gówniarza, z którym chowałam się po krzakach i którego pocałowałam po raz pierwszy. Mimo że sporo urósł i rano się nie ogolił naprawdę widziałam to podobieństwo. Oczy miał zupełnie takie same.
- Emma? - upewnił się, marszcząc brwi - Nie! Po prostu kilka miesięcy temu coś się... stało.- zamyślił się, trochę przy tym krzywiąc - Mały wypadek i już coś takiego miała. Artan jest po prostu przewrażliwiony. Latają za sobą jak króliki.
- Nie lubicie się? - od razu wyczułam ironię w jego głosie. - Ty i Emma? - uściśliłam, unosząc brew w geście zainteresowania.
Przydatna informacja.
- Dlaczego? - nie zrozumiał - Jest... normalnie. Dogadujemy się. - dodał prędko.
- Dogadujecie? - ugryzłam się w język, za nic nie chciałam wyjść na wścibską.
Ledwo co przyjechała już czuje się swobodnie...
- Do czego zmierzasz? - zauważył to i poprawił się na swoim miejscu, wlepiając we mnie przeszywające spojrzenie.
Wyprostowałam się i wzięłam głębszy oddech.
- Po prostu jestem ciekawa kim jest. Jej jedynej nie znam i trochę się martwię.
Mruknął coś pod nosem, zaśmiewając się bezgłośnie i powrócił do mnie spojrzeniem, milknąc zupełnie.
Bezczelny!
Zaczęłam się poważnie zastanawiać czy z kimś takim uda mi się osiągnąć to, czego chciałam. Trochę już działał mi na nerwy, chociaż rozmawialiśmy zaledwie kilka minut. Myślał, że nie widziałam jak gapił się na mnie na samym początku? Wtedy byłam pewna, że mogę wygrać nawet się przy tym nie przemęczając, teraz musiałam popracować nad swoją cierpliwością.
- Kiedyś mnie tak nie denerwowałeś. - przyznałam, udając złą.
Sięgnęłam ku stolikowi po swoją szklankę. Nawet nie spróbowałam jabłkowego napoju po prostu trzymałam naczynie, żeby zająć czymś ręce i chociaż przez chwilę - głowę.
- Bo kiedyś się ciebie bałem. - uśmiechnął się, unosząc prawą rękę - Naprawdę! Byłaś młodsza, ale większa. Zawsze groziłaś mi psem.
- Zawsze wszędzie byłam tą najwyższą, najgrubszą dziewczynką w kiepskich kiteczkach. - zaśmiałam się szczerze - Pamiętasz te moje loczki?
- Te loczki akurat zawsze mi się podobały - przyznał z dziwną miną, której nie potrafiłam zaliczyć do żadnej z grup...
- Nie wiem czy wiesz, ale ja od zawsze mam włosy proste jak druty. Patrzyłam jak mama wychodziła gdzieś z ojcem wieczorem i nawlekała kosmyki na rozgrzaną lokówkę - pokazywałam jak to wyglądało - A potem zawsze było: Mamo! Mamo! Zanim przyjdzie Sahib to ja też takie chce!
Patrzył chwile na mnie z wymuszaną powagą, a potem oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Musiałam przyznać, że pomimo tego jego denerwującego sposobu bycia całkiem nieźle nam się teraz rozmawiało. Zawsze mogłam wrócić do tematu "dzieciństwo". Obmyślałam ten sposób prawie całą drogę w to miejsce. Ćwiczyłam w myślach jak się zachowywać, jak mówić, żeby żadnego do siebie nie zrazić. Przynajmniej na początku.
Jakoś tak jak na niego spoglądałam to nie mogłam uwierzyć, że byłam już w liceum, a on skończył szkołę...
- Pokażę ci pokój.
- Wrócę najszybciej jak będę mógł, w porządku? - spytał ostatni raz, spoglądając na zegarek. - Kilka godzin i jestem.
- Spokojnie! - zaśmiałam się, kręcąc z niedowierzaniem głową - Zaczynasz się powtarzać. - chwyciłam jego dłoń - Siedzę na tej kanapie niecałą godzinę, a jestem pewna, że Martha pytała co najmniej pięć razy czy czegoś nie potrzebuję. Możesz mi tylko podać poduszkę z fotela, jak już wstałeś, pocałować mnie i iść sobie, bo chcę wreszcie skończyć książkę. - uśmiechnęłam się, co od razu odwzajemnił.- Galija powinna niedługo wrócić ze szkoły. - powiedział, układając małego jaśka tuż za moimi plecami.- Nawet nie miałam okazji się z nią przywitać przez... to wszystko. - wzruszyłam ramionami - Źle wyszło.- Macie czas. - obiecał, pochylając się w końcu nade mną.Pocałował mnie dwa razy, przypomniał, że szybko wróci i jeszcze raz zapytał czy niczego nie chcę. Dopiero po tym zamknął za sobą drzwi i zostałam oficjalnie sama. Z Marthą na piętrze i kotem gdzieś w salonie.
Nie minęła godzina, a ktoś zapukał do drzwi. Martha była w ogrodzie, więc wstałam pewnie z miejsca, za wiele się nie zastanawiając i podchodząc do drzwi wejściowych, szarpnęłam za klamkę.- Patrz, kogo tu mamy.
_________________
Do piątku/soboty! :)
Nietrudno było mi zobaczyć w chłopaku tego samego gówniarza, z którym chowałam się po krzakach i którego pocałowałam po raz pierwszy. Mimo że sporo urósł i rano się nie ogolił naprawdę widziałam to podobieństwo. Oczy miał zupełnie takie same.
- Emma? - upewnił się, marszcząc brwi - Nie! Po prostu kilka miesięcy temu coś się... stało.- zamyślił się, trochę przy tym krzywiąc - Mały wypadek i już coś takiego miała. Artan jest po prostu przewrażliwiony. Latają za sobą jak króliki.
- Nie lubicie się? - od razu wyczułam ironię w jego głosie. - Ty i Emma? - uściśliłam, unosząc brew w geście zainteresowania.
Przydatna informacja.
- Dlaczego? - nie zrozumiał - Jest... normalnie. Dogadujemy się. - dodał prędko.
- Dogadujecie? - ugryzłam się w język, za nic nie chciałam wyjść na wścibską.
Ledwo co przyjechała już czuje się swobodnie...
- Do czego zmierzasz? - zauważył to i poprawił się na swoim miejscu, wlepiając we mnie przeszywające spojrzenie.
Wyprostowałam się i wzięłam głębszy oddech.
- Po prostu jestem ciekawa kim jest. Jej jedynej nie znam i trochę się martwię.
Mruknął coś pod nosem, zaśmiewając się bezgłośnie i powrócił do mnie spojrzeniem, milknąc zupełnie.
Bezczelny!
Zaczęłam się poważnie zastanawiać czy z kimś takim uda mi się osiągnąć to, czego chciałam. Trochę już działał mi na nerwy, chociaż rozmawialiśmy zaledwie kilka minut. Myślał, że nie widziałam jak gapił się na mnie na samym początku? Wtedy byłam pewna, że mogę wygrać nawet się przy tym nie przemęczając, teraz musiałam popracować nad swoją cierpliwością.
- Kiedyś mnie tak nie denerwowałeś. - przyznałam, udając złą.
Sięgnęłam ku stolikowi po swoją szklankę. Nawet nie spróbowałam jabłkowego napoju po prostu trzymałam naczynie, żeby zająć czymś ręce i chociaż przez chwilę - głowę.
- Bo kiedyś się ciebie bałem. - uśmiechnął się, unosząc prawą rękę - Naprawdę! Byłaś młodsza, ale większa. Zawsze groziłaś mi psem.
- Zawsze wszędzie byłam tą najwyższą, najgrubszą dziewczynką w kiepskich kiteczkach. - zaśmiałam się szczerze - Pamiętasz te moje loczki?
- Te loczki akurat zawsze mi się podobały - przyznał z dziwną miną, której nie potrafiłam zaliczyć do żadnej z grup...
- Nie wiem czy wiesz, ale ja od zawsze mam włosy proste jak druty. Patrzyłam jak mama wychodziła gdzieś z ojcem wieczorem i nawlekała kosmyki na rozgrzaną lokówkę - pokazywałam jak to wyglądało - A potem zawsze było: Mamo! Mamo! Zanim przyjdzie Sahib to ja też takie chce!
Patrzył chwile na mnie z wymuszaną powagą, a potem oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Musiałam przyznać, że pomimo tego jego denerwującego sposobu bycia całkiem nieźle nam się teraz rozmawiało. Zawsze mogłam wrócić do tematu "dzieciństwo". Obmyślałam ten sposób prawie całą drogę w to miejsce. Ćwiczyłam w myślach jak się zachowywać, jak mówić, żeby żadnego do siebie nie zrazić. Przynajmniej na początku.
Jakoś tak jak na niego spoglądałam to nie mogłam uwierzyć, że byłam już w liceum, a on skończył szkołę...
- Pokażę ci pokój.
- Wrócę najszybciej jak będę mógł, w porządku? - spytał ostatni raz, spoglądając na zegarek. - Kilka godzin i jestem.
- Spokojnie! - zaśmiałam się, kręcąc z niedowierzaniem głową - Zaczynasz się powtarzać. - chwyciłam jego dłoń - Siedzę na tej kanapie niecałą godzinę, a jestem pewna, że Martha pytała co najmniej pięć razy czy czegoś nie potrzebuję. Możesz mi tylko podać poduszkę z fotela, jak już wstałeś, pocałować mnie i iść sobie, bo chcę wreszcie skończyć książkę. - uśmiechnęłam się, co od razu odwzajemnił.- Galija powinna niedługo wrócić ze szkoły. - powiedział, układając małego jaśka tuż za moimi plecami.- Nawet nie miałam okazji się z nią przywitać przez... to wszystko. - wzruszyłam ramionami - Źle wyszło.- Macie czas. - obiecał, pochylając się w końcu nade mną.Pocałował mnie dwa razy, przypomniał, że szybko wróci i jeszcze raz zapytał czy niczego nie chcę. Dopiero po tym zamknął za sobą drzwi i zostałam oficjalnie sama. Z Marthą na piętrze i kotem gdzieś w salonie.
Nie minęła godzina, a ktoś zapukał do drzwi. Martha była w ogrodzie, więc wstałam pewnie z miejsca, za wiele się nie zastanawiając i podchodząc do drzwi wejściowych, szarpnęłam za klamkę.- Patrz, kogo tu mamy.
_________________
Do piątku/soboty! :)
poniedziałek, 18 lutego 2013
3: Nic nie może być tylko dobre.
- Sahib? - zapytałam zdziwiona, zasłaniając dłonią usta. - W życiu bym cię nie poznała!
Ukryłam nikły uśmiech. Nie widzieliśmy się jakieś dziesięć lat. Teraz chłopak skończył dziewiętnaście, a ja swoją szesnastkę z utęsknieniem czekając na dorosłość. Zatrzymał się w odległości jakiś dwóch metrów, podwijając do łokcia jeden z rękawów białej, rozpiętej u góry koszuli. Był naprawdę wysoki. Ja na tych butach miałam spokojnie około stu osiemdziesięciu czterech-pięciu centymetrów, więc arab musiał sięgać niemalże dwóch metrów, choć chyba ich nie dotknął. Rozluźniłam się trochę widząc kogoś w swoim wieku i kogoś z kim mogłabym nawiązać kontakt na samym starcie.
- Też przeżyłem mały szok. - zaśmiał się, a kiedy zmarszczyłam czoło od razu dodał - To komplement! Nie patrz tak na mnie.
- Nie... - speszyłam się - Ja po prostu nie mogę się nadziwić, że spotykamy się gdzieś indziej niż w twojej piaskownicy. - uśmiechnęłam się sztucznie - I bez mojego psa.
- Raphy zawsze mnie trochę wkurzał od kiedy nasrał do mojego wiaderka. Dawno przyjechaliście? - splótł ręce na brzuchu, a kocisko przeciągnęło się między jego nogami, łasząc się do męskich łydek.
- Sekundę temu. - odparłam beznamiętnie - Chyba coś się stało - zaczęłam, spuszczając wzrok - wolałam się zmyć.
- Co? - dopytał zainteresowany, spoglądając do pustego salonu przez wielką, oszkloną ścianę.
Wzruszyłam jedynie ramionami.
Kiedy kot w końcu łaskawie zwrócił na mnie swoją uwagę mogłam go wykorzystać, żeby chociaż trochę lepiej poczuć się w tej raczej średnio komfortowej sytuacji. Z Sahibem nie rozmawiałam wieki, byłam zestresowana, choć jeszcze w samochodzie to właśnie w nim pokładałam największe nadzieje na aklimatyzację. Schyliłam się po zwierzaka i wzięłam grubasa na ręce.
Był naprawdę ciężki, ale za to miał bardzo gęstą i gładką sierść. Łapy miał naprawdę ogromne i kształtem przypominające te tygrysie i nie mogłam oderwać od nich wzroku. Sam oglądany miał mnie wyraźnie gdzieś, bo zamknął oczy i wystawił twarz w stronę słońca.
Naprawdę miałam wrażenie, że jeśli źle stanę to polecę razem z nim. Ważył spokojnie jakieś siedem kilogramów, a do tego tyłek ciągle mu zjeżdżał z mojego przedramienia. Bałam się go upuścić, a on nic sobie z tego nie robił.
Chłopak natomiast zdążył odejść. Podciągnęłam więc kicię na rękach i weszłam do salonu.
Artan właśnie wychodził, obejmując jakąś blondynkę, którą drugą ręką też podtrzymywał. Kobieta pochylała się lekko do przodu. Nie widziałam jej twarzy, ale zdążyłam się domyślić kim była.
Całą sytuacja nie wyglądała dobrze. Oboje wraz z Marthą wyszli z domu, a ja stanęłam jak wryta w ziemię. Ona na coś chorowała? Coś jej się stało? Źle się czuła?
Usiadłam na jednej z wielkich, miękkich kanap i chciałam przytulić do siebie zwierzaka, który jednak nagle jak oparzony odsunął się ode mnie i zeskoczył prędko z moich kolan. Położyłam dłoń przy czole.
- W porządku?
- Pomogę ci. - usłyszałam nad sobą, chwilę później widząc męską dłoń niedaleko mojej brody.
Podałam lekarzowi rękę, a on pomógł wstać mi z wózka dla inwalidów. Poprowadził mnie do swojego biało-miętowego fotela i kazał oprzeć się wygodnie o zagłówek.
To był dokładnie ten sam, u którego byłam na samym początku. Krępował mnie jednak trochę fakt, że znał Artana, który teraz zdenerwowany jak nigdy czekał za drzwiami. Sama już dygotałam z tego wszystkiego. Zasłabłam, a później... Później nawet nie wiedziałam co się stało, bo kiedy wstałam z łóżka mężczyzna nagle spanikował i zabrał mnie tutaj. Nic nie powiedział.
- Boże! - krzyknęłam, kiedy pielęgniarka wyjeżdżała wózkiem z gabinetu - Boże, czy to... - łzy spłynęły mi do oczu i musiałam zakryć dłonią usta, żeby nie zacząć krzyczeć.
Momentalnie zrobiło mi się słabo. Bardzo słabo. Zakręciło mi się w głowie i jedyne o czym myślałam to... moje dziecko. Ból natychmiast minął, ale to z czego zdałam sobie właśnie sprawę mnie przerosło.
- Spokojnie! - ginekolog wstał z miejsca i pogłaskał mnie po ramieniu - Nie wiem jeszcze co to było. Musisz się uspokoić i położyć. Zbadam cię i o wszystkim ci powiem, dobrze? Emma...
Nie docierało do mnie to co mówił. Ciągle przed oczami miałam krew na czarnym materiale. Moją krew, a raczej... Boże...
Zacisnęłam usta w grymasie, żeby tylko teraz się nie rozpłakać. Dlaczego Artan mi o tym nie powiedział na samym...
Na brzuchu poczułam sprzęt do badania. Ta słynna galareta zajmowała już całą jego powierzchnię, a charakterystyczna słuchawka naciskała na jego poszczególne partie.
Mężczyzna zmarszczył czoło i zatrzymał rękę. Patrzyłam tępo na niego i marzyłam tylko o tym, żeby już wrócić. Obrócił ekran komputera w moją stronę i pokazał coś na czarnym tle.
- Wiesz co to jest?
- Ono... Żyje? - podciągnęłam się na miejscu teraz wlepiając wzrok w jego niewyraźną minę.
_____________
Do czwartku :). Jak wam sie podoba nowy wystroj? :)
Ukryłam nikły uśmiech. Nie widzieliśmy się jakieś dziesięć lat. Teraz chłopak skończył dziewiętnaście, a ja swoją szesnastkę z utęsknieniem czekając na dorosłość. Zatrzymał się w odległości jakiś dwóch metrów, podwijając do łokcia jeden z rękawów białej, rozpiętej u góry koszuli. Był naprawdę wysoki. Ja na tych butach miałam spokojnie około stu osiemdziesięciu czterech-pięciu centymetrów, więc arab musiał sięgać niemalże dwóch metrów, choć chyba ich nie dotknął. Rozluźniłam się trochę widząc kogoś w swoim wieku i kogoś z kim mogłabym nawiązać kontakt na samym starcie.
- Też przeżyłem mały szok. - zaśmiał się, a kiedy zmarszczyłam czoło od razu dodał - To komplement! Nie patrz tak na mnie.
- Nie... - speszyłam się - Ja po prostu nie mogę się nadziwić, że spotykamy się gdzieś indziej niż w twojej piaskownicy. - uśmiechnęłam się sztucznie - I bez mojego psa.
- Raphy zawsze mnie trochę wkurzał od kiedy nasrał do mojego wiaderka. Dawno przyjechaliście? - splótł ręce na brzuchu, a kocisko przeciągnęło się między jego nogami, łasząc się do męskich łydek.
- Sekundę temu. - odparłam beznamiętnie - Chyba coś się stało - zaczęłam, spuszczając wzrok - wolałam się zmyć.
