Jestem zniszczona. Wierzcie lub nie. :(
Od czwartku chodzę pół-żywa, wciąż przeżywam to, co wydarzyło się pamiętnego 21 lutego. Choć nie ukrywam - jest trochę lepiej. Mam w tym tygodniu ogromny zapieprz w szkole. Codziennie jakiś sprawdzian, pierwszy raz mi się chyba tak zdarzyło, żeby w każdy dzień w tygodniu coś było. A to historia, a to angielski, a to wos, fizyka, z którą sobie nie radzę itd. Do tego korki z niemca i z matmy (jebane ciągi), muszę zacząć chodzić w końcu na coś przygotowawczego, bo wyjeżdżam na 7 dni do Niemiec na wymianę uczniów pod koniec marca. Milion zadań domowych, blog, który do tej pory pisałam z uśmiechem na twarzy, ogólne rozbicie no i do tego wszystkiego chcę też trochę czasu dla siebie. Nawet nie pytajcie kiedy ostatnio byłam na imprezie... Fakt, że w marcu się szykują, ale... Nie wiem nawet czy mam na to ochotę. Poważnie. Jestem stłamszona tym wszystkim, ból, który od niedawna ciągle mnie nawiedza jest nie do zniesienia. Dziękuję wam za miłe słowa pod ostatnią notką, ale ja nie wiem czy dam radę ciągnąć historię Emmy.
Jeśli w weekend nie pojawi się rozdział to pojawi się notka, w której napiszę WSZYSTKO co chciałam zawrzeć w drugim tomie. Nie zniknę z blogosfery. Zrobię sobie przerwę, ale wrócę. Bo pisanie to to, co naprawdę kocham.
+ Styl jakim piszę "w Emmie" jest... jaki jest. Kiepski, nie oszukujmy się. W weekend dam wam próbkę tego, jak piszę naprawdę. Bo Artan i cała reszta to tylko odstresowanie. Prawdziwa jatka, pojawi się za kilka dni. Mam nadzieję, że was nie zawiodę i liczę na waszą ocenę mojego początku.
Przepraszam was raz jeszcze, ale... jestem za słaba.
Uwielbiam was.
poniedziałek, 25 lutego 2013
czwartek, 21 lutego 2013
Trochę prawdy.
Dlaczego zdajemy sobie sprawę ze śmierci dopiero, kiedy ona już nastąpi? Nawet mimo tego, że mieliśmy szansę się do tego przygotować, każde z nas wiedziało, że to wkrótce nastąpi, w całkiem niedalekiej przyszłości. Dopiero teraz, już kilkanaście godzin po wszystkim dociera do nas co właśnie się wydarzyło. Już nigdy nie usłyszymy głosu tej osoby, jej śmiechu, radości, kiedy nas w końcu zobaczyła i wiedzy, że w każdej chwili możemy się z nią spotkać. Nie przytulimy jej, nigdy więcej nie poczujemy tego dotyku i bijącego od niej ciepła. Ile jeszcze można płakać... Kocham Cię i źle mi z tym, że nie miałam okazji się pożegnać. Spotkamy się kiedyś, obiecaj mi to.
Piszę to co czuję tylko dlatego, żebyście zaczęły zdawać sobie sprawę, że niczyje życie nie jest wieczne, że na każdego przyjdzie pora i zawsze ta chwila będzie tą nieodpowiednią. Do mnie właśnie po raz pierwszy to dotarło. I choć wiem, że całe życie przede mną to już nie będzie takie samo, ale nie można się poddawać. Każdy ma własną porcję bólu i rozczarowań i życzę wam, żebyście przeżyły je jak najlepiej. Musicie być silne.
Rozdział bez zmian jutro. Przepraszam za dygresję.
Piszę to co czuję tylko dlatego, żebyście zaczęły zdawać sobie sprawę, że niczyje życie nie jest wieczne, że na każdego przyjdzie pora i zawsze ta chwila będzie tą nieodpowiednią. Do mnie właśnie po raz pierwszy to dotarło. I choć wiem, że całe życie przede mną to już nie będzie takie samo, ale nie można się poddawać. Każdy ma własną porcję bólu i rozczarowań i życzę wam, żebyście przeżyły je jak najlepiej. Musicie być silne.
Rozdział bez zmian jutro. Przepraszam za dygresję.
środa, 20 lutego 2013
4: To naprawdę ty? Zupełnie się nie spodziewałam.
- Tak... - odpowiedziałam niepewnie, uśmiechając się delikatnie do chłopaka, który właśnie się przysiadał - Trafiłam w kiepski dzień, nie? Co się stało tej kobiecie? Jest chora? - o dziwo, dopytywałam całkiem swobodnie.
Nietrudno było mi zobaczyć w chłopaku tego samego gówniarza, z którym chowałam się po krzakach i którego pocałowałam po raz pierwszy. Mimo że sporo urósł i rano się nie ogolił naprawdę widziałam to podobieństwo. Oczy miał zupełnie takie same.
- Emma? - upewnił się, marszcząc brwi - Nie! Po prostu kilka miesięcy temu coś się... stało.- zamyślił się, trochę przy tym krzywiąc - Mały wypadek i już coś takiego miała. Artan jest po prostu przewrażliwiony. Latają za sobą jak króliki.
- Nie lubicie się? - od razu wyczułam ironię w jego głosie. - Ty i Emma? - uściśliłam, unosząc brew w geście zainteresowania.
Przydatna informacja.
- Dlaczego? - nie zrozumiał - Jest... normalnie. Dogadujemy się. - dodał prędko.
- Dogadujecie? - ugryzłam się w język, za nic nie chciałam wyjść na wścibską.
Ledwo co przyjechała już czuje się swobodnie...