- Co? - dopytał zainteresowany, spoglądając do pustego salonu przez wielką, oszkloną ścianę.
Wzruszyłam jedynie ramionami.
Kiedy kot w końcu łaskawie zwrócił na mnie swoją uwagę mogłam go wykorzystać, żeby chociaż trochę lepiej poczuć się w tej raczej średnio komfortowej sytuacji. Z Sahibem nie rozmawiałam wieki, byłam zestresowana, choć jeszcze w samochodzie to właśnie w nim pokładałam największe nadzieje na aklimatyzację. Schyliłam się po zwierzaka i wzięłam grubasa na ręce.
Był naprawdę ciężki, ale za to miał bardzo gęstą i gładką sierść. Łapy miał naprawdę ogromne i kształtem przypominające te tygrysie i nie mogłam oderwać od nich wzroku. Sam oglądany miał mnie wyraźnie gdzieś, bo zamknął oczy i wystawił twarz w stronę słońca.
Naprawdę miałam wrażenie, że jeśli źle stanę to polecę razem z nim. Ważył spokojnie jakieś siedem kilogramów, a do tego tyłek ciągle mu zjeżdżał z mojego przedramienia. Bałam się go upuścić, a on nic sobie z tego nie robił.
Chłopak natomiast zdążył odejść. Podciągnęłam więc kicię na rękach i weszłam do salonu.
Artan właśnie wychodził, obejmując jakąś blondynkę, którą drugą ręką też podtrzymywał. Kobieta pochylała się lekko do przodu. Nie widziałam jej twarzy, ale zdążyłam się domyślić kim była.
Całą sytuacja nie wyglądała dobrze. Oboje wraz z Marthą wyszli z domu, a ja stanęłam jak wryta w ziemię. Ona na coś chorowała? Coś jej się stało? Źle się czuła?
Usiadłam na jednej z wielkich, miękkich kanap i chciałam przytulić do siebie zwierzaka, który jednak nagle jak oparzony odsunął się ode mnie i zeskoczył prędko z moich kolan. Położyłam dłoń przy czole.
- W porządku?
- Pomogę ci. - usłyszałam nad sobą, chwilę później widząc męską dłoń niedaleko mojej brody.
Podałam lekarzowi rękę, a on pomógł wstać mi z wózka dla inwalidów. Poprowadził mnie do swojego biało-miętowego fotela i kazał oprzeć się wygodnie o zagłówek.
To był dokładnie ten sam, u którego byłam na samym początku. Krępował mnie jednak trochę fakt, że znał Artana, który teraz zdenerwowany jak nigdy czekał za drzwiami. Sama już dygotałam z tego wszystkiego. Zasłabłam, a później... Później nawet nie wiedziałam co się stało, bo kiedy wstałam z łóżka mężczyzna nagle spanikował i zabrał mnie tutaj. Nic nie powiedział.
- Boże! - krzyknęłam, kiedy pielęgniarka wyjeżdżała wózkiem z gabinetu - Boże, czy to... - łzy spłynęły mi do oczu i musiałam zakryć dłonią usta, żeby nie zacząć krzyczeć.
Momentalnie zrobiło mi się słabo. Bardzo słabo. Zakręciło mi się w głowie i jedyne o czym myślałam to... moje dziecko. Ból natychmiast minął, ale to z czego zdałam sobie właśnie sprawę mnie przerosło.
- Spokojnie! - ginekolog wstał z miejsca i pogłaskał mnie po ramieniu - Nie wiem jeszcze co to było. Musisz się uspokoić i położyć. Zbadam cię i o wszystkim ci powiem, dobrze? Emma...
Nie docierało do mnie to co mówił. Ciągle przed oczami miałam krew na czarnym materiale. Moją krew, a raczej... Boże...
Zacisnęłam usta w grymasie, żeby tylko teraz się nie rozpłakać. Dlaczego Artan mi o tym nie powiedział na samym...
Na brzuchu poczułam sprzęt do badania. Ta słynna galareta zajmowała już całą jego powierzchnię, a charakterystyczna słuchawka naciskała na jego poszczególne partie.
Mężczyzna zmarszczył czoło i zatrzymał rękę. Patrzyłam tępo na niego i marzyłam tylko o tym, żeby już wrócić. Obrócił ekran komputera w moją stronę i pokazał coś na czarnym tle.
- Wiesz co to jest?
- Ono... Żyje? - podciągnęłam się na miejscu teraz wlepiając wzrok w jego niewyraźną minę.
_____________
Do czwartku :). Jak wam sie podoba nowy wystroj? :)
sobota, 16 lutego 2013
ehhhhhh
Możecie sobie pomyśleć, że ja to nie wiem... Zmyślam albo coś, ale to naprawdę nie jest tak! Ja was przepraszam, kochane, ale... Wszystko mi przeszkadza, teraz meczy mnie grypa jelitowa i co najmniej 2 razy na godzine biegnę do toalety jak nienormalna :P
Do końca tygodnia ew. w pon coś będzie na 10000000000000% juz mam 3/4 rozdzialu.
przepraszam i mam nadzieje, ze ktoś jeszcze jest, bo Galija tworzy nowy plan, który trochę namiesza w życiu... No właśnie. W czyim? :)
Do końca tygodnia ew. w pon coś będzie na 10000000000000% juz mam 3/4 rozdzialu.
przepraszam i mam nadzieje, ze ktoś jeszcze jest, bo Galija tworzy nowy plan, który trochę namiesza w życiu... No właśnie. W czyim? :)
wtorek, 12 lutego 2013
2: Nieśmiałość to pierwszy stopień do zainteresowania. (część pierwsza)
Ten "tom" (bo nie wiem jak to nazwać ;p) będzie pisany nie tylko z perspektywy Emmy ;)
_______________________
- Emma? W porządku? - spytała Martha od razu do mnie podbiegając.
Cały dzień czułam się źle. Kręciło mi się w głowie, kiedy wstawałam z miejsca, nie mogłam zmusić się do porannych wymiotów i odczuwałam ciążenie i niewielki ból w okolicach żołądka. Upuściłam trzymany w dłoniach bukiet i objęłam rękoma brzuch. Zacisnęłam mocno powieki, biorąc głęboki oddech, dopiero kiedy czułam, że kobieta pewnie mnie trzyma. Nie miałam pewności czy za chwilę nie upadnę.
- Co się dzieje? - dopytywała, denerwując się przy tym.
Czułam jak zaciskała dłoń w okolicach mojej talii i podciągnęła mnie na swoim ramieniu.
- Muszę się położyć - wyprostowałam się w końcu, ale ból nadal nie ustępował, spojrzałam na rzucone na podłogę kwiaty - Mogłabyś zanieść je do... - wstrzymałam na chwilę oddech - Do pokoju Galiji? Nie chcę, żeby było tam tak obco... - przełknęłam głośno ślinę - Musi się przyzwyczaić do tego miejsca.
- Przyjeżdżają dopiero za godzinę, spokojnie - pogłaskała mnie po włosach - zaprowadzić cię do sypialni?
Podróż robiła się naprawdę męcząca. Chaled, a raczej Artan, bo tak kazał mi się do siebie zwracać, ciągle próbował podtrzymać rozmowę. Nie byłam jednak w nastroju, cała ta sprawa wydawała mi się niekomfortowa. I to wyjątkowo.
Chaled przyjaźnił się z ojcem, od kiedy pamiętałam. I jeden, i drugi, ale jego widywałam jednak zdecydowanie częściej niż starszego brata. Z tego co zdążył mi powiedzieć w moim przyszłym domu mieszkała Martha-gospodyni, jego bratanek i kobieta, Emma.
Przypomniał, że powinnam kojarzyć Sahiba. Prawdę mówiąc próbowałam sobie przypomnieć jak wyglądał jako dzieciak, ale miałam w głowie pustkę. Czego się spodziewać, kiedy po raz ostatni się spotkaliśmy miałam pięć lat, a ogólna liczba naszych widzeń nie przekraczała pięciu.
Bałam się tej zmiany, choć miałam czas, żeby się z nią oswoić. Wcześniej mieszkałam tylko z tatą, nawet pokojówka była przyjezdna i pracowała kilka godzin dziennie. Artan był typowym pracoholikiem i jedyną znaną mi osobą w tym gronie. Z tym miałam największy problem.
Kiedy zwolniliśmy serce nagle zaczęło bić mi mocniej i przeszedł mnie chłodny dreszcz. Mężczyzna widocznie to zauważył, bo starał się mnie uspokajać, ale nie dał rady.
Otworzył mi drzwi samochodu, później te wejściowe. Dom z zewnątrz nie robił na mnie większego wrażenia, cały ogród jak się domyślałam musiał znajdować się w tyle. Wewnątrz też nie było szału. Drogie meble, ładnie dopasowane, ale bez przepychu. Mój hol był trochę mniejszy.
- Już jesteście? - usłyszałam kobiecy głos zza schodów.
Czterdziestoletnia, ubrana w błękit kobieta właśnie wycierała dłonie w ręcznik i z serdecznym uśmiechem przywitała się ze mną jako Martha. Czyli to to miała być ta kobieta-cud, która miała mi we wszystkim pomagać?
- Gdzie jest Emma? - spytał niemal od razu, a jej jakby zbladła twarz.
Ostrzeżono mnie, że tu rozmawia się wyłącznie po angielsku z racji tego, że kobieta Artana nie znała jeszcze arabskiego.
Gospodyni spojrzała na mnie przepraszająco i kładąc rękę na ramieniu mężczyzny odeszła kilka kroków ode mnie. Chciałam pokazać, że dałam im spokój, robiąc przy tym dobre wrażenie podeszłam do okien po drugiej stronie salonu i spojrzałam na ogród. Chcąc nie chcąc poddenerwowane głosy jednak słyszałam wyraźnie.
- Ja nie wiem co się z nią dzieje. Dzisiaj tak słabo wyglądała... Prawie zemdlała. Zaprowadziłam ją do ciebie, ale prosiła żeby nic na razie nie mówić i jeśli się pogorszy to da mi znać. Powiem szczerze, że słabo. Byłam u niej dosłownie sekundę temu i właśnie miałam cię informować...
- Skarżyła się na coś? - spytał szybko, ale nie zdążył dostać odpowiedzi, bo niemal od razu ruszył w przeciwną stronę.
Dwa metry przede mną, na trawie wygrzewał się ogromny, czarny kot. Postanowiłam otworzyć drzwi, ulatniając się z tego "niezręcznego salonu" i zająć się sympatycznym grubaskiem. Kiedy tylko wyszłam na zewnątrz i wzięłam zwierze w ramiona usłyszałam gdzieś z lewej swoje imię.
________________________
Krótko, wiem! Następny za to jutro. Po prostu jutro mam decydujący sprawdzian i muszę się porządnie przygotować. :)
_______________________
- Emma? W porządku? - spytała Martha od razu do mnie podbiegając.
Cały dzień czułam się źle. Kręciło mi się w głowie, kiedy wstawałam z miejsca, nie mogłam zmusić się do porannych wymiotów i odczuwałam ciążenie i niewielki ból w okolicach żołądka. Upuściłam trzymany w dłoniach bukiet i objęłam rękoma brzuch. Zacisnęłam mocno powieki, biorąc głęboki oddech, dopiero kiedy czułam, że kobieta pewnie mnie trzyma. Nie miałam pewności czy za chwilę nie upadnę.
- Co się dzieje? - dopytywała, denerwując się przy tym.
Czułam jak zaciskała dłoń w okolicach mojej talii i podciągnęła mnie na swoim ramieniu.
- Muszę się położyć - wyprostowałam się w końcu, ale ból nadal nie ustępował, spojrzałam na rzucone na podłogę kwiaty - Mogłabyś zanieść je do... - wstrzymałam na chwilę oddech - Do pokoju Galiji? Nie chcę, żeby było tam tak obco... - przełknęłam głośno ślinę - Musi się przyzwyczaić do tego miejsca.
- Przyjeżdżają dopiero za godzinę, spokojnie - pogłaskała mnie po włosach - zaprowadzić cię do sypialni?
Podróż robiła się naprawdę męcząca. Chaled, a raczej Artan, bo tak kazał mi się do siebie zwracać, ciągle próbował podtrzymać rozmowę. Nie byłam jednak w nastroju, cała ta sprawa wydawała mi się niekomfortowa. I to wyjątkowo.
Chaled przyjaźnił się z ojcem, od kiedy pamiętałam. I jeden, i drugi, ale jego widywałam jednak zdecydowanie częściej niż starszego brata. Z tego co zdążył mi powiedzieć w moim przyszłym domu mieszkała Martha-gospodyni, jego bratanek i kobieta, Emma.
Przypomniał, że powinnam kojarzyć Sahiba. Prawdę mówiąc próbowałam sobie przypomnieć jak wyglądał jako dzieciak, ale miałam w głowie pustkę. Czego się spodziewać, kiedy po raz ostatni się spotkaliśmy miałam pięć lat, a ogólna liczba naszych widzeń nie przekraczała pięciu.
Bałam się tej zmiany, choć miałam czas, żeby się z nią oswoić. Wcześniej mieszkałam tylko z tatą, nawet pokojówka była przyjezdna i pracowała kilka godzin dziennie. Artan był typowym pracoholikiem i jedyną znaną mi osobą w tym gronie. Z tym miałam największy problem.
Kiedy zwolniliśmy serce nagle zaczęło bić mi mocniej i przeszedł mnie chłodny dreszcz. Mężczyzna widocznie to zauważył, bo starał się mnie uspokajać, ale nie dał rady.
Otworzył mi drzwi samochodu, później te wejściowe. Dom z zewnątrz nie robił na mnie większego wrażenia, cały ogród jak się domyślałam musiał znajdować się w tyle. Wewnątrz też nie było szału. Drogie meble, ładnie dopasowane, ale bez przepychu. Mój hol był trochę mniejszy.
- Już jesteście? - usłyszałam kobiecy głos zza schodów.
Czterdziestoletnia, ubrana w błękit kobieta właśnie wycierała dłonie w ręcznik i z serdecznym uśmiechem przywitała się ze mną jako Martha. Czyli to to miała być ta kobieta-cud, która miała mi we wszystkim pomagać?
- Gdzie jest Emma? - spytał niemal od razu, a jej jakby zbladła twarz.
Ostrzeżono mnie, że tu rozmawia się wyłącznie po angielsku z racji tego, że kobieta Artana nie znała jeszcze arabskiego.
Gospodyni spojrzała na mnie przepraszająco i kładąc rękę na ramieniu mężczyzny odeszła kilka kroków ode mnie. Chciałam pokazać, że dałam im spokój, robiąc przy tym dobre wrażenie podeszłam do okien po drugiej stronie salonu i spojrzałam na ogród. Chcąc nie chcąc poddenerwowane głosy jednak słyszałam wyraźnie.
- Ja nie wiem co się z nią dzieje. Dzisiaj tak słabo wyglądała... Prawie zemdlała. Zaprowadziłam ją do ciebie, ale prosiła żeby nic na razie nie mówić i jeśli się pogorszy to da mi znać. Powiem szczerze, że słabo. Byłam u niej dosłownie sekundę temu i właśnie miałam cię informować...
- Skarżyła się na coś? - spytał szybko, ale nie zdążył dostać odpowiedzi, bo niemal od razu ruszył w przeciwną stronę.
Dwa metry przede mną, na trawie wygrzewał się ogromny, czarny kot. Postanowiłam otworzyć drzwi, ulatniając się z tego "niezręcznego salonu" i zająć się sympatycznym grubaskiem. Kiedy tylko wyszłam na zewnątrz i wzięłam zwierze w ramiona usłyszałam gdzieś z lewej swoje imię.
________________________
Krótko, wiem! Następny za to jutro. Po prostu jutro mam decydujący sprawdzian i muszę się porządnie przygotować. :)
piątek, 8 lutego 2013
1: Nowy świat ze starą historią. Ten dom pamięta bardzo wiele.
Przykro mi, ale mama sobie wymyśliła spontaniczne góry... :P Nie to żebym z tego powodu płakała, ale zależało mi na wstawieniu nowej części o czasie... Wykorzystuję swój internet w telefonie na wstawienie, a mam mały limit i tak :(. Dlaczego dzisiaj? :( chwała mi, że wzięłam kabel usb xD
+obiecuję, że zrobię coś z tym szablonem. Coś mi się popsuło i jest tak wąsko nie umiem tego zmienić :/. Pobawię się w następnym tygodniu.
Nowość we wtoreczek! :)
__________________
- Jak pierwszy dzień? - zapytałam, wychodząc z sypialni i opierając się ramieniem o ścianę salonu, przyjrzałam się dokładnie całej postaci chłopaka.
Mieszkałam teraz tutaj na dole, w pokoju Artana. Przenieśliśmy moją garderobę i w planach mieliśmy powiększenie całego pomieszczenia i przeróbkę tej graciarni tuż obok na pokój dziecięcy, który był naprawdę niewielki w porównaniu do całej reszty. Nie było miejsca na stawianie nowych murów wewnątrz, więc postanowiliśmy wstawić tam w niedalekiej przyszłości najpotrzebniejsze rzeczy dla noworodka, a później mieliśmy myśleć nad przeniesieniem się na górę albo dobudówce. To był dopiero siódmy tydzień, a my tak bardzo wszystkim zaczęliśmy się stresować...
- Źle się czujesz? - spytał, a ja z początku nie mogłam zrozumieć o co mu chodziło.
Szybko jednak zorientowałam się, że bezwiednie położyłam dłoń na brzuchu, więc prędko ją opuściłam, przyjmując neutralny wyraz twarzy.
- Skąd! - zaprzeczyłam - Jak było?
Właśnie dzisiaj przejął obiecane przedsiębiorstwo wujka. Był wyraźnie zdenerwowany, a mnie nie spodobało się, że wrócił do domu sam. Bałam się, że coś poszło nie tak, dlatego za wszelką cenę chciałam dowiedzieć się szczegółów. Rozpiął u góry kilka guzików białej koszuli i usiadł zdenerwowany na kanapie w ręku trzymając kieliszek.
- Napijesz się ze mną? - spojrzał zrezygnowany na mnie, co od razu popchnęło mnie w jego stronę.
Dosiadłam się, pokazując dłonią, że nie mam ochoty.
- Aż tak źle?
- To mnie przerośnie. - wyznał - Poważnie. Niedługo zacznę się zmieniać w młodszą i dużo przystojniejszą wersję twojego faceta. - skrzywiłam się na dźwięk ostatnich dwóch słów - Jest kryzys i tyle roboty, że zaczynam się rozglądać za jakimś łóżkiem polowym, albo biurkiem z wysuwanym materacem.
- Artan cię ostrzegał. - przypomniałam, ale uznałam, że to niestosowne - Wdrożysz się. Początki zawsze są najgorsze. Obiecał ci pomoc, prawda?
- Emma... - zaśmiał się cicho, upijając spory łyk trunku - Mi właśnie o to chodziło, żeby się usamodzielnić. Rozumiesz, jakoś od niego oderwać, a nie teraz latać za nim i płaszczyć się, żeby wytłumaczył mi co po kolei mam robić, albo najlepiej zdradził receptę na sukces.
- Przecież to nie będzie trwać wiecznie! Poza tym "płaszczyć się"?! Sahib, cholera, on oddał ci dziesięć lat swojej ciężkiej pracy! Więc zamiast siedzieć na dupie i gadać takie głupoty to...
- To co?! - przerwał mi - To co, Emma? Klęknąć na kolanach i dziękować za wspaniałomyślność? To nie żadna łaska, coś mi się w końcu należy, sam zabrał się za projekt ojca, który jest wart dużo więcej.
- A potem zaproponował ci połowę udziałów! Przestań być takim zadufanym w sobie egoistą! Dobrze wiesz, że zrobił to dla ciebie. Mógłby całkiem odrzucić tę propozycję, bo sam nie mógłbyś się jej podjąć. I nic ci nie oddawać, mieć cię głęboko w dupie.
- Gdyby nie on może nikt nie musiałby niczego odrzucać. - dzielnie wytrzymałam jego pełne wyczekiwania spojrzenie.
Mówił o mnie. Nie raz wspominał o tym, co "czułam" do niego na samym początku. To nigdy nie było prawdziwe, nie to co przeżywałam teraz. Nie było tak silne, było tylko chwilą. W dodatku wyjątkowo krótką. Powinien zdążyć już pogodzić się z porażką, z tym, że to nie z nim budzę się każdego ranka i to nie w jego ramionach zasypiam każdej nocy. Tyle że jakby rozpamiętywał to coraz dotkliwiej. A mnie za każdym razem bolało.
- Przyjechał - powiedział po dwóch minutach głuchej ciszy - Napij się czegoś zimnego i ochłoń. Lepiej nie pokazuj mu się taka rozdrażniona, chyba że masz ochotę na kolejną awanturę. - zaczął zbierać się z miejsca i stanął przy drzwiach w tym samym czasie, co Artan.
Słyszałam jakieś głosy, ale nie przysłuchiwałam się im jakoś szczególnie. Poszłam za radą chłopaka. Weszłam za kuchenną ladę i wyjmując lód z pojemnika, włożyłam go do szklanki pełnej soku. Wypiłam cały napój niemal jednym haustem.
Nie wiedziałam, czy to ze względu na mój stan czy to po prostu ja zdążyłam się zmienić, ale... Potrafił mnie zirytować bardzo szybko. Prawie każda dłuższa rozmowa kończyła się kłótnią. Fakt, że nigdy się nie przepraszaliśmy i kilkadziesiąt minut później wszystko wracało do normy, ale jednak nerwy miałam teraz w wyjątkowych strzępach.
Widziałam, że Sahib siadał z powrotem w salonie, chociaż był już gotowy do wyjścia. Zmarszczyłam czoło i czekałam aż któryś mi to wyjaśni.
Podeszłam do mężczyzny i przywitałam się z nim krótkim, przelotnym pocałunkiem, tak żeby nie zorientował się, że coś nie było w porządku i żeby nie stawiać obserwującego nas chłopaka w jeszcze bardziej niezręcznej sytuacji.
- Musimy pogadać - zaczął, odkładając rzeczy na podłogę - Wszyscy - podkreślił - Martha za chwilę zejdzie.
- Coś się stało? - dopytywałam, ale milczał dopóki na kanapie nie usiadła gosposia.
Martha była wyraźnie zaskoczona całym tym rodzinnym zebraniem, zupełnie jak ja, dlatego w ciszy wyczekiwaliśmy, aż Artan podejmie w końcu temat.
- Martho, pamiętasz Khalifa Fathę? - pokiwała twierdząco głową, więc kontynuował - Zmarł wczorajszej nocy, w szpitalu. Obiecałem mu coś kilka tygodni temu, ale nie spodziewałem się, że będzie musiało dojść do tego tak... wcześnie. - mówił - Sprawy się skomplikowały, ale nie złamię danego słowa.
Założyłam nogę na nogę i zaczęłam się denerwować. Utkwiłam ponaglający wzrok w mężczyznę, zupełnie olewając postawę Sahiba, któremu to wszystko latało koło... No właśnie.
Kobieta natomiast zasłoniła dłonią usta.
- Miał córkę, Galiję. Dziewczyna została całkiem sama, chwilowo opiekuje się nią jego sekretarka, ale nie mogę jej teraz tak zostawić. Chcę ją tu sprowadzić, jak najszybciej.
Ja siedziałam zszokowana, Martha trochę przerażona, a chłopak po prostu cicho się zaśmiał. Boże, jak on działał mi dzisiaj na nerwy...
- Może od razu zarejestrujmy ten dom jako przytułek albo schronisko. - warknął - Galija sikała kiedyś ze mną do jednej piaskownicy, czyli jest ode mnie młodsza maksymalnie dwa-trzy lata. Jest prawie dorosła, nie potrzebuje opiekunki.
- Jest kobietą! - od razu odpowiedział Artan - Nie ma szans, że poradzi sobie w tym kraju sama. Ojciec całe życie trzymał ją pod kloszem i właściwie wcale się nie dziwię. - wytłumaczył bardziej mnie niż bratankowi.
- Czyli mamy ją tu przetrzymywać dopóki nie znajdzie sobie faceta?
- Wystarczy! - wstałam podburzona z miejsca i zwróciłam się do chłopaka - Skończ już w końcu! Przestań się mścić! Dziewczyna kilkanaście godzin temu straciła ojca, została całkiem sama i zrozpaczona, co sam powinieneś doskonale rozumieć! Okaż więc do cholery, choć odrobinę współczucia i zamknij się chociaż teraz! - wypuściłam głośno powietrze z ust i wyszłam do swojej sypialni.
....
JAK NA ZŁOŚĆ, BRAK MNIE W WEEKEND, PRZEPRASZAM :<. W NDZ COS BEDZIE NA 100000000% (kocham pomysły rodziców -.-')
piątek, 1 lutego 2013
32: A teraz pozwól, że przestanę udawać. Epilog.
Trzy miesiące później...
W końcu nadszedł ten dzień. Stałam w gabinecie Artana i spoglądałam przez ogromne okno na podwórze. Im bliżej było do wyznaczonej daty tym bardziej się denerwowałam. Nie przyznawałam się do tego nikomu, ale strasznie to przeżywałam.
Namawiałam go do zgody prawie tydzień. Każda nasza rozmowa sprowadzała się do tego tematu, ale w końcu dopięłam swego i uległ. Powiedział "tak", a ja zamiast cieszyć się z osiągniętego sukcesu spięłam się i niecierpliwie czekałam.
Teraz zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę wolałabym żeby było po wszystkim, ale twardo utkwiłam wzrok na trawnik przed domem. Przyjechał...
Czarny, widać drogi samochód zatrzymał się idealnie na podjeździe, ale nikt nie wychodził. Wyprostowałam się i kładąc dłoń na brzuchu, drugą wkładając w kieszeń krótkich szortów przypatrywałam się całej sytuacji. Artan wyszedł po kilkunastu sekundach od zatrzymania się wozu, a kiedy poprawiał krawat dzieląc odległość między nim, a tym sportowym Audi ktoś w końcu uchylił drzwi.
Ze środka wyszedł mężczyzna koło czterdziestki. Słabo mogłam poznać jego wiek, bo patrzyłam na nich z góry, ale zamurował mnie widok potarganych, jasnych włosów. Nie siwych, a... blond.
Wstrzymałam oddech. Rozmawiali. Czułam jak pot spływa mi po karku i plecach.
Mój ojciec, dokładnie ten, który zostawił mnie siedemnaście lat temu stał teraz piętro niżej i najzwyczajniej w świecie rozmawiał sobie z moim narzeczonym... Narzeczonym... Jak absurdalnie to brzmiało.
Ciekawe czy wiedział. O mnie, o Artanie i.... O wszystkim. Trudno było mi ostatnio o tym myśleć, wszystko kłębiło się w mojej głowie i walczyło. Tyle sprzecznych informacji... Tyle zmian.
Żywo o czymś dyskutowali. Trochę się zdziwiłam, że mieli o czym, w końcu mężczyzna mówił mi niedawno, że wszystkie sprawy mają właściwie wyjaśnione, ale widocznie nieźle się przygotował. Uśmiechnęłam się dosłownie na sekundę, jak pomyślałam sobie, że przystał na moją prośbę mimo tylu nieudogodnień. Powinnam się już przyzwyczajać, ale ona zawsze potrafił mnie miło zaskoczyć.
Kiedy tak sobie rozmyślałam nagle dotarło do mnie, że ojciec... Patrzył w moją stronę! Odwróciłam się prędko, zasłaniając dłonią twarz i zacisnęłam mocno powieki. Podeszłam do ściany, żeby całkiem zniknąć z pola jego widzenia.
Chwaliłam się w myślach, że powiedziałam Artanowi, że nie chcę z nim rozmawiać. To byłoby za wiele, on zresztą był tego samego zdania.
O dziwno nie czułam nienawiści ani żalu. Gdyby wszystko stało się pół roku temu to pewnie wszystko wyglądałoby inaczej. Teraz właściwie było mi to obojętne. Nie chciałam tylko, żeby się domyślił, żeby nie zechciał ze mną rozmawiać.
Nie płakałam, co też mnie zdziwiło. Właściwie liczyłam no to, żeby zniknął z mojego podwórka jak najszybciej tym swoim samochodem i odjechał jak najdalej. Nawet nie wiem ile tak stałam...
- Emma? - odwróciłam się na dźwięk swojego imienia - Wszystko w porządku? Jeśli chcesz mogę powiedzieć mu, żeby zawrócił, jeśli chcesz...
- Nie - przerwałam mu, uśmiechając się sztucznie - Jest w porządku. Obiecałam, że nie będę szukała z nim kontaktu. Nawet nie chcę - dodałam prędko - A mówił coś? Widział mnie - szepnęłam, a on zdziwił się na moje słowa.
- Jesteś pewna? Nie zauważyłem, żeby coś go rozproszyło. - przyznał.
Wzruszyłam ramionami i chciałam go wyminąć, ale wyciągnął rękę, obejmując mnie delikatnie.
- Jak się czujesz? - spytał, przyciągając mnie trochę do siebie.
Oparłam dłoń na jego ramieniu i przytuliłam się do jego boku, nosem lądując gdzieś w okolicy męskiej szyi. Pociągnęłam nosem chłonąc zapach tych charakterystycznych perfum i od razu się uśmiechnęłam. Nie miałam problemów ze zmianą nastroju, zwłaszcza będąc w tym stanie...
- Poranny wyścig do toalety jeszcze nie minął - zaśmiałam się cicho - ale popołudniami jest ze mną bardzo dobrze. Poza tym... - przysunęłam się jeszcze odrobinę, czując jego dłoń na swoim brzuchu - Straciłeś całkiem fajne śniadanie. Opróżniłam połowę zapasów lodów, a dwie minuty później jadłam z Marthą sałatkę z ogórków. Swoją drogą... - zastanowiłam się chwilę - Mam wielką ochotę na mleko. Idziemy na dół?
- Zaraz do ciebie zejdę - obiecał, mijając mnie i zajmując miejsce w fotelu - Muszę tylko coś wysłać. Zajmie mi to jakieś pięć minut, naprawdę.
- Nie ma sprawy - uśmiechnęłam się i już miałam wychodzić, ale przywołał mnie spojrzeniem.
Charakterystycznie zmarszczył czoło, więc podeszłam zaintrygowana. Stanęłam obok i byłam niewiele wyższa od niego nawet kiedy siedział. Przysunął się i łapiąc dłońmi dół mojej bluzki, podciągnął ją trochę do góry i zbliżył twarz. Poczułam jak dwa razy pełne wargi dotykają płaskiego jeszcze brzucha.
To był drugi miesiąc. Trzy tygodnie temu dowiedziałam się o... tym. Mojej radości nie było końca, choć niedawno skończyłam dopiero siedemnaście lat. W normalnym świecie byłoby to katastrofą, w moim... Cóż. Chyba najlepszym co mogłoby mnie spotkać. Kiedy się odsunął, postanowiłam przerwać ciszę wznawianiem sprawy, o którą zaczynałam martwić się coraz bardziej.
- Jak chcesz powiedzieć o tym Sahibowi? - zapytałam, zatrzymując na nim swoje spojrzenie - Aż boję się pomyśleć jak mógłby zareagować. Ciągle mam w głowie tę awanturę, kiedy dowiedział się o zaręczynach...
- Nie powinnaś się tym teraz martwić. - powiedział spokojnie - Wydaje mi się, że przyjął do wiadomości, że coś takiego może się w końcu stać.
- Ale nie po kilku tygodniach! Artan, jestem w szóstym tygodniu ciąży! Ile jeszcze mamy czekać? Aż zacznę wyglądać jak wieloryb?
- Emma - poprosił - Zaufaj mi.
_______________________________
Ahh, Ahh, Ahh! Koniec! :( Trochę przykre, ale mam nadzieję, że jesteście chętni na dalszą historię wraz z nimi? :) Mam nawet pomysł, tyle że raczej niedopracowany :P. Co wy na to, żeby za tydzień pojawił się nowy rozdział tomu 2? :D
Chciałabym też poznać waszą opinię na temat historii Emmy, może jakieś oczekiwania co do drugiej części? :) Jak wam sie podobało? Może jakieś refleksję na koniec? :)
Bo dla mnie to było najlepszym, co napisałam. Nie ze względu na styl, ale na to, że jestem związana z moimi bohaterami. Miłego weekendu i... do zobaczenia 8 lutego?
Pozdrawiam i kocham was! :*:*
niedziela, 27 stycznia 2013
31: Stabilizacja to coś czego najbardziej pożądam.
Z góry przepraszam, że taki pociachany, no ale musiał taki być :)
_____
Zupełnie straciłam rachubę. Jutro Wigilia?! Pierwszy raz nie cieszyłam się z własnych urodzin.
- Co z moją prośbą? - zapytałam, kiedy już wracaliśmy do samochodu.
Zaczynało świtać. Nie miałam pojęcia ile czasu tam byliśmy, ale tak naprawdę nawet nie chciałam się nad tym głębiej zastanawiać. Trzymałam w jednej ręce buty, drugą ściskałam dłoń Artana i patrzyłam pod nogi, żeby nie widzieć jego niezadowolonego wyrazu twarzy. Nie podobał mu się fakt, że chciałam go zobaczyć, ale po prostu czułam, że muszę to zrobić.
- Nie chcę, żebyś z nim rozmawiała. - odparł.
- Nigdy go nawet nie widziałam... - powiedziałam ciszej.
- Wsiadaj - otworzył przede mną drzwi, a ja zaczęłam obmyślać nowy plan jak przekonać go do mojego pomysłu.
- To zwykła ciekawość! - zapewniłam, kiedy usiadł obok - Chcę po prostu wiedzieć coś więcej oprócz jego imienia. Naprawdę nie zamierzam pałać do niego miłością po tym wszystkim.
- Tu nie chodzi o to co zaczniesz czuć. Wydaje mi się, że nic dobrego z takiego spotkania nie wyniknie. Jemu na tym nie zależy, powinnaś mi uwierzyć.
Sahib wrócił z wujem godzinę temu. Żadnego z nich jeszcze nie widziałam, ale dobrze wiedziałam, że czekają aż zejdę. Spojrzałam w lustro. Serce waliło mi jak młotem, bałam się jak chłopak przyjmie taki natłok informacji, ale skoro Artan zapewnił, że najlepiej wyznać mu wszystko od razu to ja także byłam do tego przekonana. Wydawało mi się, że sporej części zdążył się domyśleć, część też za bardzo nie wpłynie na niego i jego przyszłość, ale parę aspektów...
Spojrzałam ostatni raz na swoją prawą dłoń i wyszłam z pokoju.
Po schodach głupio uważałam, żeby nie zrobić hałasu. To dziecinne, ale chciałam wiedzieć o czym rozmawiają, coś podsłuchać. Poznać w jakim humorze jest Sahib i na co liczyć podczas tej zapewne gorącej konfrontacji. Wzięłam kilka głębszych wdechów i wkroczyłam pewnie do salonu.
Mężczyźni siedzieli naprzeciw siebie. Zajęłam miejsce obok Artana, uważając na dzielącą nas odległość. Wbiłam w niego wzrok.
- Osiemnaście lat kończysz za trzy dni - przypomniał chłopakowi - Więc chyba najwyższy czas porozmawiać o całej tej... Sytuacji.
Młodszy słuchał uważnie, marszcząc przy tym czoło, choć wyglądał na rozluźnionego. Nie spojrzał na mnie ani razu, co znaczyło, że dalej obwinia mnie o wszystko. Spuściłam wzrok na swoje kolana i denerwując się założyłam nogę na nogę i grzecznie położyłam splecione dłonie na udzie. Oddychałam nierówno, co chwilę myśląc o tym, żeby nie zapomnieć o wdechach i mruganiu. To była chyba jedna z najbardziej stresujących chwil w moim życiu. Tak, zdecydowanie.