- Do czego zmierzasz? - zauważył to i poprawił się na swoim miejscu, wlepiając we mnie przeszywające spojrzenie.
Wyprostowałam się i wzięłam głębszy oddech.
- Po prostu jestem ciekawa kim jest. Jej jedynej nie znam i trochę się martwię.
Mruknął coś pod nosem, zaśmiewając się bezgłośnie i powrócił do mnie spojrzeniem, milknąc zupełnie.
Bezczelny!
Zaczęłam się poważnie zastanawiać czy z kimś takim uda mi się osiągnąć to, czego chciałam. Trochę już działał mi na nerwy, chociaż rozmawialiśmy zaledwie kilka minut. Myślał, że nie widziałam jak gapił się na mnie na samym początku? Wtedy byłam pewna, że mogę wygrać nawet się przy tym nie przemęczając, teraz musiałam popracować nad swoją cierpliwością.
- Kiedyś mnie tak nie denerwowałeś. - przyznałam, udając złą.
Sięgnęłam ku stolikowi po swoją szklankę. Nawet nie spróbowałam jabłkowego napoju po prostu trzymałam naczynie, żeby zająć czymś ręce i chociaż przez chwilę - głowę.
- Bo kiedyś się ciebie bałem. - uśmiechnął się, unosząc prawą rękę - Naprawdę! Byłaś młodsza, ale większa. Zawsze groziłaś mi psem.
- Zawsze wszędzie byłam tą najwyższą, najgrubszą dziewczynką w kiepskich kiteczkach. - zaśmiałam się szczerze - Pamiętasz te moje loczki?
- Te loczki akurat zawsze mi się podobały - przyznał z dziwną miną, której nie potrafiłam zaliczyć do żadnej z grup...
- Nie wiem czy wiesz, ale ja od zawsze mam włosy proste jak druty. Patrzyłam jak mama wychodziła gdzieś z ojcem wieczorem i nawlekała kosmyki na rozgrzaną lokówkę - pokazywałam jak to wyglądało - A potem zawsze było: Mamo! Mamo! Zanim przyjdzie Sahib to ja też takie chce!
Patrzył chwile na mnie z wymuszaną powagą, a potem oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Musiałam przyznać, że pomimo tego jego denerwującego sposobu bycia całkiem nieźle nam się teraz rozmawiało. Zawsze mogłam wrócić do tematu "dzieciństwo". Obmyślałam ten sposób prawie całą drogę w to miejsce. Ćwiczyłam w myślach jak się zachowywać, jak mówić, żeby żadnego do siebie nie zrazić. Przynajmniej na początku.
Jakoś tak jak na niego spoglądałam to nie mogłam uwierzyć, że byłam już w liceum, a on skończył szkołę...
- Pokażę ci pokój.
- Wrócę najszybciej jak będę mógł, w porządku? - spytał ostatni raz, spoglądając na zegarek. - Kilka godzin i jestem.
- Spokojnie! - zaśmiałam się, kręcąc z niedowierzaniem głową - Zaczynasz się powtarzać. - chwyciłam jego dłoń - Siedzę na tej kanapie niecałą godzinę, a jestem pewna, że Martha pytała co najmniej pięć razy czy czegoś nie potrzebuję. Możesz mi tylko podać poduszkę z fotela, jak już wstałeś, pocałować mnie i iść sobie, bo chcę wreszcie skończyć książkę. - uśmiechnęłam się, co od razu odwzajemnił.- Galija powinna niedługo wrócić ze szkoły. - powiedział, układając małego jaśka tuż za moimi plecami.- Nawet nie miałam okazji się z nią przywitać przez... to wszystko. - wzruszyłam ramionami - Źle wyszło.- Macie czas. - obiecał, pochylając się w końcu nade mną.Pocałował mnie dwa razy, przypomniał, że szybko wróci i jeszcze raz zapytał czy niczego nie chcę. Dopiero po tym zamknął za sobą drzwi i zostałam oficjalnie sama. Z Marthą na piętrze i kotem gdzieś w salonie.
Nie minęła godzina, a ktoś zapukał do drzwi. Martha była w ogrodzie, więc wstałam pewnie z miejsca, za wiele się nie zastanawiając i podchodząc do drzwi wejściowych, szarpnęłam za klamkę.- Patrz, kogo tu mamy.
_________________
Do piątku/soboty! :)
Nietrudno było mi zobaczyć w chłopaku tego samego gówniarza, z którym chowałam się po krzakach i którego pocałowałam po raz pierwszy. Mimo że sporo urósł i rano się nie ogolił naprawdę widziałam to podobieństwo. Oczy miał zupełnie takie same.
- Emma? - upewnił się, marszcząc brwi - Nie! Po prostu kilka miesięcy temu coś się... stało.- zamyślił się, trochę przy tym krzywiąc - Mały wypadek i już coś takiego miała. Artan jest po prostu przewrażliwiony. Latają za sobą jak króliki.
- Nie lubicie się? - od razu wyczułam ironię w jego głosie. - Ty i Emma? - uściśliłam, unosząc brew w geście zainteresowania.
Przydatna informacja.
- Dlaczego? - nie zrozumiał - Jest... normalnie. Dogadujemy się. - dodał prędko.
- Dogadujecie? - ugryzłam się w język, za nic nie chciałam wyjść na wścibską.
Ledwo co przyjechała już czuje się swobodnie...
- Do czego zmierzasz? - zauważył to i poprawił się na swoim miejscu, wlepiając we mnie przeszywające spojrzenie.
Wyprostowałam się i wzięłam głębszy oddech.
- Po prostu jestem ciekawa kim jest. Jej jedynej nie znam i trochę się martwię.