- Jakiej sytuacji? - spytał, opierając łokieć o brzeg fotela. - Tak jak ustaliłeś wszystko z ojcem, za te cholerne trzy dni zaczynam się usamodzielniać.
- Pierwsza sprawa... - mówił Artan spokojnie - A raczej prośba. - poprawił się - Chcę, żebyś został w tym domu do czasu, dopóki nie zdecydujesz się na operację i dopóki nie poczujesz się po niej lepiej. Muszę mieć pewność.
- Co? - zaśmiał się ironicznie, widocznie z góry się nie zgadzając - Dobrze wiesz kiedy do tego dojdzie. Mam tu siedzieć kolejny rok albo dwa?! Przecież termin nie jest jasny i zdajesz sobie sprawę, że może się jeszcze bardziej przeciągnąć.
- Dlatego tu zostaniesz. - o dziwo nawet się nie zdenerwował - Jesteś mi to winny, nie zapominaj. Poza tym nie robię tego, żebyś dalej był ode mnie w jakimś stopniu zależny. Po prostu muszę mieć nad tym kontrolę. Jesteś zbyt impulsywny, żebym w tej kwestii ci zaufał. Nie pozwolę, żebyś sam się zniszczył.
Choć Artan o wszystkim mi opowiedział teraz jak tego słuchałam każde słowo było dla mnie zaskoczeniem. To te nerwy, ta niepewność...
- Do rzeczy - zarządził - Kiedy dostanę ten udział? To jedyne na czym mi teraz zależy.
- Sahib...
- O tamtym porozmawiam z tobą na osobności - zaznaczył wyraźnie ostatnie słowo, a mnie momentalnie zamurowało, jednak tylko na chwilę - Tak będzie najlepiej. Rozumiem wszystko co dotyczy Emmy, ale pewnych kwestii nie chcę przy niej poruszać. Więc możesz, proszę, przejść do sedna? - wyczekująco spojrzał na wuja, który już szykował się do obrony, ale prędko z niej zrezygnował. - Albo poprosić ją grzecznie, żeby wyszła.
- Powtarzam ci ostatni raz, że nie mówisz o byle kim. Zastanawiaj się dwa razy zanim coś takiego jeszcze raz powiesz. Traktuję cie poważnie, więc oczekuję tego samego. - odczekał chwilę - Sprawy się skomplikowały, dlatego mam ci do zaproponowania pewną ugodę.
- Ugodę?! - Sahib podciągnął się na swoim miejscu i nie ukrywał swojego niezrozumienia - Jaką ugodę? Co znowu jest nie tak? Artan, cholera, to była jedyna rzecz jaką...
- Nic nie stracisz. - przerwał mu - Ta firma dopiero co się rozwija, przygotowuje do otwarcia drugiej fili, to nie jest coś na czym zarobisz pieniądze o jakich rozmawialiśmy wcześniej. Dlatego jestem w stanie odstąpić ci połowę udziałów w pierwszej działalności ojca i oddać własną. Tą, na której dorobiłem się najwięcej.
- Chyba sobie żartujesz. - zaśmiał się znów, nie dowierzając - Myślisz, że zdołam poprowadzić coś tak wielkiego?! Tak z miejsca?!
- Masz na to czas, nie rzucę cię od razu na głęboką wodę. Sahib, skoro i tak zostaniesz tu w najbliższym czasie zajmiesz się działalnością, którą odziedziczyłem po twoim ojcu, a kiedy uznam, że jesteś gotowy dostaniesz... Moją własną. Ale musisz zdać sobie sprawę, jakie czekają cię poświęcenia. To nie szefowanie w jakimś zieleniaku, musisz być odpowiedzialny. Dowieść, że sobie poradzisz. Dobrze wiesz, że zyskasz w ten sposób więcej niż z początkującym przedsiębiorstwem, które tak bez przygotowania doprowadziłoby cię zapewne do upadku. Nie masz doświadczenia.
- Czemu nagle zacząłeś się tym tak przejmować, co? Jakoś wcześniej nic nie wspominałeś - sprowokował.
- Bo i tak miałem ci w tym pomóc.
- Jeśli się zgodzę, co z tamtym? Masz zamiar sobie ot tak z tego zrezygnować? - kiedy już myślałam, że mogę odetchnąć z ulgą, bo zauważyłam, że Sahibowi ta opcja dużo bardziej się podobała to musiał wyskoczyć z tym pytaniem. Poczułam jak robi mi się gorąco.
- Nikt nie będzie z tego rezygnował, to kilka dobrych lat starań twojego ojca.
- Więc co? - zapytał dobitnie.
- Ja podpiszę tę umowę.
I wtedy chłopak po raz pierwszy obrzucił mnie wrogim spojrzeniem.
- Nigdy nie miałam nawet fajerwerków - uśmiechnęła się blondynka, nie mogąc oderwać wzroku od świateł na czarnym niebie - Wygląda cudownie - skomentowała.
- Do niczego cię nie zmuszam, pamiętaj - powiedział cicho, na co niemal od razu odwróciła się z niezrozumieniem wymalowanym na opalonej twarzy.
Mężczyzna sięgnął za siebie, a ona uważnie obserwowała każdy jego ruch. Siedziała oparta bokiem, o jego klatkę piersiową, stopy chowając w ciepły piasek i poprawiając na sobie męską marynarkę, którą dostała, gdy temperatura zaczynała spadać.
Chwycił jej drobną dłoń, drugą ręką dotykając jej brody, przez co zmuszając ją, żeby spojrzała w czarne oczy. Położył coś niewielkiego, a kilka sekund później spojrzała w dół.
Otworzył złote pudełeczko, a jej oczom ukazał się srebrny, delikatny, piękny pierścionek, który po doznaniu całej euforii włożyła z lubością na serdeczny palec.
____________
Do zobaczenia w środę! :)
Mam pewien pomysł, mianowicie...
Po zakończeniu opowiadania nie chciałabym zostawiać Emmy i reszty bohaterów samym sobie. Jeszcze mi się spod kontroli wymkną :P. Myślałam nad stworzeniem nowej historii, jednak powiązanej z tą obecną, chociaż nie trzeba będzie znać tej żeby rozumieć tamtą, nadążacie? :) Jednak zmienię głównych bohaterów, paru dodam, ale... Emma, Artan i Sahib pozostaną nadal. Co o tym myślicie?
_____
Zupełnie straciłam rachubę. Jutro Wigilia?! Pierwszy raz nie cieszyłam się z własnych urodzin.
- Co z moją prośbą? - zapytałam, kiedy już wracaliśmy do samochodu.
Zaczynało świtać. Nie miałam pojęcia ile czasu tam byliśmy, ale tak naprawdę nawet nie chciałam się nad tym głębiej zastanawiać. Trzymałam w jednej ręce buty, drugą ściskałam dłoń Artana i patrzyłam pod nogi, żeby nie widzieć jego niezadowolonego wyrazu twarzy. Nie podobał mu się fakt, że chciałam go zobaczyć, ale po prostu czułam, że muszę to zrobić.
- Nie chcę, żebyś z nim rozmawiała. - odparł.
- Nigdy go nawet nie widziałam... - powiedziałam ciszej.
- Wsiadaj - otworzył przede mną drzwi, a ja zaczęłam obmyślać nowy plan jak przekonać go do mojego pomysłu.
- To zwykła ciekawość! - zapewniłam, kiedy usiadł obok - Chcę po prostu wiedzieć coś więcej oprócz jego imienia. Naprawdę nie zamierzam pałać do niego miłością po tym wszystkim.
- Tu nie chodzi o to co zaczniesz czuć. Wydaje mi się, że nic dobrego z takiego spotkania nie wyniknie. Jemu na tym nie zależy, powinnaś mi uwierzyć.
Sahib wrócił z wujem godzinę temu. Żadnego z nich jeszcze nie widziałam, ale dobrze wiedziałam, że czekają aż zejdę. Spojrzałam w lustro. Serce waliło mi jak młotem, bałam się jak chłopak przyjmie taki natłok informacji, ale skoro Artan zapewnił, że najlepiej wyznać mu wszystko od razu to ja także byłam do tego przekonana. Wydawało mi się, że sporej części zdążył się domyśleć, część też za bardzo nie wpłynie na niego i jego przyszłość, ale parę aspektów...
Spojrzałam ostatni raz na swoją prawą dłoń i wyszłam z pokoju.
Po schodach głupio uważałam, żeby nie zrobić hałasu. To dziecinne, ale chciałam wiedzieć o czym rozmawiają, coś podsłuchać. Poznać w jakim humorze jest Sahib i na co liczyć podczas tej zapewne gorącej konfrontacji. Wzięłam kilka głębszych wdechów i wkroczyłam pewnie do salonu.
Mężczyźni siedzieli naprzeciw siebie. Zajęłam miejsce obok Artana, uważając na dzielącą nas odległość. Wbiłam w niego wzrok.
- Osiemnaście lat kończysz za trzy dni - przypomniał chłopakowi - Więc chyba najwyższy czas porozmawiać o całej tej... Sytuacji.
Młodszy słuchał uważnie, marszcząc przy tym czoło, choć wyglądał na rozluźnionego. Nie spojrzał na mnie ani razu, co znaczyło, że dalej obwinia mnie o wszystko. Spuściłam wzrok na swoje kolana i denerwując się założyłam nogę na nogę i grzecznie położyłam splecione dłonie na udzie. Oddychałam nierówno, co chwilę myśląc o tym, żeby nie zapomnieć o wdechach i mruganiu. To była chyba jedna z najbardziej stresujących chwil w moim życiu. Tak, zdecydowanie.
- Jakiej sytuacji? - spytał, opierając łokieć o brzeg fotela. - Tak jak ustaliłeś wszystko z ojcem, za te cholerne trzy dni zaczynam się usamodzielniać.
- Pierwsza sprawa... - mówił Artan spokojnie - A raczej prośba. - poprawił się - Chcę, żebyś został w tym domu do czasu, dopóki nie zdecydujesz się na operację i dopóki nie poczujesz się po niej lepiej. Muszę mieć pewność.
- Co? - zaśmiał się ironicznie, widocznie z góry się nie zgadzając - Dobrze wiesz kiedy do tego dojdzie. Mam tu siedzieć kolejny rok albo dwa?! Przecież termin nie jest jasny i zdajesz sobie sprawę, że może się jeszcze bardziej przeciągnąć.
- Dlatego tu zostaniesz. - o dziwo nawet się nie zdenerwował - Jesteś mi to winny, nie zapominaj. Poza tym nie robię tego, żebyś dalej był ode mnie w jakimś stopniu zależny. Po prostu muszę mieć nad tym kontrolę. Jesteś zbyt impulsywny, żebym w tej kwestii ci zaufał. Nie pozwolę, żebyś sam się zniszczył.
Choć Artan o wszystkim mi opowiedział teraz jak tego słuchałam każde słowo było dla mnie zaskoczeniem. To te nerwy, ta niepewność...
- Do rzeczy - zarządził - Kiedy dostanę ten udział? To jedyne na czym mi teraz zależy.
- Sahib...
- O tamtym porozmawiam z tobą na osobności - zaznaczył wyraźnie ostatnie słowo, a mnie momentalnie zamurowało, jednak tylko na chwilę - Tak będzie najlepiej. Rozumiem wszystko co dotyczy Emmy, ale pewnych kwestii nie chcę przy niej poruszać. Więc możesz, proszę, przejść do sedna? - wyczekująco spojrzał na wuja, który już szykował się do obrony, ale prędko z niej zrezygnował. - Albo poprosić ją grzecznie, żeby wyszła.
- Powtarzam ci ostatni raz, że nie mówisz o byle kim. Zastanawiaj się dwa razy zanim coś takiego jeszcze raz powiesz. Traktuję cie poważnie, więc oczekuję tego samego. - odczekał chwilę - Sprawy się skomplikowały, dlatego mam ci do zaproponowania pewną ugodę.
- Ugodę?! - Sahib podciągnął się na swoim miejscu i nie ukrywał swojego niezrozumienia - Jaką ugodę? Co znowu jest nie tak? Artan, cholera, to była jedyna rzecz jaką...
- Nic nie stracisz. - przerwał mu - Ta firma dopiero co się rozwija, przygotowuje do otwarcia drugiej fili, to nie jest coś na czym zarobisz pieniądze o jakich rozmawialiśmy wcześniej. Dlatego jestem w stanie odstąpić ci połowę udziałów w pierwszej działalności ojca i oddać własną. Tą, na której dorobiłem się najwięcej.
- Chyba sobie żartujesz. - zaśmiał się znów, nie dowierzając - Myślisz, że zdołam poprowadzić coś tak wielkiego?! Tak z miejsca?!
- Masz na to czas, nie rzucę cię od razu na głęboką wodę. Sahib, skoro i tak zostaniesz tu w najbliższym czasie zajmiesz się działalnością, którą odziedziczyłem po twoim ojcu, a kiedy uznam, że jesteś gotowy dostaniesz... Moją własną. Ale musisz zdać sobie sprawę, jakie czekają cię poświęcenia. To nie szefowanie w jakimś zieleniaku, musisz być odpowiedzialny. Dowieść, że sobie poradzisz. Dobrze wiesz, że zyskasz w ten sposób więcej niż z początkującym przedsiębiorstwem, które tak bez przygotowania doprowadziłoby cię zapewne do upadku. Nie masz doświadczenia.
- Czemu nagle zacząłeś się tym tak przejmować, co? Jakoś wcześniej nic nie wspominałeś - sprowokował.
- Bo i tak miałem ci w tym pomóc.
- Jeśli się zgodzę, co z tamtym? Masz zamiar sobie ot tak z tego zrezygnować? - kiedy już myślałam, że mogę odetchnąć z ulgą, bo zauważyłam, że Sahibowi ta opcja dużo bardziej się podobała to musiał wyskoczyć z tym pytaniem. Poczułam jak robi mi się gorąco.
- Nikt nie będzie z tego rezygnował, to kilka dobrych lat starań twojego ojca.
- Więc co? - zapytał dobitnie.
- Ja podpiszę tę umowę.
I wtedy chłopak po raz pierwszy obrzucił mnie wrogim spojrzeniem.
- Nigdy nie miałam nawet fajerwerków - uśmiechnęła się blondynka, nie mogąc oderwać wzroku od świateł na czarnym niebie - Wygląda cudownie - skomentowała.
- Do niczego cię nie zmuszam, pamiętaj - powiedział cicho, na co niemal od razu odwróciła się z niezrozumieniem wymalowanym na opalonej twarzy.
Mężczyzna sięgnął za siebie, a ona uważnie obserwowała każdy jego ruch. Siedziała oparta bokiem, o jego klatkę piersiową, stopy chowając w ciepły piasek i poprawiając na sobie męską marynarkę, którą dostała, gdy temperatura zaczynała spadać.
Chwycił jej drobną dłoń, drugą ręką dotykając jej brody, przez co zmuszając ją, żeby spojrzała w czarne oczy. Położył coś niewielkiego, a kilka sekund później spojrzała w dół.
Otworzył złote pudełeczko, a jej oczom ukazał się srebrny, delikatny, piękny pierścionek, który po doznaniu całej euforii włożyła z lubością na serdeczny palec.
____________
Do zobaczenia w środę! :)
Mam pewien pomysł, mianowicie...
Po zakończeniu opowiadania nie chciałabym zostawiać Emmy i reszty bohaterów samym sobie. Jeszcze mi się spod kontroli wymkną :P. Myślałam nad stworzeniem nowej historii, jednak powiązanej z tą obecną, chociaż nie trzeba będzie znać tej żeby rozumieć tamtą, nadążacie? :) Jednak zmienię głównych bohaterów, paru dodam, ale... Emma, Artan i Sahib pozostaną nadal. Co o tym myślicie?
środa, 23 stycznia 2013
30: Sprawiasz, że staję się lepszą. To co dobre zostaje w moim wnętrzu.
Czekałam na niego prawie godzinę. Gdyby nie stres, który ciągle mi towarzyszył chyba bym się zanudziła, a tak przynajmniej do głowy co sekundę przychodziły mi nowe wizje tej rozmowy. Zdążyło się ściemnić. Kiedy w końcu otworzył drzwi wyraźnie zdziwiony moją wizytą, odłożył torbę na podłogę i ostrożnie zamknął za sobą. Siedziałam za biurkiem na jego wygodnym, skórzanym fotelu i założyłam nogę na nogę. Ostatnie, co mogłam zrobić to tworzyć nowe komplikacje.
Milczał i tylko się we mnie wpatrywał, więc wstałam w końcu z miejsca i stając obok splotłam ręce na brzuchu.
- Przyszłam ci powiedzieć, że nie spałam z tobą w celu osiągnięcia jakiś chorych planów. - powiedziałam spokojnie, zdążyłam już wszystko przećwiczyć w myślach - Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby to jakoś wykorzystać.
- Rozumiem - odparł też spokojnie, podchodząc bliżej.
- Także w razie jakiś wątpliwości zamiast oskarżać mnie i psuć jeden z najlepszych dni w życiu lepiej zapytać. - nie wiedziałam skąd we mnie ta pewność siebie, ale postanowiłam jej użyć.
- W porządku - odpowiedział, uśmiechając się delikatnie, a ja zmarszczyłam czoło.
Nie ukrywałam, że przygotowałam się na awanturę, albo chociaż ostrą dyskusję, a nie takie proste przyznanie się do błędu. Patrzyłam uważnie, jak podchodzi pewnie do mnie i jak chwyta moją dłoń. Uniosłam wzrok, żeby spojrzeć w jego twarz, ale był teraz tak blisko, że nijak mi to nie wychodziło.
- Musisz gdzieś ze mną pojechać - szepnął, a ja miałam wrażenie jak moja szyja pokrywa się gęsią skórką.
Boże, pierwszy raz ktoś tak na mnie działał.
Położył drugą rękę w okolicach mojej talii, a ja oparłam się tyłkiem o biurko.
- Teraz? - zapytałam równie cicho - To chyba nie jest...
- Chodź - w sekundę odsunął się ciągnąc mnie za sobą w stronę wyjścia.
- Poczekaj! - poprosiłam trochę wystraszona - Naprawdę teraz? Dzisiaj? Już późno... - nie ukrywałam zdenerwowania - Poważnie wolałabym najpierw przejrzeć się chociaż w lustrze, poprawić makijaż albo się przebrać...
- Emma. - zatrzymał się i odwrócił, przyciągając mnie do siebie i delikatnie obejmując - Jest ciemno - zaśmiał się cicho wprost do mojego ucha.
Miałam jakieś kiepskie przeczucia. Siedziałam z nim w tym samochodzie i denerwowałam się za dwoje. Swoją drogą ten samochód to jakiś żart. Nawet bałam się w nim usiąść, żeby niczego nie pognieść ani nie pobrudzić. I chociaż Artan całą drogę coś mówił ja myślałam tylko dokąd w końcu jedziemy. Przyszedł nagle, przeprosił, a raczej przyznał się do złego i wywoził mnie Bóg wie gdzie.
Niby mu ufałam, niby się nie bałam, ale jednak kiedy zatrzymał wóz i otworzył przede mną drzwi czułam się jak pierwszego dnia. Starałam się to nieporadnie ukryć - chyba na marne.
Objął mnie i rozejrzałam się wkoło. Plaża.
Małe fale rozmywały brzeg. Zdjęłam wysokie buty i poczułam na stopach bardzo drobny piasek, delikatny i miękki i jakby od razu się rozluźniłam. Raczej perspektywa Artana topiącego mnie w morzu zupełnie do mnie nie przemawiała. Słońce już zaszło. Z daleka widziałam jakiś ogień i... Boże, to chyba nie było to, o czym myślałam...
Plaża była pusta, a im dalej szliśmy tym kształt ognia robił się wyraźniejszy. Dojrzałam stąd duży koc, coś jakby koszyk i wiaderko pełne lodu.
- Jak przepraszasz to z klasą - zaśmiałam się zajmując swoje miejsce - Jestem pod wrażeniem. Tylko... Gdzie są ludzie? - spytałam opierając się plecami o niego.
- Powiedzmy, że wybrali inną plażę - podał mi kieliszek.
Też wybrałabym inną, gdybyś mi za to płacił.
Upiłam łyk napoju.
- Sok?! - zaśmiałam się przyglądając kieliszkowi.
W takiej ciemności nie mogłam dojrzeć czy faktycznie nie widać bąbelków, ale naprawdę nastawiłam się na smak szampana.
- Za dużo ostatnio pijesz - stwierdził, a ja postanowiłam szybko zmienić temat.
Dotknęłam jego dłoni, która leżała na moim brzuchu i wpatrywałam się w nią kilka chwil, dopóki nie wziął głębszego oddechu, a ja nie mogłam dłużej bezczynnie patrzeć na morze.
- Martha mi opowiedziała, co dla niej zrobiłeś - powiedziałam cicho, wygodniej się na nim kładąc - Zaimponowało mi to.
- Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo. Martha to dobra kobieta, to co zrobił mój brat nie było jej winą. Uznałem, że nie powinna za to płacić.
- Bardzo szlachetne - pochwaliłam - Nie wiem czy mnie byłoby na coś takiego stać. Chodzi mi o Sahiba, traktujesz go jak syna.
Chwilę milczał, a ja naprawdę chciałam poznać jego odpowiedź, co o tym myśli. Wziął głębszy oddech i w końcu się odezwał.
- To nie kwestia szlachetności. W takich chwilach nawet o sobie nie myślisz. Kiedy tam przyszedłem siedział skulony na podłodze i płakał, wołając matkę. Sahiba widziałem wtedy chyba czwarty czy piąty raz w życiu, ale nie wyobrażałem sobie, że mógłbym go tam zostawić. Z Marthą, która na pewno nie dałaby rady zapewnić mu dobrego życia.
- Właśnie o tym mówię - kontynuowałam - Dopiero co sam zacząłeś dorosłe życie, a tu... pełno komplikacji. Nie każdy by sobie z tym poradził.
- To zależy od podejścia. - wyjawił - Też nie miałem najlepszego dzieciństwa razem z bratem, dlatego tak bardzo wtedy odczuwałem sytuację tego gówniarza - tutaj się uśmiechnęłam - Do tej pory nie rozumiem jak mógł to zrobić. Fahad chyba sam nie zdawał sobie z tego sprawy.
- Mogłabym cię o coś poprosić? - spontanicznie przyszło mi coś do głowy i postanowiłam o tym powiedzieć. Nie odpowiadał - Chciałabym zobaczyć ojca. Nie chce się z nim spotykać w żadnym razie - od razu zastrzegłam - chcę po prostu zobaczyć jak wygląda. Nigdy nie miałam okazji...
- Nie wiem czy to dobry pomysł.
- Proszę - odwróciłam się do niego bokiem, a kiedy miałam zbliżyć twarz coś jakby huknęło od strony morza.
Od razu spojrzałam w tamtą stronę.
Na czarnym niebie pojawiły się jakby dziesiątki spadających gwiazd. Oczywiście widać było od razu, że były sztuczne, ale aż otworzyłam usta ze zdziwienia.
Mężczyzna objął mnie mocniej i szepnął.
- Wszystkiego najlepszego, Emmo.
Milczał i tylko się we mnie wpatrywał, więc wstałam w końcu z miejsca i stając obok splotłam ręce na brzuchu.
- Przyszłam ci powiedzieć, że nie spałam z tobą w celu osiągnięcia jakiś chorych planów. - powiedziałam spokojnie, zdążyłam już wszystko przećwiczyć w myślach - Nawet mi do głowy nie przyszło, żeby to jakoś wykorzystać.
- Rozumiem - odparł też spokojnie, podchodząc bliżej.
- Także w razie jakiś wątpliwości zamiast oskarżać mnie i psuć jeden z najlepszych dni w życiu lepiej zapytać. - nie wiedziałam skąd we mnie ta pewność siebie, ale postanowiłam jej użyć.
- W porządku - odpowiedział, uśmiechając się delikatnie, a ja zmarszczyłam czoło.
Nie ukrywałam, że przygotowałam się na awanturę, albo chociaż ostrą dyskusję, a nie takie proste przyznanie się do błędu. Patrzyłam uważnie, jak podchodzi pewnie do mnie i jak chwyta moją dłoń. Uniosłam wzrok, żeby spojrzeć w jego twarz, ale był teraz tak blisko, że nijak mi to nie wychodziło.
- Musisz gdzieś ze mną pojechać - szepnął, a ja miałam wrażenie jak moja szyja pokrywa się gęsią skórką.
Boże, pierwszy raz ktoś tak na mnie działał.
Położył drugą rękę w okolicach mojej talii, a ja oparłam się tyłkiem o biurko.
- Teraz? - zapytałam równie cicho - To chyba nie jest...
- Chodź - w sekundę odsunął się ciągnąc mnie za sobą w stronę wyjścia.
- Poczekaj! - poprosiłam trochę wystraszona - Naprawdę teraz? Dzisiaj? Już późno... - nie ukrywałam zdenerwowania - Poważnie wolałabym najpierw przejrzeć się chociaż w lustrze, poprawić makijaż albo się przebrać...
- Emma. - zatrzymał się i odwrócił, przyciągając mnie do siebie i delikatnie obejmując - Jest ciemno - zaśmiał się cicho wprost do mojego ucha.
Miałam jakieś kiepskie przeczucia. Siedziałam z nim w tym samochodzie i denerwowałam się za dwoje. Swoją drogą ten samochód to jakiś żart. Nawet bałam się w nim usiąść, żeby niczego nie pognieść ani nie pobrudzić. I chociaż Artan całą drogę coś mówił ja myślałam tylko dokąd w końcu jedziemy. Przyszedł nagle, przeprosił, a raczej przyznał się do złego i wywoził mnie Bóg wie gdzie.
Niby mu ufałam, niby się nie bałam, ale jednak kiedy zatrzymał wóz i otworzył przede mną drzwi czułam się jak pierwszego dnia. Starałam się to nieporadnie ukryć - chyba na marne.
Objął mnie i rozejrzałam się wkoło. Plaża.
Małe fale rozmywały brzeg. Zdjęłam wysokie buty i poczułam na stopach bardzo drobny piasek, delikatny i miękki i jakby od razu się rozluźniłam. Raczej perspektywa Artana topiącego mnie w morzu zupełnie do mnie nie przemawiała. Słońce już zaszło. Z daleka widziałam jakiś ogień i... Boże, to chyba nie było to, o czym myślałam...
Plaża była pusta, a im dalej szliśmy tym kształt ognia robił się wyraźniejszy. Dojrzałam stąd duży koc, coś jakby koszyk i wiaderko pełne lodu.
- Jak przepraszasz to z klasą - zaśmiałam się zajmując swoje miejsce - Jestem pod wrażeniem. Tylko... Gdzie są ludzie? - spytałam opierając się plecami o niego.
- Powiedzmy, że wybrali inną plażę - podał mi kieliszek.
Też wybrałabym inną, gdybyś mi za to płacił.
Upiłam łyk napoju.
- Sok?! - zaśmiałam się przyglądając kieliszkowi.
W takiej ciemności nie mogłam dojrzeć czy faktycznie nie widać bąbelków, ale naprawdę nastawiłam się na smak szampana.
- Za dużo ostatnio pijesz - stwierdził, a ja postanowiłam szybko zmienić temat.
Dotknęłam jego dłoni, która leżała na moim brzuchu i wpatrywałam się w nią kilka chwil, dopóki nie wziął głębszego oddechu, a ja nie mogłam dłużej bezczynnie patrzeć na morze.
- Martha mi opowiedziała, co dla niej zrobiłeś - powiedziałam cicho, wygodniej się na nim kładąc - Zaimponowało mi to.
- Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo. Martha to dobra kobieta, to co zrobił mój brat nie było jej winą. Uznałem, że nie powinna za to płacić.
- Bardzo szlachetne - pochwaliłam - Nie wiem czy mnie byłoby na coś takiego stać. Chodzi mi o Sahiba, traktujesz go jak syna.
Chwilę milczał, a ja naprawdę chciałam poznać jego odpowiedź, co o tym myśli. Wziął głębszy oddech i w końcu się odezwał.
- To nie kwestia szlachetności. W takich chwilach nawet o sobie nie myślisz. Kiedy tam przyszedłem siedział skulony na podłodze i płakał, wołając matkę. Sahiba widziałem wtedy chyba czwarty czy piąty raz w życiu, ale nie wyobrażałem sobie, że mógłbym go tam zostawić. Z Marthą, która na pewno nie dałaby rady zapewnić mu dobrego życia.
- Właśnie o tym mówię - kontynuowałam - Dopiero co sam zacząłeś dorosłe życie, a tu... pełno komplikacji. Nie każdy by sobie z tym poradził.
- To zależy od podejścia. - wyjawił - Też nie miałem najlepszego dzieciństwa razem z bratem, dlatego tak bardzo wtedy odczuwałem sytuację tego gówniarza - tutaj się uśmiechnęłam - Do tej pory nie rozumiem jak mógł to zrobić. Fahad chyba sam nie zdawał sobie z tego sprawy.
- Mogłabym cię o coś poprosić? - spontanicznie przyszło mi coś do głowy i postanowiłam o tym powiedzieć. Nie odpowiadał - Chciałabym zobaczyć ojca. Nie chce się z nim spotykać w żadnym razie - od razu zastrzegłam - chcę po prostu zobaczyć jak wygląda. Nigdy nie miałam okazji...
- Nie wiem czy to dobry pomysł.
- Proszę - odwróciłam się do niego bokiem, a kiedy miałam zbliżyć twarz coś jakby huknęło od strony morza.
Od razu spojrzałam w tamtą stronę.
Na czarnym niebie pojawiły się jakby dziesiątki spadających gwiazd. Oczywiście widać było od razu, że były sztuczne, ale aż otworzyłam usta ze zdziwienia.
Mężczyzna objął mnie mocniej i szepnął.
- Wszystkiego najlepszego, Emmo.
poniedziałek, 21 stycznia 2013
29: Nigdy nie jest za późno na walkę o własne szczęście.
- Emma... - odezwał się trochę zrezygnowany.
- Odpowiedz mi - powiedziałam stanowczo za co od razu się pochwaliłam.
Wstałam z łóżka i stanęłam przed nim krzyżując ręce na brzuchu. Wpatrywałam się w jego twarz, oczekując jakiejś zmiany albo przejęcia niestety na marne. Mężczyzna także opuścił miejsce i podszedł do mnie, tak że ta odległość była mniejsza od kroku.
- A co mam sobie myśleć? - otworzyłam szerzej oczy - Dziwnym trafem po twojej wizycie w szpitalu nagle stałaś się bardzo chętna i ten twój stres, który zawsze u ciebie widziałem gdzieś zniknął. I nie - dodał - Nie dlatego, że byłaś pijana. Wiedziałaś co robisz.
- Sugerujesz, że robię to dla zysku? - zdenerwowałam się i miałam ochotę uciec.
Nie spodziewałam się tego. Nawet nie pomyślałam, że mógł to tak odebrać, jakoś wcześniej się nie sprzeciwiał. Nie wiem co się stało, ale to na pewno nie było moją winą. To przecież ja byłam tutaj ofiarą.
- Właśnie tego chcę się od ciebie dowiedzieć.
- Nie wiem jak możesz mi to robić - załamał mi się głos, dlatego wzięłam głęboki oddech i powiedziałam szybko - Wiesz o mnie wszystko. Dosłownie wszystko. Przygotowałeś się do mojego przyjazdu idealnie, znałeś każdy szczegół, wiedziałeś jaka jestem. Dlatego nie mam pojęcia jak możesz mi to zarzucać. Byłam zagubiona, robiłam mnóstwo głupich rzeczy. Czego oczekiwałeś? Że przyjadę tutaj i nagle stanę się doskonałą Emmą jaką sobie wyobrażaliście? Ja długo nie wiedziałam nawet po co tu jestem! Dlaczego akurat ja. W końcu łaskawie to od ciebie wyciągnęłam, a teraz się okazuje, że to wszystko ma jakieś drugie dno. Nie rozumiem jak świat może być aż tak niesprawiedliwy.
Obróciłam się na pięcie i wyszłam spokojnie z jego sypialni. Weszłam na górę, tamując w sobie uczucia dopóki nie zatrzasnęłam drzwi swojego pokoju. Byłam z siebie dumna, że wszystko mu powiedziałam, że nie stchórzyłam, jednak z drugiej strony... Zaczęłam się poważnie zastanawiać czy nie dałam mu powodu do takiego myślenia. Faktycznie z początku ja i Sahib byliśmy dość blisko, wciąż rozpamiętywałam to co mi powiedział - Naprawdę sądzisz, że jest zainteresowany twoim losem? Naprawdę myślisz, że znaczysz dla niego coś więcej niż kolejne zyski?
Nie potrafiłam mu w to uwierzyć. Artan był dla mnie naprawdę dobry. Przynajmniej nie starał się stawiać mnie w ciężkich sytuacjach, to znaczy... do tej pory się starał. Robił wszystko, żebym poczuła się wyjątkowo, a to tak wiele dla mnie znaczyło. Traktował mnie jak kogoś bardzo ważnego, szanował mnie jak nikt dotąd. Boże... To było takie wspaniałe. Obracać się w takim świecie w takim towarzystwie, poznawać takie zwyczaje...
A Sahib we wszystkim mieszał. Mieszał w mojej głowie, w moim sercu i w całym życiu. Nie umiałam go rozgryźć. W pierwszej chwili, wtedy przy Chrisie, kiedy dawał mi do zrozumienia, że wie co dzieje się między mną, a jego wujem wydawało mi się, że to zazdrość, ale teraz... Teraz nie miałam pojęcia o co chodzi.
- Emmo, otwórz proszę - usłyszałam kobiecy głos zza drzwi.
Martha.
Ta kobieta potrafiła znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Od razu wstałam z łóżka i wycierając łzy z policzków pobiegłam jej otworzyć.
Uśmiechała się dobrotliwie jak to miała w zwyczaju i spytała wzrokiem czy może wejść. Zaprosiłam ją i jak tylko weszłyśmy w głąb pomieszczenia pozwoliła mi się do siebie przytulić. Głaskała mnie po włosach i czekała cierpliwie aż się uspokoję. Usiadłyśmy na kanapie.
Martha była kobietą po czterdziestce. Szczupłą, zadbaną i ładnie było jej w turkusie. Krótkie, brązowe włosy dziś spięła i nie nałożyła makijażu.
- Kochanie, nie wiem co się dzieje, ale widząc Artana, zatrzaskującego za sobą drzwi i tak szybko idącego do samochodu nie widziałam wieki - uśmiechnęła się.
Milczałam.
- Mogę się tylko domyślać, ale chcę powiedzieć ci jedno. To naprawdę nie jest zły człowiek, mimo że z początku można odnieść takie wrażenie. On po prostu jest... specyficzny.
- Chyba nie w tym przypadku - szepnęłam, spuszczając spojrzenie na swoje kolana i pociągając cicho nosem.