Mruknął coś pod nosem, zaśmiewając się bezgłośnie i powrócił do mnie spojrzeniem, milknąc zupełnie.
Bezczelny!
Zaczęłam się poważnie zastanawiać czy z kimś takim uda mi się osiągnąć to, czego chciałam. Trochę już działał mi na nerwy, chociaż rozmawialiśmy zaledwie kilka minut. Myślał, że nie widziałam jak gapił się na mnie na samym początku? Wtedy byłam pewna, że mogę wygrać nawet się przy tym nie przemęczając, teraz musiałam popracować nad swoją cierpliwością.
- Kiedyś mnie tak nie denerwowałeś. - przyznałam, udając złą.
Sięgnęłam ku stolikowi po swoją szklankę. Nawet nie spróbowałam jabłkowego napoju po prostu trzymałam naczynie, żeby zająć czymś ręce i chociaż przez chwilę - głowę.
- Bo kiedyś się ciebie bałem. - uśmiechnął się, unosząc prawą rękę - Naprawdę! Byłaś młodsza, ale większa. Zawsze groziłaś mi psem.
- Zawsze wszędzie byłam tą najwyższą, najgrubszą dziewczynką w kiepskich kiteczkach. - zaśmiałam się szczerze - Pamiętasz te moje loczki?
- Te loczki akurat zawsze mi się podobały - przyznał z dziwną miną, której nie potrafiłam zaliczyć do żadnej z grup...
- Nie wiem czy wiesz, ale ja od zawsze mam włosy proste jak druty. Patrzyłam jak mama wychodziła gdzieś z ojcem wieczorem i nawlekała kosmyki na rozgrzaną lokówkę - pokazywałam jak to wyglądało - A potem zawsze było: Mamo! Mamo! Zanim przyjdzie Sahib to ja też takie chce!
Patrzył chwile na mnie z wymuszaną powagą, a potem oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Musiałam przyznać, że pomimo tego jego denerwującego sposobu bycia całkiem nieźle nam się teraz rozmawiało. Zawsze mogłam wrócić do tematu "dzieciństwo". Obmyślałam ten sposób prawie całą drogę w to miejsce. Ćwiczyłam w myślach jak się zachowywać, jak mówić, żeby żadnego do siebie nie zrazić. Przynajmniej na początku.
Jakoś tak jak na niego spoglądałam to nie mogłam uwierzyć, że byłam już w liceum, a on skończył szkołę...
- Pokażę ci pokój.
- Wrócę najszybciej jak będę mógł, w porządku? - spytał ostatni raz, spoglądając na zegarek. - Kilka godzin i jestem.
- Spokojnie! - zaśmiałam się, kręcąc z niedowierzaniem głową - Zaczynasz się powtarzać. - chwyciłam jego dłoń - Siedzę na tej kanapie niecałą godzinę, a jestem pewna, że Martha pytała co najmniej pięć razy czy czegoś nie potrzebuję. Możesz mi tylko podać poduszkę z fotela, jak już wstałeś, pocałować mnie i iść sobie, bo chcę wreszcie skończyć książkę. - uśmiechnęłam się, co od razu odwzajemnił.- Galija powinna niedługo wrócić ze szkoły. - powiedział, układając małego jaśka tuż za moimi plecami.- Nawet nie miałam okazji się z nią przywitać przez... to wszystko. - wzruszyłam ramionami - Źle wyszło.- Macie czas. - obiecał, pochylając się w końcu nade mną.Pocałował mnie dwa razy, przypomniał, że szybko wróci i jeszcze raz zapytał czy niczego nie chcę. Dopiero po tym zamknął za sobą drzwi i zostałam oficjalnie sama. Z Marthą na piętrze i kotem gdzieś w salonie.
Nie minęła godzina, a ktoś zapukał do drzwi. Martha była w ogrodzie, więc wstałam pewnie z miejsca, za wiele się nie zastanawiając i podchodząc do drzwi wejściowych, szarpnęłam za klamkę.- Patrz, kogo tu mamy.
_________________
Do piątku/soboty! :)
poniedziałek, 18 lutego 2013
3: Nic nie może być tylko dobre.
- Sahib? - zapytałam zdziwiona, zasłaniając dłonią usta. - W życiu bym cię nie poznała!
Ukryłam nikły uśmiech. Nie widzieliśmy się jakieś dziesięć lat. Teraz chłopak skończył dziewiętnaście, a ja swoją szesnastkę z utęsknieniem czekając na dorosłość. Zatrzymał się w odległości jakiś dwóch metrów, podwijając do łokcia jeden z rękawów białej, rozpiętej u góry koszuli. Był naprawdę wysoki. Ja na tych butach miałam spokojnie około stu osiemdziesięciu czterech-pięciu centymetrów, więc arab musiał sięgać niemalże dwóch metrów, choć chyba ich nie dotknął. Rozluźniłam się trochę widząc kogoś w swoim wieku i kogoś z kim mogłabym nawiązać kontakt na samym starcie.
- Też przeżyłem mały szok. - zaśmiał się, a kiedy zmarszczyłam czoło od razu dodał - To komplement! Nie patrz tak na mnie.
- Nie... - speszyłam się - Ja po prostu nie mogę się nadziwić, że spotykamy się gdzieś indziej niż w twojej piaskownicy. - uśmiechnęłam się sztucznie - I bez mojego psa.
- Raphy zawsze mnie trochę wkurzał od kiedy nasrał do mojego wiaderka. Dawno przyjechaliście? - splótł ręce na brzuchu, a kocisko przeciągnęło się między jego nogami, łasząc się do męskich łydek.
- Sekundę temu. - odparłam beznamiętnie - Chyba coś się stało - zaczęłam, spuszczając wzrok - wolałam się zmyć.