- Pewnego dnia rodzice Sahiba po prostu zniknęli. Zostawili wszystko łącznie z synem i uciekli. Nie pytaj mnie dlaczego, nie znam szczegółów, ale wyobraź sobie co czuł ten jedenastoletni dzieciak, któremu matka i ojciec nawet nie powiedzieli "do widzenia". Obudził mnie jego płacz. Wyleciałam od razu do salonu i przeszukawszy cały dom zrozumiałam co się stało. W tej rodzinie od dawna się nie układało, związek się rozlatywał, ojciec Sahiba miał drugą żonę, o której istnieniu Marien dowiedziała się w przeddzień wyjazdu. Co miałam zrobić? Tłumaczyłam, że to tylko chwilowe, że rodzice wcale go nie zostawili, że za kilka dni wszystko wróci do normy. Zadzwoniłam do Artana. On z bratem byli w okropnej kłótni, chyba nigdy się nie pogodzili, ale przyjechał. Pierwsze co zrobił to spakował wszystkie rzeczy chłopca i zabrał go do siebie. Rozumiesz? Facet chwilę po dwudziestce bez zastanowienia wziął na siebie taką odpowiedzialność. Zrezygnował z większości swoich planów i osiedlił się w jednym miejscu załatwiając mu najlepszą szkołę i jak najlepsze życie. Nie miałam dokąd pójść, nie mam tutaj rodziny. Pozwolił mi zatrzymać dom, a mnie najzwyczajniej w świecie po prostu nie było na niego stać. Zostałam tam ostatnią noc i obmyślałam plan na przyszłość. Nie mam wykształcenia, skończyłam tylko dwie szkoły. Z zarobionych pieniędzy w tej rodzinie stać mnie było na parę tygodni w hotelu, a co później? Rano dopakowywałam resztę rzeczy. Rozmawiałam z Artanem, ale nie wyjaśniłam dlaczego nie chcę mieszkać w tym miejscu. Wyszłam z mieszkania, a na podjeździe stał jego samochód. Dalej dziękuję Bogu za niego. Nie znał mnie, kiedy przyjechał po dziecko widział mnie po raz pierwszy, a przyjął mnie pod swój dach i zatrudnił. - chwyciła mnie za dłoń, widząc moje zdziwienie - On wszystko ci wyjaśni. Nie byłby sobą gdyby zostawiał niedokończone sprawy.
- Oskarżył mnie o intrygę. Po prostu... - zacięłam się na chwilę - Nie wiem jak mógł tak pomyśleć. Martha, on mnie przecież dobrze zna, wie kim jestem. Nie potrafię tego zrozumieć on...
- On ma teraz naprawdę wiele problemów. - przerwała mi - Jeszcze ta choroba Sahiba... On go traktuje jak syna. Wszystko spadło mu na głowę, ja i tak go podziwiam, że sobie z tym radzi. Każdemu człowiekowi trzeba wybaczyć i przeczekać trudne momenty. Tobie nie zdarza się chwilowe załamanie? Masz niewiele lat, ale przeszłaś naprawdę bardzo dużo, dlatego właśnie ty powinnaś to rozumieć najlepiej. - spojrzała na zegarek - Muszę uciekać, ale Emmo... Trzymaj się. - uśmiechnęła się znów - Wyjaśnij to.
Po jej wyjściu długo nie czekałam. Ubrałam sweter i wyszłam z pokoju.
_______________
Do środy! :) Znów krótko, ale zrozumcie... ;<
- Odpowiedz mi - powiedziałam stanowczo za co od razu się pochwaliłam.
Wstałam z łóżka i stanęłam przed nim krzyżując ręce na brzuchu. Wpatrywałam się w jego twarz, oczekując jakiejś zmiany albo przejęcia niestety na marne. Mężczyzna także opuścił miejsce i podszedł do mnie, tak że ta odległość była mniejsza od kroku.
- A co mam sobie myśleć? - otworzyłam szerzej oczy - Dziwnym trafem po twojej wizycie w szpitalu nagle stałaś się bardzo chętna i ten twój stres, który zawsze u ciebie widziałem gdzieś zniknął. I nie - dodał - Nie dlatego, że byłaś pijana. Wiedziałaś co robisz.
- Sugerujesz, że robię to dla zysku? - zdenerwowałam się i miałam ochotę uciec.
Nie spodziewałam się tego. Nawet nie pomyślałam, że mógł to tak odebrać, jakoś wcześniej się nie sprzeciwiał. Nie wiem co się stało, ale to na pewno nie było moją winą. To przecież ja byłam tutaj ofiarą.
- Właśnie tego chcę się od ciebie dowiedzieć.
- Nie wiem jak możesz mi to robić - załamał mi się głos, dlatego wzięłam głęboki oddech i powiedziałam szybko - Wiesz o mnie wszystko. Dosłownie wszystko. Przygotowałeś się do mojego przyjazdu idealnie, znałeś każdy szczegół, wiedziałeś jaka jestem. Dlatego nie mam pojęcia jak możesz mi to zarzucać. Byłam zagubiona, robiłam mnóstwo głupich rzeczy. Czego oczekiwałeś? Że przyjadę tutaj i nagle stanę się doskonałą Emmą jaką sobie wyobrażaliście? Ja długo nie wiedziałam nawet po co tu jestem! Dlaczego akurat ja. W końcu łaskawie to od ciebie wyciągnęłam, a teraz się okazuje, że to wszystko ma jakieś drugie dno. Nie rozumiem jak świat może być aż tak niesprawiedliwy.
Obróciłam się na pięcie i wyszłam spokojnie z jego sypialni. Weszłam na górę, tamując w sobie uczucia dopóki nie zatrzasnęłam drzwi swojego pokoju. Byłam z siebie dumna, że wszystko mu powiedziałam, że nie stchórzyłam, jednak z drugiej strony... Zaczęłam się poważnie zastanawiać czy nie dałam mu powodu do takiego myślenia. Faktycznie z początku ja i Sahib byliśmy dość blisko, wciąż rozpamiętywałam to co mi powiedział - Naprawdę sądzisz, że jest zainteresowany twoim losem? Naprawdę myślisz, że znaczysz dla niego coś więcej niż kolejne zyski?
Nie potrafiłam mu w to uwierzyć. Artan był dla mnie naprawdę dobry. Przynajmniej nie starał się stawiać mnie w ciężkich sytuacjach, to znaczy... do tej pory się starał. Robił wszystko, żebym poczuła się wyjątkowo, a to tak wiele dla mnie znaczyło. Traktował mnie jak kogoś bardzo ważnego, szanował mnie jak nikt dotąd. Boże... To było takie wspaniałe. Obracać się w takim świecie w takim towarzystwie, poznawać takie zwyczaje...
A Sahib we wszystkim mieszał. Mieszał w mojej głowie, w moim sercu i w całym życiu. Nie umiałam go rozgryźć. W pierwszej chwili, wtedy przy Chrisie, kiedy dawał mi do zrozumienia, że wie co dzieje się między mną, a jego wujem wydawało mi się, że to zazdrość, ale teraz... Teraz nie miałam pojęcia o co chodzi.
- Emmo, otwórz proszę - usłyszałam kobiecy głos zza drzwi.
Martha.
Ta kobieta potrafiła znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Od razu wstałam z łóżka i wycierając łzy z policzków pobiegłam jej otworzyć.
Uśmiechała się dobrotliwie jak to miała w zwyczaju i spytała wzrokiem czy może wejść. Zaprosiłam ją i jak tylko weszłyśmy w głąb pomieszczenia pozwoliła mi się do siebie przytulić. Głaskała mnie po włosach i czekała cierpliwie aż się uspokoję. Usiadłyśmy na kanapie.
Martha była kobietą po czterdziestce. Szczupłą, zadbaną i ładnie było jej w turkusie. Krótkie, brązowe włosy dziś spięła i nie nałożyła makijażu.
- Kochanie, nie wiem co się dzieje, ale widząc Artana, zatrzaskującego za sobą drzwi i tak szybko idącego do samochodu nie widziałam wieki - uśmiechnęła się.
Milczałam.
- Mogę się tylko domyślać, ale chcę powiedzieć ci jedno. To naprawdę nie jest zły człowiek, mimo że z początku można odnieść takie wrażenie. On po prostu jest... specyficzny.
- Chyba nie w tym przypadku - szepnęłam, spuszczając spojrzenie na swoje kolana i pociągając cicho nosem.
- Pewnego dnia rodzice Sahiba po prostu zniknęli. Zostawili wszystko łącznie z synem i uciekli. Nie pytaj mnie dlaczego, nie znam szczegółów, ale wyobraź sobie co czuł ten jedenastoletni dzieciak, któremu matka i ojciec nawet nie powiedzieli "do widzenia". Obudził mnie jego płacz. Wyleciałam od razu do salonu i przeszukawszy cały dom zrozumiałam co się stało. W tej rodzinie od dawna się nie układało, związek się rozlatywał, ojciec Sahiba miał drugą żonę, o której istnieniu Marien dowiedziała się w przeddzień wyjazdu. Co miałam zrobić? Tłumaczyłam, że to tylko chwilowe, że rodzice wcale go nie zostawili, że za kilka dni wszystko wróci do normy. Zadzwoniłam do Artana. On z bratem byli w okropnej kłótni, chyba nigdy się nie pogodzili, ale przyjechał. Pierwsze co zrobił to spakował wszystkie rzeczy chłopca i zabrał go do siebie. Rozumiesz? Facet chwilę po dwudziestce bez zastanowienia wziął na siebie taką odpowiedzialność. Zrezygnował z większości swoich planów i osiedlił się w jednym miejscu załatwiając mu najlepszą szkołę i jak najlepsze życie. Nie miałam dokąd pójść, nie mam tutaj rodziny. Pozwolił mi zatrzymać dom, a mnie najzwyczajniej w świecie po prostu nie było na niego stać. Zostałam tam ostatnią noc i obmyślałam plan na przyszłość. Nie mam wykształcenia, skończyłam tylko dwie szkoły. Z zarobionych pieniędzy w tej rodzinie stać mnie było na parę tygodni w hotelu, a co później? Rano dopakowywałam resztę rzeczy. Rozmawiałam z Artanem, ale nie wyjaśniłam dlaczego nie chcę mieszkać w tym miejscu. Wyszłam z mieszkania, a na podjeździe stał jego samochód. Dalej dziękuję Bogu za niego. Nie znał mnie, kiedy przyjechał po dziecko widział mnie po raz pierwszy, a przyjął mnie pod swój dach i zatrudnił. - chwyciła mnie za dłoń, widząc moje zdziwienie - On wszystko ci wyjaśni. Nie byłby sobą gdyby zostawiał niedokończone sprawy.
- Oskarżył mnie o intrygę. Po prostu... - zacięłam się na chwilę - Nie wiem jak mógł tak pomyśleć. Martha, on mnie przecież dobrze zna, wie kim jestem. Nie potrafię tego zrozumieć on...
- On ma teraz naprawdę wiele problemów. - przerwała mi - Jeszcze ta choroba Sahiba... On go traktuje jak syna. Wszystko spadło mu na głowę, ja i tak go podziwiam, że sobie z tym radzi. Każdemu człowiekowi trzeba wybaczyć i przeczekać trudne momenty. Tobie nie zdarza się chwilowe załamanie? Masz niewiele lat, ale przeszłaś naprawdę bardzo dużo, dlatego właśnie ty powinnaś to rozumieć najlepiej. - spojrzała na zegarek - Muszę uciekać, ale Emmo... Trzymaj się. - uśmiechnęła się znów - Wyjaśnij to.
Po jej wyjściu długo nie czekałam. Ubrałam sweter i wyszłam z pokoju.
_______________
Do środy! :) Znów krótko, ale zrozumcie... ;<
czwartek, 17 stycznia 2013
28: Ten ciąg chyba nigdy się nie przerwie.
Wiedziałam kto przyszedł, nawet nie musiałam się domyślać. Martha uśmiechnęła się gdzieś nad moim ramieniem i wyszła z powrotem do ogrodu. Zacisnęłam powieki i czekałam na jakąś jego reakcję. Wiedziałam, że nie powinnam się tak krępować, ale nie potrafiłam nad tym zapanować. Stałam tyłem do niego i liczyłam, że kobieta za moment do mnie wróci, zajmując go rozmową. Chciałam to wykorzystać i wpaść do swojego pokoju.
- Emma - powiedział spokojnie, a ja słyszałam jak podchodzi w moją stronę.
Obracałam się powoli, ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Na pewno zauważył moje zmieszanie, bo zrobił jeszcze jeden krok i teraz dzieliło nas jakieś dziesięć centymetrów, a ja czułam jak spinają mi się wszystkie mięśnie.
Położył dłoń na mojej szyi i machinalnie uniosłam głowę, a mężczyzna pochylił się całując mnie naprawdę bardzo delikatnie.
Cały stres gdzieś zniknął. Stanęłam na palcach i oddałam drugi pocałunek równie niewinny. Położył dłoń na moim biodrze, a ja swoje na męskim karku.
- Znajdziesz dla mnie chwilę? - jakbym miała inne wyjście...
- Dopiero wstałam - przyznałam cicho - Muszę najpierw...
- W takim razie zaczekam - przerwał mi i dotykając ustami mojego czoła w końcu mnie puścił.
Weszłam szybko na górę.
Spieszyłam się jak rzadko kiedy. Sama nie wiedziałam dlaczego, bo nie miałam specjalnej ochoty schodzić do niego. Nie wiedziałam czego może chcieć, a ostatnim co byłabym w stanie teraz znieść była jakaś gorąca konfrontacja. Byłam zmęczona i nie czułam się najlepiej. Głowa w skroniach mi pulsowała, byłam całkiem nie do życia i czułam się jakby ktoś wyjął mnie własnie z pralki. Jedyne czego tak naprawdę chciałam to zatopić się w mojej miękkiej pościeli i po prostu zasnąć. Na resztę roku.
Tyle że nie miałam za bardzo możliwości sprzeciwu. Trochę jeszcze się bałam buntować przeciw zasadom albo prośbom, rozkazom, czy czymkolwiek, co do mnie docierało. Kiedy tylko skończyłam upinać włosy po prawej stronie głowy, a na całą lewą układać niesforne kosmyki spojrzałam w lustro po raz ostatni i szybko wyszłam z pokoju, żebym przypadkiem nie stchórzyła, co byłoby bardzo prawdopodobne. Jeśli codziennie będę chodzić w tak wysokich butach, ciekawe jak będą wyglądać moje łydki za dziesięć lat... Nie miałam na sobie makijażu z wyjątkiem małej warstwy tuszu do rzęs, a sukienka była na mnie troszkę za luźna. Idealny worek.
Zapukałam cicho do drzwi jego gabinetu, który był na tym samym piętrze, na którym mieściła się moja sypialnia. Cisza. Nacisnęłam delikatnie na klamkę i uchylając drzwi stwierdziłam, że nikogo w środku nie ma.
Trochę się zdziwiłam, bo to zazwyczaj jedyne miejsce, gdzie można było spotkać Artana jeśli w ogóle był w domu. Schodziłam powoli po schodach, zaglądając przez poręcz do salonu, ale tam również cisza.
Niestety.
Stanęłam przed drzwiami jego sypialni, a w kolanach nagle poczułam watę. Kto wiedział jak mogłaby się skończyć moja wizyta tam, ale prędzej czy później i tak by mnie to czekało. Weszłam, nie pukając.
Mężczyzna wyraźnie czegoś szukał, przeglądając najwyższą z szuflad komody. Odwrócił się niemal od razu, zamykając ją jedną ręką i robiąc krok w moją stronę.
- Usiądziesz? - spytał, spoglądając na kanapę tuż przy drzwiach, a kiedy już do niej podchodziłam odezwał się znowu - Chociaż mam lepszy pomysł. Podejdź. - wyciągnął dłoń w moją stronę i czekał aż się ruszę - Przecież nic ci nie zrobię! - uśmiechnął się, widząc moje zmieszanie.
Sama nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Wczoraj nie czułam przy nim żadnego skrępowania, a dzisiaj robię jakieś przedstawienie. Przeszłam prędko tych kilka kroków i podałam mu dłoń. Usiadł na łóżku, ciągnąc mnie za sobą tak, że opierałam się plecami o jego klatkę piersiową i brzuch, układając głowę gdzieś na jego prawej piersi. Położyliśmy się, a on chwycił między palce kosmyk moich włosów. Swoją drogą naprawdę sporo tutaj urosły. Spływały gdzieś do okolic środka kręgosłupa.
Było mi naprawdę wygodnie i dobrze się tak czułam. Obejmował mnie, a mi robiło się coraz cieplej.
- Chciałem wiedzieć jak się tu teraz czujesz - powiedział cicho jakby do mojego ucha - Minęło już trochę czasu.
- Przywykam - przyznałam szczerze, chcąc uniknąć tego tematu, ale on dalej mówił.
- Dajesz sobie radę? - naciskał.
- Muszę - wzruszyłam ramionami, co na pewno poczuł - Odnajduję się tu chyba. Nie masz się czym martwić, naprawdę. Czasem tylko... - urwałam, gryząc się w język.
- Czasem tylko... co?
Odetchnęłam ciężko i kładąc swoją dłoń na jego postanowiłam mówić.
- Zazwyczaj staram się tego nie robić - jaka byłam zadowolona, że nie był w stanie zobaczyć mojej miny - I właściwie rzadko kiedy już teraz tak mam. Po prostu wiesz... Czasami jak już leżę w łóżku wieczorem, albo kiedy dopiero się budzę, wyobrażam sobie co by było gdyby...
- I jak to wygląda? - ton jego głosu, o dziwo się nie zmienił, choć wydawało mi się, że będzie trochę zły.
- Nie wygląda - odpowiedziałam szybko - Jakoś nie potrafię sobie już tego jakoś no nie wiem... - szukałam słowa - Umiejscowić. Nie mam pojęcia jak wyglądałoby teraz moje życie w Kanadzie. Nie widzę się tam.
Za to dużo częściej przypominam sobie jak zabrałeś mnie na tę kolację. - kontynuowałam - Jak mimo mojego wrodzonego lęku wysokości nie bałam się patrzeć w dół kilkaset metrów nad ziemią. Albo teatr i tę sztukę, która trafiła w moje serce od razu, później te kwiaty na mojej pościeli, choć wspomniałam o nich tylko raz, żeby zabić tę ciszę między nami - uśmiechnęłam się do siebie - To było cudowne. Czułam, że komuś na mnie zależało, raczej nieczęsto mi się to wcześniej zdarzało, a tutaj... Tu jest całkiem inaczej.
- Inaczej?
- Nie dziwie się czemu Ameryka jest oddzielona ogromnym oceanem - zaśmiałam się - To są dwa zupełnie inne światy! Tam byłam taka zwyczajna, szara myszka, zawsze stałam z boku. Nie wyróżniałam się z tłumu, ot taka Emma Butler, trochę pływa, a poza tym całkiem dobra uczennica, która nie sprawia większych kłopotów. A tutaj... Wszystko mnie z początku przerażało, ale teraz jest dużo łatwiej. Tu cały czas czuję się wyjątkowa, wiem, że nie jestem obojętna, jestem nawet... pożądana. - tutaj trochę się zawstydziłam więc musiałam skończyć wywód.
- Znasz sprawę Sahiba. - przypomniał, a ze mnie opadły nagle wszystkie miłe emocje - Wiesz o całej umowie i o tym dlaczego cię tu ściągnęliśmy. - ton jego głosu był przeraźliwie poważny - Jutro wraca i czeka nas wszystkich poważna rozmowa - ostrzegł - Musimy skończyć te podchody. Wiem o wszystkich waszych wspólnych... - zamilkł na sekundę - momentach. Dlatego oczekuję jasnej odpowiedzi.
Podniosłam się, z uchylonymi ustami, siadając i odwracając się w końcu w jego stronę i lustrując jego kamienny wyraz twarzy.
- Ty chyba nie myślisz, że udaję? Że to wszystko jest grą? - zapytałam głośniej, ale odpowiedziała mi cisza.
_____________
Z góry was przepraszam za ten rozdział, ale nie jestem teraz w stanie napisać czegoś lepszego. Kolejny jakoś przed końcem tygodnia.
- Emma - powiedział spokojnie, a ja słyszałam jak podchodzi w moją stronę.
Obracałam się powoli, ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy. Na pewno zauważył moje zmieszanie, bo zrobił jeszcze jeden krok i teraz dzieliło nas jakieś dziesięć centymetrów, a ja czułam jak spinają mi się wszystkie mięśnie.
Położył dłoń na mojej szyi i machinalnie uniosłam głowę, a mężczyzna pochylił się całując mnie naprawdę bardzo delikatnie.
Cały stres gdzieś zniknął. Stanęłam na palcach i oddałam drugi pocałunek równie niewinny. Położył dłoń na moim biodrze, a ja swoje na męskim karku.
- Znajdziesz dla mnie chwilę? - jakbym miała inne wyjście...
- Dopiero wstałam - przyznałam cicho - Muszę najpierw...
- W takim razie zaczekam - przerwał mi i dotykając ustami mojego czoła w końcu mnie puścił.
Weszłam szybko na górę.
Spieszyłam się jak rzadko kiedy. Sama nie wiedziałam dlaczego, bo nie miałam specjalnej ochoty schodzić do niego. Nie wiedziałam czego może chcieć, a ostatnim co byłabym w stanie teraz znieść była jakaś gorąca konfrontacja. Byłam zmęczona i nie czułam się najlepiej. Głowa w skroniach mi pulsowała, byłam całkiem nie do życia i czułam się jakby ktoś wyjął mnie własnie z pralki. Jedyne czego tak naprawdę chciałam to zatopić się w mojej miękkiej pościeli i po prostu zasnąć. Na resztę roku.
Tyle że nie miałam za bardzo możliwości sprzeciwu. Trochę jeszcze się bałam buntować przeciw zasadom albo prośbom, rozkazom, czy czymkolwiek, co do mnie docierało. Kiedy tylko skończyłam upinać włosy po prawej stronie głowy, a na całą lewą układać niesforne kosmyki spojrzałam w lustro po raz ostatni i szybko wyszłam z pokoju, żebym przypadkiem nie stchórzyła, co byłoby bardzo prawdopodobne. Jeśli codziennie będę chodzić w tak wysokich butach, ciekawe jak będą wyglądać moje łydki za dziesięć lat... Nie miałam na sobie makijażu z wyjątkiem małej warstwy tuszu do rzęs, a sukienka była na mnie troszkę za luźna. Idealny worek.
Zapukałam cicho do drzwi jego gabinetu, który był na tym samym piętrze, na którym mieściła się moja sypialnia. Cisza. Nacisnęłam delikatnie na klamkę i uchylając drzwi stwierdziłam, że nikogo w środku nie ma.
Trochę się zdziwiłam, bo to zazwyczaj jedyne miejsce, gdzie można było spotkać Artana jeśli w ogóle był w domu. Schodziłam powoli po schodach, zaglądając przez poręcz do salonu, ale tam również cisza.
Niestety.
Stanęłam przed drzwiami jego sypialni, a w kolanach nagle poczułam watę. Kto wiedział jak mogłaby się skończyć moja wizyta tam, ale prędzej czy później i tak by mnie to czekało. Weszłam, nie pukając.
Mężczyzna wyraźnie czegoś szukał, przeglądając najwyższą z szuflad komody. Odwrócił się niemal od razu, zamykając ją jedną ręką i robiąc krok w moją stronę.
- Usiądziesz? - spytał, spoglądając na kanapę tuż przy drzwiach, a kiedy już do niej podchodziłam odezwał się znowu - Chociaż mam lepszy pomysł. Podejdź. - wyciągnął dłoń w moją stronę i czekał aż się ruszę - Przecież nic ci nie zrobię! - uśmiechnął się, widząc moje zmieszanie.
Sama nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Wczoraj nie czułam przy nim żadnego skrępowania, a dzisiaj robię jakieś przedstawienie. Przeszłam prędko tych kilka kroków i podałam mu dłoń. Usiadł na łóżku, ciągnąc mnie za sobą tak, że opierałam się plecami o jego klatkę piersiową i brzuch, układając głowę gdzieś na jego prawej piersi. Położyliśmy się, a on chwycił między palce kosmyk moich włosów. Swoją drogą naprawdę sporo tutaj urosły. Spływały gdzieś do okolic środka kręgosłupa.
Było mi naprawdę wygodnie i dobrze się tak czułam. Obejmował mnie, a mi robiło się coraz cieplej.
- Chciałem wiedzieć jak się tu teraz czujesz - powiedział cicho jakby do mojego ucha - Minęło już trochę czasu.
- Przywykam - przyznałam szczerze, chcąc uniknąć tego tematu, ale on dalej mówił.
- Dajesz sobie radę? - naciskał.
- Muszę - wzruszyłam ramionami, co na pewno poczuł - Odnajduję się tu chyba. Nie masz się czym martwić, naprawdę. Czasem tylko... - urwałam, gryząc się w język.
- Czasem tylko... co?
Odetchnęłam ciężko i kładąc swoją dłoń na jego postanowiłam mówić.
- Zazwyczaj staram się tego nie robić - jaka byłam zadowolona, że nie był w stanie zobaczyć mojej miny - I właściwie rzadko kiedy już teraz tak mam. Po prostu wiesz... Czasami jak już leżę w łóżku wieczorem, albo kiedy dopiero się budzę, wyobrażam sobie co by było gdyby...
- I jak to wygląda? - ton jego głosu, o dziwo się nie zmienił, choć wydawało mi się, że będzie trochę zły.
- Nie wygląda - odpowiedziałam szybko - Jakoś nie potrafię sobie już tego jakoś no nie wiem... - szukałam słowa - Umiejscowić. Nie mam pojęcia jak wyglądałoby teraz moje życie w Kanadzie. Nie widzę się tam.
Za to dużo częściej przypominam sobie jak zabrałeś mnie na tę kolację. - kontynuowałam - Jak mimo mojego wrodzonego lęku wysokości nie bałam się patrzeć w dół kilkaset metrów nad ziemią. Albo teatr i tę sztukę, która trafiła w moje serce od razu, później te kwiaty na mojej pościeli, choć wspomniałam o nich tylko raz, żeby zabić tę ciszę między nami - uśmiechnęłam się do siebie - To było cudowne. Czułam, że komuś na mnie zależało, raczej nieczęsto mi się to wcześniej zdarzało, a tutaj... Tu jest całkiem inaczej.
- Inaczej?
- Nie dziwie się czemu Ameryka jest oddzielona ogromnym oceanem - zaśmiałam się - To są dwa zupełnie inne światy! Tam byłam taka zwyczajna, szara myszka, zawsze stałam z boku. Nie wyróżniałam się z tłumu, ot taka Emma Butler, trochę pływa, a poza tym całkiem dobra uczennica, która nie sprawia większych kłopotów. A tutaj... Wszystko mnie z początku przerażało, ale teraz jest dużo łatwiej. Tu cały czas czuję się wyjątkowa, wiem, że nie jestem obojętna, jestem nawet... pożądana. - tutaj trochę się zawstydziłam więc musiałam skończyć wywód.
- Znasz sprawę Sahiba. - przypomniał, a ze mnie opadły nagle wszystkie miłe emocje - Wiesz o całej umowie i o tym dlaczego cię tu ściągnęliśmy. - ton jego głosu był przeraźliwie poważny - Jutro wraca i czeka nas wszystkich poważna rozmowa - ostrzegł - Musimy skończyć te podchody. Wiem o wszystkich waszych wspólnych... - zamilkł na sekundę - momentach. Dlatego oczekuję jasnej odpowiedzi.
Podniosłam się, z uchylonymi ustami, siadając i odwracając się w końcu w jego stronę i lustrując jego kamienny wyraz twarzy.
- Ty chyba nie myślisz, że udaję? Że to wszystko jest grą? - zapytałam głośniej, ale odpowiedziała mi cisza.
_____________
Z góry was przepraszam za ten rozdział, ale nie jestem teraz w stanie napisać czegoś lepszego. Kolejny jakoś przed końcem tygodnia.
wtorek, 15 stycznia 2013
SPOZNIE SIE
Rozdział będzie dopiero jutro albo pojutrze, internet w domu mi padł ;< korzystam z tego w telefonie jedynie.
piątek, 11 stycznia 2013
27: Poczucie złego ruchu, jest dużo gorsze od najgłębszej rany.
Musiało minąć kilka dobrych minut, żebym zebrała w sobie siły i w końcu wstała z podłogi. Śmiałam się z siebie, że przewróciłam się na równej podłodze, ale szybko wróciłam do tańca. Wzięłam ze stolika butelkę wina i upiłam kilka łyków. Zostało w niej napoju na jakieś dwie lampki.
Było mi naprawdę dobrze, o niczym właściwie nie myślałam. Już nawet moja samotność mi nie przeszkadzała, przyzwyczaiłam się. Nie obchodziło mnie, że ktoś może za chwilę przyjść. Skupiłam się na sobie i muzyce. I to było najlepszym, co mogłam w tym momencie zrobić.
Kot spał na fotelu. Wielki, gruby, szarawy pers zajmował tyle miejsca ile mniej więcej jedna z grubszych osób. Ogon zwisał mu w dół. Cały dzień tak leniuchował, jakby zupełnie nie przeszkadzał mu hałas, który chyba obudziłby zmarłego.
Zamknęłam oczy i tańcząc wyobrażałam sobie, co by było gdyby cały ten dom był tylko mój, gdybym mieszkała tu z kimś, kogo naprawdę bym kochała, albo gdyby żyła mama. Może nawet jedno z moich dzieci zajmowałoby mój pokój, trzymało małe ubranka tam gdzie cała ta kolekcja sukien i butów. Piaskownicę zrobiłabym daleko od basenu i zlikwidowała te kaktusy...
Byłam pewna, że z całkiem sporym opóźnieniem zorientowałam się, że nie jestem już sama. Poczułam zdecydowaną, męską dłoń na dole pleców i odwróciłam się, otwierając w końcu oczy. I choć nie chciałam widzieć przed sobą Artana, to uśmiech nie schodził mi z twarzy.
Podniosłam wzrok dopiero, kiedy znów przyssałam się do butelki i upiłam kolejnych kilka małych łyków. Mężczyzna ciągle spokojnie na mnie patrzył, jakby wydawał się wcale nie wzruszony tą sytuacją, jakby się spodziewał, Sahib coś mu powiedział?
Rozejrzałam się wkoło czy razem z nim nie wróciła też Martha. To jedyna osoba w tym domu, która wywoływała u mnie same pozytywne emocje, dlatego nie chciałabym, żeby widziała mnie w takim stanie. Nikogo jednak nie było.
- Pozwoliłam sobie - powiedziałam, pokazując wino, ale dopiero po chwili zorientowałam się, że mógł mnie nie usłyszeć.
Stanęłam na palcach i zrobiłam krok w jego stronę.
- Miałam nadzieję, że mnie nie przyłapiesz - szepnęłam, starając się mówić mu prosto d ucha, przytrzymując się jego ramienia, żeby przypadkiem nie stracić równowagi.
Czułam jak jego ręka błądzi po moich plecach, co chwilę zsuwając się na tyłek, tylko po to żeby za moment znów wrócić w okolice haftek czarnego stanika. Pilnował się, widziałam to. Nie odsuwałam się nawet na krok.
- Przestańmy bawić się w kotka i myszkę - mówiłam dalej - Zawsze ktoś nam przerywa, a później ze wstydu nie mogę z tobą normalnie rozmawiać. - chwyciłam za jego drugą dłoń i położyłam ją sobie na plecach - Mam tego dość.
- Jesteś pijana - odezwał się w końcu - Idź do siebie.
Nie mogłam wyczuć, czy był jednak na mnie zły czy nie, ale nie miałam siły się teraz nad tym zastanawiać. Chciałam w końcu wszystko wyprostować, tak jak sobie to obaj wcześniej zaplanowali.
- Nie przeszkadza mi to - wzruszyłam ramionami, stając normalnie, bo palce u stóp zaczynały mnie już pobolewać.
- Ale mi przeszkadza - odpowiedział prędko - Idź do siebie.
- Nie chcę iść do siebie! - sprzeciwiłam się, stawiając na swoim.
- Emma...
- Pij ze mną - wzruszyłam ramionami, a kiedy już chciał coś odpowiedzieć znowu się odezwałam - mogę podpisać ci oświadczenie. Widzisz? Nie jestem schlana, powiedziałam słowo "oświadczenie" bez zająknięcia.
Uśmiechnął się, co odwzajemniłam i poprowadziłam go pokazując, żeby usiadł na kanapie.
Kucnęłam przy barku i otwierając małą szafkę, wyjęłam z niej kieliszek do wina i jedną szklankę.
Wzięłam pilot i ściszyłam trochę muzykę.
- Ubierz się - odezwał się znów, podchodząc w moją stronę i biorąc jakąś zieloną wódkę.
- Dobrze - zgodziłam się, idąc powoli już w stronę porzuconej sukienki.
Miała zamek z przodu, co postanowiłam wykorzystać. Włożyłam ją jak kamizelkę, starając się nie poplątać ramiączek, bo chyba nie dałabym sobie z nimi rady, gdyby nagle się poplątały. Spojrzałam na mężczyznę, który opróżnił swoją szklankę już do połowy. Butów nie wkładałam, bo nie miałam pewności czy w tym stanie się w nich nie zabiję, skoro nawet na trzeźwo ledwo w nich chodziłam.
Zapięłam ją tylko mniej więcej do połowy brzucha. Nie lubiłam jej, bo ograniczała moje kroki, zdecydowanie niewygodne... Ale była naprawdę świetna. Biało-srebrna spódnica i czarny top. Moje kolory.
Stanęłam obok niego i zabrałam lampkę wypełnioną trunkiem do niecałej połowy. Chciałam wypić znacznie więcej.
- Sahib mówił, że masz mocną głowę - uśmiechnęłam się siadając na kanapie i czekając aż do mnie dołączy.
- To absynt - odpowiedział - nawet ja nie dam mu rady.
- Jak on się czuje? - spytałam, przygryzając dolną wargę, bo przecież wcale nie chciałam o nim rozmawiać.
- Lepiej, jest całkiem nieźle. Niedługo wyjdzie ze szpitala - upił spory łyk, krzywiąc się przy tym.
Spojrzał na mnie, unosząc jedną brew i zaśmiał się pod nosem, podając mi swoją szklankę. Zmarszczyłam czoło i czekałam, uważnie obserwując co robi.
Przysunął się bliżej i jedną rękę kładąc w mojej talii przytrzymał materiał sukienki na chwilę, żeby dopiąć zamek do końca.
- Nie prowokuj mnie - wziął ode mnie swój alkohol i opróżnił zawartość szklanki prawie do dna.
- Przecież nic nie robię - wzruszyłam ramionami i podniosłam nogi do góry, przekładając je przez jego kolana.
Nadal siedząc, wychylił się po butelkę i dolał wódki, a ja nadal ciągnęłam swoje wino. Z każdym łykiem w głowie kręciło mi się odrobinę bardziej. Dobrze, to bardzo dobrze.
Ileż można uciekać? Miałam dość chowania się po kątach, albo tego przerywania, kiedy w końcu stanęliśmy przed sobą całkiem sami. I nie chodziło mi o to, że koniecznie muszę spędzić z nim noc, choć tak mogło wyglądać to z boku. Ja po prostu chciałam wiedzieć na czym stoję. Miałam dość przejmowania się albo Sahibem, albo Nim... Musiałam zadbać o własną wygodę, nawet jeśli to znaczyło takie wyrzeczenia.
Artan wydawał się idealny. Delikatny i łagodny kiedy trzeba i stanowczy, kiedy sytuacja tego wymaga. Coś mnie do niego ciągnęło, więc to powinien być dobry znak.
Położył dłoń na moim kolanie i z początku nią nie poruszał. To było naprawdę miłe, że mogłam z nim teraz swobodnie rozmawiać i dobrze się czułam. Żadnego skrępowania, żadnych czarnych myśli...
Zaczął coś mówić, ale nie wiedziałam nawet o czym. Po prostu oparłam łokieć o prawe udo i udawałam zaangażowanie w rozmowę, coś czasami odburkując, albo wydawać z siebie zduszone, zdawkowe "tak", "nie". Wyłączyłam się, już raz tak miałam, kiedy Sahib i Chris zabrali mnie do tego baru... Nie mogłam o tym myśleć, ta noc skończyła się niemal tragicznie...
W tym stanie nie miałam problemów, żeby szybko zmienić tok rozumowania i nastrój. Kiedy na dłużej zatrzymywał na mnie wzrok, nagle milknąc uśmiechałam się z dołu, albo zakrywałam usta kieliszkiem. Parę razy się speszyłam, ale to było niezwykle sympatyczne.
- Przytulisz mnie? - trochę się zawstydziłam tym pytaniem, nawet nie kontrolowałam już tego, że wyszło to z moich ust.