- Co? - dopytał zainteresowany, spoglądając do pustego salonu przez wielką, oszkloną ścianę.
Wzruszyłam jedynie ramionami.
Kiedy kot w końcu łaskawie zwrócił na mnie swoją uwagę mogłam go wykorzystać, żeby chociaż trochę lepiej poczuć się w tej raczej średnio komfortowej sytuacji. Z Sahibem nie rozmawiałam wieki, byłam zestresowana, choć jeszcze w samochodzie to właśnie w nim pokładałam największe nadzieje na aklimatyzację. Schyliłam się po zwierzaka i wzięłam grubasa na ręce.
Był naprawdę ciężki, ale za to miał bardzo gęstą i gładką sierść. Łapy miał naprawdę ogromne i kształtem przypominające te tygrysie i nie mogłam oderwać od nich wzroku. Sam oglądany miał mnie wyraźnie gdzieś, bo zamknął oczy i wystawił twarz w stronę słońca.
Naprawdę miałam wrażenie, że jeśli źle stanę to polecę razem z nim. Ważył spokojnie jakieś siedem kilogramów, a do tego tyłek ciągle mu zjeżdżał z mojego przedramienia. Bałam się go upuścić, a on nic sobie z tego nie robił.
Chłopak natomiast zdążył odejść. Podciągnęłam więc kicię na rękach i weszłam do salonu.
Artan właśnie wychodził, obejmując jakąś blondynkę, którą drugą ręką też podtrzymywał. Kobieta pochylała się lekko do przodu. Nie widziałam jej twarzy, ale zdążyłam się domyślić kim była.
Całą sytuacja nie wyglądała dobrze. Oboje wraz z Marthą wyszli z domu, a ja stanęłam jak wryta w ziemię. Ona na coś chorowała? Coś jej się stało? Źle się czuła?
Usiadłam na jednej z wielkich, miękkich kanap i chciałam przytulić do siebie zwierzaka, który jednak nagle jak oparzony odsunął się ode mnie i zeskoczył prędko z moich kolan. Położyłam dłoń przy czole.
- W porządku?
- Pomogę ci. - usłyszałam nad sobą, chwilę później widząc męską dłoń niedaleko mojej brody.
Podałam lekarzowi rękę, a on pomógł wstać mi z wózka dla inwalidów. Poprowadził mnie do swojego biało-miętowego fotela i kazał oprzeć się wygodnie o zagłówek.
To był dokładnie ten sam, u którego byłam na samym początku. Krępował mnie jednak trochę fakt, że znał Artana, który teraz zdenerwowany jak nigdy czekał za drzwiami. Sama już dygotałam z tego wszystkiego. Zasłabłam, a później... Później nawet nie wiedziałam co się stało, bo kiedy wstałam z łóżka mężczyzna nagle spanikował i zabrał mnie tutaj. Nic nie powiedział.
- Boże! - krzyknęłam, kiedy pielęgniarka wyjeżdżała wózkiem z gabinetu - Boże, czy to... - łzy spłynęły mi do oczu i musiałam zakryć dłonią usta, żeby nie zacząć krzyczeć.
Momentalnie zrobiło mi się słabo. Bardzo słabo. Zakręciło mi się w głowie i jedyne o czym myślałam to... moje dziecko. Ból natychmiast minął, ale to z czego zdałam sobie właśnie sprawę mnie przerosło.
- Spokojnie! - ginekolog wstał z miejsca i pogłaskał mnie po ramieniu - Nie wiem jeszcze co to było. Musisz się uspokoić i położyć. Zbadam cię i o wszystkim ci powiem, dobrze? Emma...
Nie docierało do mnie to co mówił. Ciągle przed oczami miałam krew na czarnym materiale. Moją krew, a raczej... Boże...
Zacisnęłam usta w grymasie, żeby tylko teraz się nie rozpłakać. Dlaczego Artan mi o tym nie powiedział na samym...
Na brzuchu poczułam sprzęt do badania. Ta słynna galareta zajmowała już całą jego powierzchnię, a charakterystyczna słuchawka naciskała na jego poszczególne partie.
Mężczyzna zmarszczył czoło i zatrzymał rękę. Patrzyłam tępo na niego i marzyłam tylko o tym, żeby już wrócić. Obrócił ekran komputera w moją stronę i pokazał coś na czarnym tle.
- Wiesz co to jest?
- Ono... Żyje? - podciągnęłam się na miejscu teraz wlepiając wzrok w jego niewyraźną minę.
_____________
Do czwartku :). Jak wam sie podoba nowy wystroj? :)
Ukryłam nikły uśmiech. Nie widzieliśmy się jakieś dziesięć lat. Teraz chłopak skończył dziewiętnaście, a ja swoją szesnastkę z utęsknieniem czekając na dorosłość. Zatrzymał się w odległości jakiś dwóch metrów, podwijając do łokcia jeden z rękawów białej, rozpiętej u góry koszuli. Był naprawdę wysoki. Ja na tych butach miałam spokojnie około stu osiemdziesięciu czterech-pięciu centymetrów, więc arab musiał sięgać niemalże dwóch metrów, choć chyba ich nie dotknął. Rozluźniłam się trochę widząc kogoś w swoim wieku i kogoś z kim mogłabym nawiązać kontakt na samym starcie.
- Też przeżyłem mały szok. - zaśmiał się, a kiedy zmarszczyłam czoło od razu dodał - To komplement! Nie patrz tak na mnie.
- Nie... - speszyłam się - Ja po prostu nie mogę się nadziwić, że spotykamy się gdzieś indziej niż w twojej piaskownicy. - uśmiechnęłam się sztucznie - I bez mojego psa.