Trochę żałowałam, że zapytałam, ale tylko do momentu, w którym uśmiechnął się i zabrał rękę z mojej nogi, wyciągając do mnie dłoń, żebym mogła podciągnąć się na jego kolana.
Odłożyłam wino na podłogę i z małą pomocą w końcu znalazłam się na miejscu. Przyciągnął mnie ramieniem do siebie tak, że całym bokiem dotykałam jego klatki piersiowej i brzucha, obejmując ręką jego szyję. Wrócił do sunięcia dłonią po moim udzie, tyle że teraz już dużo bardziej stanowczo, ale trzymał się granicy, jaką wyznaczała moja czarna sukienka. Dotykałam delikatnie palcami jego szyi i karku i tak siedzieliśmy w ciszy jakiś czas. Nawet nie potrafiłam określić jak długo...
Kiedy zaczęłam przymykać oczy nagle wkroczył do naszej chwili dzwonek telefonu. Odetchnęłam, trochę się denerwując, dlaczego go nie wyłączył. Pochylił się w stronę stolika i jedną ręką otworzył tylną część telefonu i wyjął z niej baterię, odrzucając wszystko gdzieś w okolice samej komórki. Uśmiechnęłam się do siebie.
- Nie jest ci gorąco? - zapytałam, unosząc jednoznacznie brew i przesuwając się, tak, że teraz siedziałam do niego przodem, a obie jego dłonie zeszły do moich pośladków, przysuwając mnie do siebie tak blisko, że na swoim brzuchu czułam jego ciało.
- To pytanie? - uśmiechnął się, chyba już alkohol zaczął w nim działać, choć na pewno nie był pijany.
Zaśmiałam się i szarpnęłam za supeł szarego krawata i rozpięłam trzy pierwsze guziki białej koszuli. Położyłam otwartą dłoń na jego klatce piersiowej i czekałam na reakcje. Wziął jedynie głębszy oddech, dlatego postanowiłam działać dalej.
Wiedziałam, że teraz muszę liczyć jedynie na siebie, bo Artan widocznie trzymał się zasady, żeby trzymać się z daleka, kiedy piłam. Uniosłam ręce i chwytając wszystkie włosy z tyłu, przełożyłam je na lewe ramię. Rozpinałam powoli zamek sukienki i patrzyłam jak jego wzrok zniża się razem z moją dłonią. Kiedy znów spojrzał na moją twarz, położyłam się na nim i znów dotykając jego szyi, zbliżyłam usta, tak, że wystarczyłby jego minimalny ruch i byłby w stanie mnie pocałować. Tak też zrobił...
Nie był to nie wiadomo jak brutalny i przesadnie namiętny pocałunek. Nawet nie dotknął mojego języka, chyba nadal starał się pilnować, ale doszłam już za daleko, żeby teraz się wycofywać. Poruszyłam kilka razy biodrami, żeby jakoś go zachęcić i okazało się, że wcale nie musiałam długo czekać. Kiedy mocniej mnie objął, sięgnęłam do zapięcia stanika.
Tej nocy nikt nam nie przeszkodził.
Otwierałam oczy chyba z minutę. Słońce, które wpadało do pokoju nie pozwalało mi dłużej leżeć w takiej pozycji. Przeciągnęłam się, łapiąc się jedną ręką za głowę, która trochę mnie pobolewała, kiedy zorientowałam się, że nie jestem u siebie. Brązowe ściany, całkiem inne łóżko. Podniosłam się szybko do pozycji siedzącej.
Rozejrzałam się, byłam w tym pokoju tylko raz. Spałam na środku dwuosobowego materaca. Całkiem sama.
Pamiętałam wszystko. Od momentu sięgnięcia po wino do Artana i kanapy...
Zerwałam się z łóżka, poczułam się okropnie leżąc tutaj samotnie. Widziałam swoje wczorajsze ubrania na komodzie i szybko je na siebie włożyłam. Starałam się nie myśleć.
Wyszłam z tego pokoju niemal biegiem. Czy właśnie stało się...?
- Emma? - z ogrodu usłyszałam wołanie Marthy - Emma, to ty? Tak strasznie się martwiłam... - podeszła do mnie szybkim krokiem, a ja nie potrafiłam ogarnąć co się dzieje - Dlaczego mi nie otwierałaś? Chciałam rano przekazać ci... - zamilkła, kiedy usłyszałyśmy, że ktoś wchodził do domu.
_______________
W ramach czekania - napisałam ten moment! Przyznam szczerze, że sama na to czekałam :P. Właśnie zabieram się za opis bohatera, także około 20 powinien już się pojawić kolejny! Nie wiem czy uda mi się dodać dwóch, ale jeden będzie na 1000000000000000%. I na drugiego też nie trzeba będzie czekać, bo wiem co mam zawrzeć w tych opisach! Miłego weekendu i ferii! Ja własnie dzisiaj zaczęłam! :P Idę uczyć się Poloneza. Brrrr.... Trzymajcie jutro wieczorem kciuki!
Było mi naprawdę dobrze, o niczym właściwie nie myślałam. Już nawet moja samotność mi nie przeszkadzała, przyzwyczaiłam się. Nie obchodziło mnie, że ktoś może za chwilę przyjść. Skupiłam się na sobie i muzyce. I to było najlepszym, co mogłam w tym momencie zrobić.
Kot spał na fotelu. Wielki, gruby, szarawy pers zajmował tyle miejsca ile mniej więcej jedna z grubszych osób. Ogon zwisał mu w dół. Cały dzień tak leniuchował, jakby zupełnie nie przeszkadzał mu hałas, który chyba obudziłby zmarłego.
Zamknęłam oczy i tańcząc wyobrażałam sobie, co by było gdyby cały ten dom był tylko mój, gdybym mieszkała tu z kimś, kogo naprawdę bym kochała, albo gdyby żyła mama. Może nawet jedno z moich dzieci zajmowałoby mój pokój, trzymało małe ubranka tam gdzie cała ta kolekcja sukien i butów. Piaskownicę zrobiłabym daleko od basenu i zlikwidowała te kaktusy...
Byłam pewna, że z całkiem sporym opóźnieniem zorientowałam się, że nie jestem już sama. Poczułam zdecydowaną, męską dłoń na dole pleców i odwróciłam się, otwierając w końcu oczy. I choć nie chciałam widzieć przed sobą Artana, to uśmiech nie schodził mi z twarzy.
Podniosłam wzrok dopiero, kiedy znów przyssałam się do butelki i upiłam kolejnych kilka małych łyków. Mężczyzna ciągle spokojnie na mnie patrzył, jakby wydawał się wcale nie wzruszony tą sytuacją, jakby się spodziewał, Sahib coś mu powiedział?
Rozejrzałam się wkoło czy razem z nim nie wróciła też Martha. To jedyna osoba w tym domu, która wywoływała u mnie same pozytywne emocje, dlatego nie chciałabym, żeby widziała mnie w takim stanie. Nikogo jednak nie było.
- Pozwoliłam sobie - powiedziałam, pokazując wino, ale dopiero po chwili zorientowałam się, że mógł mnie nie usłyszeć.
Stanęłam na palcach i zrobiłam krok w jego stronę.
- Miałam nadzieję, że mnie nie przyłapiesz - szepnęłam, starając się mówić mu prosto d ucha, przytrzymując się jego ramienia, żeby przypadkiem nie stracić równowagi.
Czułam jak jego ręka błądzi po moich plecach, co chwilę zsuwając się na tyłek, tylko po to żeby za moment znów wrócić w okolice haftek czarnego stanika. Pilnował się, widziałam to. Nie odsuwałam się nawet na krok.
- Przestańmy bawić się w kotka i myszkę - mówiłam dalej - Zawsze ktoś nam przerywa, a później ze wstydu nie mogę z tobą normalnie rozmawiać. - chwyciłam za jego drugą dłoń i położyłam ją sobie na plecach - Mam tego dość.
- Jesteś pijana - odezwał się w końcu - Idź do siebie.
Nie mogłam wyczuć, czy był jednak na mnie zły czy nie, ale nie miałam siły się teraz nad tym zastanawiać. Chciałam w końcu wszystko wyprostować, tak jak sobie to obaj wcześniej zaplanowali.
- Nie przeszkadza mi to - wzruszyłam ramionami, stając normalnie, bo palce u stóp zaczynały mnie już pobolewać.
- Ale mi przeszkadza - odpowiedział prędko - Idź do siebie.
- Nie chcę iść do siebie! - sprzeciwiłam się, stawiając na swoim.
- Emma...
- Pij ze mną - wzruszyłam ramionami, a kiedy już chciał coś odpowiedzieć znowu się odezwałam - mogę podpisać ci oświadczenie. Widzisz? Nie jestem schlana, powiedziałam słowo "oświadczenie" bez zająknięcia.
Uśmiechnął się, co odwzajemniłam i poprowadziłam go pokazując, żeby usiadł na kanapie.
Kucnęłam przy barku i otwierając małą szafkę, wyjęłam z niej kieliszek do wina i jedną szklankę.
Wzięłam pilot i ściszyłam trochę muzykę.
- Ubierz się - odezwał się znów, podchodząc w moją stronę i biorąc jakąś zieloną wódkę.
- Dobrze - zgodziłam się, idąc powoli już w stronę porzuconej sukienki.
Miała zamek z przodu, co postanowiłam wykorzystać. Włożyłam ją jak kamizelkę, starając się nie poplątać ramiączek, bo chyba nie dałabym sobie z nimi rady, gdyby nagle się poplątały. Spojrzałam na mężczyznę, który opróżnił swoją szklankę już do połowy. Butów nie wkładałam, bo nie miałam pewności czy w tym stanie się w nich nie zabiję, skoro nawet na trzeźwo ledwo w nich chodziłam.
Zapięłam ją tylko mniej więcej do połowy brzucha. Nie lubiłam jej, bo ograniczała moje kroki, zdecydowanie niewygodne... Ale była naprawdę świetna. Biało-srebrna spódnica i czarny top. Moje kolory.
Stanęłam obok niego i zabrałam lampkę wypełnioną trunkiem do niecałej połowy. Chciałam wypić znacznie więcej.
- Sahib mówił, że masz mocną głowę - uśmiechnęłam się siadając na kanapie i czekając aż do mnie dołączy.
- To absynt - odpowiedział - nawet ja nie dam mu rady.
- Jak on się czuje? - spytałam, przygryzając dolną wargę, bo przecież wcale nie chciałam o nim rozmawiać.
- Lepiej, jest całkiem nieźle. Niedługo wyjdzie ze szpitala - upił spory łyk, krzywiąc się przy tym.
Spojrzał na mnie, unosząc jedną brew i zaśmiał się pod nosem, podając mi swoją szklankę. Zmarszczyłam czoło i czekałam, uważnie obserwując co robi.
Przysunął się bliżej i jedną rękę kładąc w mojej talii przytrzymał materiał sukienki na chwilę, żeby dopiąć zamek do końca.
- Nie prowokuj mnie - wziął ode mnie swój alkohol i opróżnił zawartość szklanki prawie do dna.
- Przecież nic nie robię - wzruszyłam ramionami i podniosłam nogi do góry, przekładając je przez jego kolana.
Nadal siedząc, wychylił się po butelkę i dolał wódki, a ja nadal ciągnęłam swoje wino. Z każdym łykiem w głowie kręciło mi się odrobinę bardziej. Dobrze, to bardzo dobrze.
Ileż można uciekać? Miałam dość chowania się po kątach, albo tego przerywania, kiedy w końcu stanęliśmy przed sobą całkiem sami. I nie chodziło mi o to, że koniecznie muszę spędzić z nim noc, choć tak mogło wyglądać to z boku. Ja po prostu chciałam wiedzieć na czym stoję. Miałam dość przejmowania się albo Sahibem, albo Nim... Musiałam zadbać o własną wygodę, nawet jeśli to znaczyło takie wyrzeczenia.
Artan wydawał się idealny. Delikatny i łagodny kiedy trzeba i stanowczy, kiedy sytuacja tego wymaga. Coś mnie do niego ciągnęło, więc to powinien być dobry znak.
Położył dłoń na moim kolanie i z początku nią nie poruszał. To było naprawdę miłe, że mogłam z nim teraz swobodnie rozmawiać i dobrze się czułam. Żadnego skrępowania, żadnych czarnych myśli...
Zaczął coś mówić, ale nie wiedziałam nawet o czym. Po prostu oparłam łokieć o prawe udo i udawałam zaangażowanie w rozmowę, coś czasami odburkując, albo wydawać z siebie zduszone, zdawkowe "tak", "nie". Wyłączyłam się, już raz tak miałam, kiedy Sahib i Chris zabrali mnie do tego baru... Nie mogłam o tym myśleć, ta noc skończyła się niemal tragicznie...
W tym stanie nie miałam problemów, żeby szybko zmienić tok rozumowania i nastrój. Kiedy na dłużej zatrzymywał na mnie wzrok, nagle milknąc uśmiechałam się z dołu, albo zakrywałam usta kieliszkiem. Parę razy się speszyłam, ale to było niezwykle sympatyczne.
- Przytulisz mnie? - trochę się zawstydziłam tym pytaniem, nawet nie kontrolowałam już tego, że wyszło to z moich ust.
Trochę żałowałam, że zapytałam, ale tylko do momentu, w którym uśmiechnął się i zabrał rękę z mojej nogi, wyciągając do mnie dłoń, żebym mogła podciągnąć się na jego kolana.
Odłożyłam wino na podłogę i z małą pomocą w końcu znalazłam się na miejscu. Przyciągnął mnie ramieniem do siebie tak, że całym bokiem dotykałam jego klatki piersiowej i brzucha, obejmując ręką jego szyję. Wrócił do sunięcia dłonią po moim udzie, tyle że teraz już dużo bardziej stanowczo, ale trzymał się granicy, jaką wyznaczała moja czarna sukienka. Dotykałam delikatnie palcami jego szyi i karku i tak siedzieliśmy w ciszy jakiś czas. Nawet nie potrafiłam określić jak długo...
Kiedy zaczęłam przymykać oczy nagle wkroczył do naszej chwili dzwonek telefonu. Odetchnęłam, trochę się denerwując, dlaczego go nie wyłączył. Pochylił się w stronę stolika i jedną ręką otworzył tylną część telefonu i wyjął z niej baterię, odrzucając wszystko gdzieś w okolice samej komórki. Uśmiechnęłam się do siebie.
- Nie jest ci gorąco? - zapytałam, unosząc jednoznacznie brew i przesuwając się, tak, że teraz siedziałam do niego przodem, a obie jego dłonie zeszły do moich pośladków, przysuwając mnie do siebie tak blisko, że na swoim brzuchu czułam jego ciało.
- To pytanie? - uśmiechnął się, chyba już alkohol zaczął w nim działać, choć na pewno nie był pijany.
Zaśmiałam się i szarpnęłam za supeł szarego krawata i rozpięłam trzy pierwsze guziki białej koszuli. Położyłam otwartą dłoń na jego klatce piersiowej i czekałam na reakcje. Wziął jedynie głębszy oddech, dlatego postanowiłam działać dalej.
Wiedziałam, że teraz muszę liczyć jedynie na siebie, bo Artan widocznie trzymał się zasady, żeby trzymać się z daleka, kiedy piłam. Uniosłam ręce i chwytając wszystkie włosy z tyłu, przełożyłam je na lewe ramię. Rozpinałam powoli zamek sukienki i patrzyłam jak jego wzrok zniża się razem z moją dłonią. Kiedy znów spojrzał na moją twarz, położyłam się na nim i znów dotykając jego szyi, zbliżyłam usta, tak, że wystarczyłby jego minimalny ruch i byłby w stanie mnie pocałować. Tak też zrobił...
Nie był to nie wiadomo jak brutalny i przesadnie namiętny pocałunek. Nawet nie dotknął mojego języka, chyba nadal starał się pilnować, ale doszłam już za daleko, żeby teraz się wycofywać. Poruszyłam kilka razy biodrami, żeby jakoś go zachęcić i okazało się, że wcale nie musiałam długo czekać. Kiedy mocniej mnie objął, sięgnęłam do zapięcia stanika.
Tej nocy nikt nam nie przeszkodził.
Otwierałam oczy chyba z minutę. Słońce, które wpadało do pokoju nie pozwalało mi dłużej leżeć w takiej pozycji. Przeciągnęłam się, łapiąc się jedną ręką za głowę, która trochę mnie pobolewała, kiedy zorientowałam się, że nie jestem u siebie. Brązowe ściany, całkiem inne łóżko. Podniosłam się szybko do pozycji siedzącej.
Rozejrzałam się, byłam w tym pokoju tylko raz. Spałam na środku dwuosobowego materaca. Całkiem sama.
Pamiętałam wszystko. Od momentu sięgnięcia po wino do Artana i kanapy...
Zerwałam się z łóżka, poczułam się okropnie leżąc tutaj samotnie. Widziałam swoje wczorajsze ubrania na komodzie i szybko je na siebie włożyłam. Starałam się nie myśleć.
Wyszłam z tego pokoju niemal biegiem. Czy właśnie stało się...?
- Emma? - z ogrodu usłyszałam wołanie Marthy - Emma, to ty? Tak strasznie się martwiłam... - podeszła do mnie szybkim krokiem, a ja nie potrafiłam ogarnąć co się dzieje - Dlaczego mi nie otwierałaś? Chciałam rano przekazać ci... - zamilkła, kiedy usłyszałyśmy, że ktoś wchodził do domu.
_______________
W ramach czekania - napisałam ten moment! Przyznam szczerze, że sama na to czekałam :P. Właśnie zabieram się za opis bohatera, także około 20 powinien już się pojawić kolejny! Nie wiem czy uda mi się dodać dwóch, ale jeden będzie na 1000000000000000%. I na drugiego też nie trzeba będzie czekać, bo wiem co mam zawrzeć w tych opisach! Miłego weekendu i ferii! Ja własnie dzisiaj zaczęłam! :P Idę uczyć się Poloneza. Brrrr.... Trzymajcie jutro wieczorem kciuki!
Subskrybuj:
Posty (Atom)