- Raphy zawsze mnie trochę wkurzał od kiedy nasrał do mojego wiaderka. Dawno przyjechaliście? - splótł ręce na brzuchu, a kocisko przeciągnęło się między jego nogami, łasząc się do męskich łydek.
- Sekundę temu. - odparłam beznamiętnie - Chyba coś się stało - zaczęłam, spuszczając wzrok - wolałam się zmyć.
- Co? - dopytał zainteresowany, spoglądając do pustego salonu przez wielką, oszkloną ścianę.
Wzruszyłam jedynie ramionami.
Kiedy kot w końcu łaskawie zwrócił na mnie swoją uwagę mogłam go wykorzystać, żeby chociaż trochę lepiej poczuć się w tej raczej średnio komfortowej sytuacji. Z Sahibem nie rozmawiałam wieki, byłam zestresowana, choć jeszcze w samochodzie to właśnie w nim pokładałam największe nadzieje na aklimatyzację. Schyliłam się po zwierzaka i wzięłam grubasa na ręce.
Był naprawdę ciężki, ale za to miał bardzo gęstą i gładką sierść. Łapy miał naprawdę ogromne i kształtem przypominające te tygrysie i nie mogłam oderwać od nich wzroku. Sam oglądany miał mnie wyraźnie gdzieś, bo zamknął oczy i wystawił twarz w stronę słońca.
Naprawdę miałam wrażenie, że jeśli źle stanę to polecę razem z nim. Ważył spokojnie jakieś siedem kilogramów, a do tego tyłek ciągle mu zjeżdżał z mojego przedramienia. Bałam się go upuścić, a on nic sobie z tego nie robił.
Chłopak natomiast zdążył odejść. Podciągnęłam więc kicię na rękach i weszłam do salonu.
Artan właśnie wychodził, obejmując jakąś blondynkę, którą drugą ręką też podtrzymywał. Kobieta pochylała się lekko do przodu. Nie widziałam jej twarzy, ale zdążyłam się domyślić kim była.
Całą sytuacja nie wyglądała dobrze. Oboje wraz z Marthą wyszli z domu, a ja stanęłam jak wryta w ziemię. Ona na coś chorowała? Coś jej się stało? Źle się czuła?
Usiadłam na jednej z wielkich, miękkich kanap i chciałam przytulić do siebie zwierzaka, który jednak nagle jak oparzony odsunął się ode mnie i zeskoczył prędko z moich kolan. Położyłam dłoń przy czole.
- W porządku?
- Pomogę ci. - usłyszałam nad sobą, chwilę później widząc męską dłoń niedaleko mojej brody.
Podałam lekarzowi rękę, a on pomógł wstać mi z wózka dla inwalidów. Poprowadził mnie do swojego biało-miętowego fotela i kazał oprzeć się wygodnie o zagłówek.
To był dokładnie ten sam, u którego byłam na samym początku. Krępował mnie jednak trochę fakt, że znał Artana, który teraz zdenerwowany jak nigdy czekał za drzwiami. Sama już dygotałam z tego wszystkiego. Zasłabłam, a później... Później nawet nie wiedziałam co się stało, bo kiedy wstałam z łóżka mężczyzna nagle spanikował i zabrał mnie tutaj. Nic nie powiedział.
- Boże! - krzyknęłam, kiedy pielęgniarka wyjeżdżała wózkiem z gabinetu - Boże, czy to... - łzy spłynęły mi do oczu i musiałam zakryć dłonią usta, żeby nie zacząć krzyczeć.
Momentalnie zrobiło mi się słabo. Bardzo słabo. Zakręciło mi się w głowie i jedyne o czym myślałam to... moje dziecko. Ból natychmiast minął, ale to z czego zdałam sobie właśnie sprawę mnie przerosło.
- Spokojnie! - ginekolog wstał z miejsca i pogłaskał mnie po ramieniu - Nie wiem jeszcze co to było. Musisz się uspokoić i położyć. Zbadam cię i o wszystkim ci powiem, dobrze? Emma...
Nie docierało do mnie to co mówił. Ciągle przed oczami miałam krew na czarnym materiale. Moją krew, a raczej... Boże...
Zacisnęłam usta w grymasie, żeby tylko teraz się nie rozpłakać. Dlaczego Artan mi o tym nie powiedział na samym...
Na brzuchu poczułam sprzęt do badania. Ta słynna galareta zajmowała już całą jego powierzchnię, a charakterystyczna słuchawka naciskała na jego poszczególne partie.
Mężczyzna zmarszczył czoło i zatrzymał rękę. Patrzyłam tępo na niego i marzyłam tylko o tym, żeby już wrócić. Obrócił ekran komputera w moją stronę i pokazał coś na czarnym tle.
- Wiesz co to jest?
- Ono... Żyje? - podciągnęłam się na miejscu teraz wlepiając wzrok w jego niewyraźną minę.
_____________
Do czwartku :). Jak wam sie podoba nowy wystroj? :)
sobota, 16 lutego 2013
ehhhhhh
Możecie sobie pomyśleć, że ja to nie wiem... Zmyślam albo coś, ale to naprawdę nie jest tak! Ja was przepraszam, kochane, ale... Wszystko mi przeszkadza, teraz meczy mnie grypa jelitowa i co najmniej 2 razy na godzine biegnę do toalety jak nienormalna :P
Do końca tygodnia ew. w pon coś będzie na 10000000000000% juz mam 3/4 rozdzialu.
przepraszam i mam nadzieje, ze ktoś jeszcze jest, bo Galija tworzy nowy plan, który trochę namiesza w życiu... No właśnie. W czyim? :)
Do końca tygodnia ew. w pon coś będzie na 10000000000000% juz mam 3/4 rozdzialu.
przepraszam i mam nadzieje, ze ktoś jeszcze jest, bo Galija tworzy nowy plan, który trochę namiesza w życiu... No właśnie. W czyim? :)
wtorek, 12 lutego 2013
2: Nieśmiałość to pierwszy stopień do zainteresowania. (część pierwsza)
Ten "tom" (bo nie wiem jak to nazwać ;p) będzie pisany nie tylko z perspektywy Emmy ;)
_______________________
- Emma? W porządku? - spytała Martha od razu do mnie podbiegając.
Cały dzień czułam się źle. Kręciło mi się w głowie, kiedy wstawałam z miejsca, nie mogłam zmusić się do porannych wymiotów i odczuwałam ciążenie i niewielki ból w okolicach żołądka. Upuściłam trzymany w dłoniach bukiet i objęłam rękoma brzuch. Zacisnęłam mocno powieki, biorąc głęboki oddech, dopiero kiedy czułam, że kobieta pewnie mnie trzyma. Nie miałam pewności czy za chwilę nie upadnę.
- Co się dzieje? - dopytywała, denerwując się przy tym.
Czułam jak zaciskała dłoń w okolicach mojej talii i podciągnęła mnie na swoim ramieniu.
- Muszę się położyć - wyprostowałam się w końcu, ale ból nadal nie ustępował, spojrzałam na rzucone na podłogę kwiaty - Mogłabyś zanieść je do... - wstrzymałam na chwilę oddech - Do pokoju Galiji? Nie chcę, żeby było tam tak obco... - przełknęłam głośno ślinę - Musi się przyzwyczaić do tego miejsca.
- Przyjeżdżają dopiero za godzinę, spokojnie - pogłaskała mnie po włosach - zaprowadzić cię do sypialni?
Podróż robiła się naprawdę męcząca. Chaled, a raczej Artan, bo tak kazał mi się do siebie zwracać, ciągle próbował podtrzymać rozmowę. Nie byłam jednak w nastroju, cała ta sprawa wydawała mi się niekomfortowa. I to wyjątkowo.
Chaled przyjaźnił się z ojcem, od kiedy pamiętałam. I jeden, i drugi, ale jego widywałam jednak zdecydowanie częściej niż starszego brata. Z tego co zdążył mi powiedzieć w moim przyszłym domu mieszkała Martha-gospodyni, jego bratanek i kobieta, Emma.
Przypomniał, że powinnam kojarzyć Sahiba. Prawdę mówiąc próbowałam sobie przypomnieć jak wyglądał jako dzieciak, ale miałam w głowie pustkę. Czego się spodziewać, kiedy po raz ostatni się spotkaliśmy miałam pięć lat, a ogólna liczba naszych widzeń nie przekraczała pięciu.
Bałam się tej zmiany, choć miałam czas, żeby się z nią oswoić. Wcześniej mieszkałam tylko z tatą, nawet pokojówka była przyjezdna i pracowała kilka godzin dziennie. Artan był typowym pracoholikiem i jedyną znaną mi osobą w tym gronie. Z tym miałam największy problem.
Kiedy zwolniliśmy serce nagle zaczęło bić mi mocniej i przeszedł mnie chłodny dreszcz. Mężczyzna widocznie to zauważył, bo starał się mnie uspokajać, ale nie dał rady.
Otworzył mi drzwi samochodu, później te wejściowe. Dom z zewnątrz nie robił na mnie większego wrażenia, cały ogród jak się domyślałam musiał znajdować się w tyle. Wewnątrz też nie było szału. Drogie meble, ładnie dopasowane, ale bez przepychu. Mój hol był trochę mniejszy.
- Już jesteście? - usłyszałam kobiecy głos zza schodów.
Czterdziestoletnia, ubrana w błękit kobieta właśnie wycierała dłonie w ręcznik i z serdecznym uśmiechem przywitała się ze mną jako Martha. Czyli to to miała być ta kobieta-cud, która miała mi we wszystkim pomagać?
- Gdzie jest Emma? - spytał niemal od razu, a jej jakby zbladła twarz.
Ostrzeżono mnie, że tu rozmawia się wyłącznie po angielsku z racji tego, że kobieta Artana nie znała jeszcze arabskiego.
Gospodyni spojrzała na mnie przepraszająco i kładąc rękę na ramieniu mężczyzny odeszła kilka kroków ode mnie. Chciałam pokazać, że dałam im spokój, robiąc przy tym dobre wrażenie podeszłam do okien po drugiej stronie salonu i spojrzałam na ogród. Chcąc nie chcąc poddenerwowane głosy jednak słyszałam wyraźnie.
- Ja nie wiem co się z nią dzieje. Dzisiaj tak słabo wyglądała... Prawie zemdlała. Zaprowadziłam ją do ciebie, ale prosiła żeby nic na razie nie mówić i jeśli się pogorszy to da mi znać. Powiem szczerze, że słabo. Byłam u niej dosłownie sekundę temu i właśnie miałam cię informować...
- Skarżyła się na coś? - spytał szybko, ale nie zdążył dostać odpowiedzi, bo niemal od razu ruszył w przeciwną stronę.
Dwa metry przede mną, na trawie wygrzewał się ogromny, czarny kot. Postanowiłam otworzyć drzwi, ulatniając się z tego "niezręcznego salonu" i zająć się sympatycznym grubaskiem. Kiedy tylko wyszłam na zewnątrz i wzięłam zwierze w ramiona usłyszałam gdzieś z lewej swoje imię.
________________________
Krótko, wiem! Następny za to jutro. Po prostu jutro mam decydujący sprawdzian i muszę się porządnie przygotować. :)
_______________________
- Emma? W porządku? - spytała Martha od razu do mnie podbiegając.
Cały dzień czułam się źle. Kręciło mi się w głowie, kiedy wstawałam z miejsca, nie mogłam zmusić się do porannych wymiotów i odczuwałam ciążenie i niewielki ból w okolicach żołądka. Upuściłam trzymany w dłoniach bukiet i objęłam rękoma brzuch. Zacisnęłam mocno powieki, biorąc głęboki oddech, dopiero kiedy czułam, że kobieta pewnie mnie trzyma. Nie miałam pewności czy za chwilę nie upadnę.
- Co się dzieje? - dopytywała, denerwując się przy tym.
Czułam jak zaciskała dłoń w okolicach mojej talii i podciągnęła mnie na swoim ramieniu.
- Muszę się położyć - wyprostowałam się w końcu, ale ból nadal nie ustępował, spojrzałam na rzucone na podłogę kwiaty - Mogłabyś zanieść je do... - wstrzymałam na chwilę oddech - Do pokoju Galiji? Nie chcę, żeby było tam tak obco... - przełknęłam głośno ślinę - Musi się przyzwyczaić do tego miejsca.
- Przyjeżdżają dopiero za godzinę, spokojnie - pogłaskała mnie po włosach - zaprowadzić cię do sypialni?
Podróż robiła się naprawdę męcząca. Chaled, a raczej Artan, bo tak kazał mi się do siebie zwracać, ciągle próbował podtrzymać rozmowę. Nie byłam jednak w nastroju, cała ta sprawa wydawała mi się niekomfortowa. I to wyjątkowo.
Chaled przyjaźnił się z ojcem, od kiedy pamiętałam. I jeden, i drugi, ale jego widywałam jednak zdecydowanie częściej niż starszego brata. Z tego co zdążył mi powiedzieć w moim przyszłym domu mieszkała Martha-gospodyni, jego bratanek i kobieta, Emma.
Przypomniał, że powinnam kojarzyć Sahiba. Prawdę mówiąc próbowałam sobie przypomnieć jak wyglądał jako dzieciak, ale miałam w głowie pustkę. Czego się spodziewać, kiedy po raz ostatni się spotkaliśmy miałam pięć lat, a ogólna liczba naszych widzeń nie przekraczała pięciu.
Bałam się tej zmiany, choć miałam czas, żeby się z nią oswoić. Wcześniej mieszkałam tylko z tatą, nawet pokojówka była przyjezdna i pracowała kilka godzin dziennie. Artan był typowym pracoholikiem i jedyną znaną mi osobą w tym gronie. Z tym miałam największy problem.
Kiedy zwolniliśmy serce nagle zaczęło bić mi mocniej i przeszedł mnie chłodny dreszcz. Mężczyzna widocznie to zauważył, bo starał się mnie uspokajać, ale nie dał rady.
Otworzył mi drzwi samochodu, później te wejściowe. Dom z zewnątrz nie robił na mnie większego wrażenia, cały ogród jak się domyślałam musiał znajdować się w tyle. Wewnątrz też nie było szału. Drogie meble, ładnie dopasowane, ale bez przepychu. Mój hol był trochę mniejszy.
- Już jesteście? - usłyszałam kobiecy głos zza schodów.
Czterdziestoletnia, ubrana w błękit kobieta właśnie wycierała dłonie w ręcznik i z serdecznym uśmiechem przywitała się ze mną jako Martha. Czyli to to miała być ta kobieta-cud, która miała mi we wszystkim pomagać?
- Gdzie jest Emma? - spytał niemal od razu, a jej jakby zbladła twarz.
Ostrzeżono mnie, że tu rozmawia się wyłącznie po angielsku z racji tego, że kobieta Artana nie znała jeszcze arabskiego.
Gospodyni spojrzała na mnie przepraszająco i kładąc rękę na ramieniu mężczyzny odeszła kilka kroków ode mnie. Chciałam pokazać, że dałam im spokój, robiąc przy tym dobre wrażenie podeszłam do okien po drugiej stronie salonu i spojrzałam na ogród. Chcąc nie chcąc poddenerwowane głosy jednak słyszałam wyraźnie.
- Ja nie wiem co się z nią dzieje. Dzisiaj tak słabo wyglądała... Prawie zemdlała. Zaprowadziłam ją do ciebie, ale prosiła żeby nic na razie nie mówić i jeśli się pogorszy to da mi znać. Powiem szczerze, że słabo. Byłam u niej dosłownie sekundę temu i właśnie miałam cię informować...
- Skarżyła się na coś? - spytał szybko, ale nie zdążył dostać odpowiedzi, bo niemal od razu ruszył w przeciwną stronę.
Dwa metry przede mną, na trawie wygrzewał się ogromny, czarny kot. Postanowiłam otworzyć drzwi, ulatniając się z tego "niezręcznego salonu" i zająć się sympatycznym grubaskiem. Kiedy tylko wyszłam na zewnątrz i wzięłam zwierze w ramiona usłyszałam gdzieś z lewej swoje imię.
________________________
Krótko, wiem! Następny za to jutro. Po prostu jutro mam decydujący sprawdzian i muszę się porządnie przygotować. :)
piątek, 8 lutego 2013
1: Nowy świat ze starą historią. Ten dom pamięta bardzo wiele.
Przykro mi, ale mama sobie wymyśliła spontaniczne góry... :P Nie to żebym z tego powodu płakała, ale zależało mi na wstawieniu nowej części o czasie... Wykorzystuję swój internet w telefonie na wstawienie, a mam mały limit i tak :(. Dlaczego dzisiaj? :( chwała mi, że wzięłam kabel usb xD
+obiecuję, że zrobię coś z tym szablonem. Coś mi się popsuło i jest tak wąsko nie umiem tego zmienić :/. Pobawię się w następnym tygodniu.
Nowość we wtoreczek! :)
__________________
- Jak pierwszy dzień? - zapytałam, wychodząc z sypialni i opierając się ramieniem o ścianę salonu, przyjrzałam się dokładnie całej postaci chłopaka.
Mieszkałam teraz tutaj na dole, w pokoju Artana. Przenieśliśmy moją garderobę i w planach mieliśmy powiększenie całego pomieszczenia i przeróbkę tej graciarni tuż obok na pokój dziecięcy, który był naprawdę niewielki w porównaniu do całej reszty. Nie było miejsca na stawianie nowych murów wewnątrz, więc postanowiliśmy wstawić tam w niedalekiej przyszłości najpotrzebniejsze rzeczy dla noworodka, a później mieliśmy myśleć nad przeniesieniem się na górę albo dobudówce. To był dopiero siódmy tydzień, a my tak bardzo wszystkim zaczęliśmy się stresować...
- Źle się czujesz? - spytał, a ja z początku nie mogłam zrozumieć o co mu chodziło.
Szybko jednak zorientowałam się, że bezwiednie położyłam dłoń na brzuchu, więc prędko ją opuściłam, przyjmując neutralny wyraz twarzy.
- Skąd! - zaprzeczyłam - Jak było?
Właśnie dzisiaj przejął obiecane przedsiębiorstwo wujka. Był wyraźnie zdenerwowany, a mnie nie spodobało się, że wrócił do domu sam. Bałam się, że coś poszło nie tak, dlatego za wszelką cenę chciałam dowiedzieć się szczegółów. Rozpiął u góry kilka guzików białej koszuli i usiadł zdenerwowany na kanapie w ręku trzymając kieliszek.
- Napijesz się ze mną? - spojrzał zrezygnowany na mnie, co od razu popchnęło mnie w jego stronę.
Dosiadłam się, pokazując dłonią, że nie mam ochoty.
- Aż tak źle?
- To mnie przerośnie. - wyznał - Poważnie. Niedługo zacznę się zmieniać w młodszą i dużo przystojniejszą wersję twojego faceta. - skrzywiłam się na dźwięk ostatnich dwóch słów - Jest kryzys i tyle roboty, że zaczynam się rozglądać za jakimś łóżkiem polowym, albo biurkiem z wysuwanym materacem.
- Artan cię ostrzegał. - przypomniałam, ale uznałam, że to niestosowne - Wdrożysz się. Początki zawsze są najgorsze. Obiecał ci pomoc, prawda?
- Emma... - zaśmiał się cicho, upijając spory łyk trunku - Mi właśnie o to chodziło, żeby się usamodzielnić. Rozumiesz, jakoś od niego oderwać, a nie teraz latać za nim i płaszczyć się, żeby wytłumaczył mi co po kolei mam robić, albo najlepiej zdradził receptę na sukces.
- Przecież to nie będzie trwać wiecznie! Poza tym "płaszczyć się"?! Sahib, cholera, on oddał ci dziesięć lat swojej ciężkiej pracy! Więc zamiast siedzieć na dupie i gadać takie głupoty to...
- To co?! - przerwał mi - To co, Emma? Klęknąć na kolanach i dziękować za wspaniałomyślność? To nie żadna łaska, coś mi się w końcu należy, sam zabrał się za projekt ojca, który jest wart dużo więcej.
- A potem zaproponował ci połowę udziałów! Przestań być takim zadufanym w sobie egoistą! Dobrze wiesz, że zrobił to dla ciebie. Mógłby całkiem odrzucić tę propozycję, bo sam nie mógłbyś się jej podjąć. I nic ci nie oddawać, mieć cię głęboko w dupie.
- Gdyby nie on może nikt nie musiałby niczego odrzucać. - dzielnie wytrzymałam jego pełne wyczekiwania spojrzenie.
Mówił o mnie. Nie raz wspominał o tym, co "czułam" do niego na samym początku. To nigdy nie było prawdziwe, nie to co przeżywałam teraz. Nie było tak silne, było tylko chwilą. W dodatku wyjątkowo krótką. Powinien zdążyć już pogodzić się z porażką, z tym, że to nie z nim budzę się każdego ranka i to nie w jego ramionach zasypiam każdej nocy. Tyle że jakby rozpamiętywał to coraz dotkliwiej. A mnie za każdym razem bolało.
- Przyjechał - powiedział po dwóch minutach głuchej ciszy - Napij się czegoś zimnego i ochłoń. Lepiej nie pokazuj mu się taka rozdrażniona, chyba że masz ochotę na kolejną awanturę. - zaczął zbierać się z miejsca i stanął przy drzwiach w tym samym czasie, co Artan.
Słyszałam jakieś głosy, ale nie przysłuchiwałam się im jakoś szczególnie. Poszłam za radą chłopaka. Weszłam za kuchenną ladę i wyjmując lód z pojemnika, włożyłam go do szklanki pełnej soku. Wypiłam cały napój niemal jednym haustem.
Nie wiedziałam, czy to ze względu na mój stan czy to po prostu ja zdążyłam się zmienić, ale... Potrafił mnie zirytować bardzo szybko. Prawie każda dłuższa rozmowa kończyła się kłótnią. Fakt, że nigdy się nie przepraszaliśmy i kilkadziesiąt minut później wszystko wracało do normy, ale jednak nerwy miałam teraz w wyjątkowych strzępach.
Widziałam, że Sahib siadał z powrotem w salonie, chociaż był już gotowy do wyjścia. Zmarszczyłam czoło i czekałam aż któryś mi to wyjaśni.
Podeszłam do mężczyzny i przywitałam się z nim krótkim, przelotnym pocałunkiem, tak żeby nie zorientował się, że coś nie było w porządku i żeby nie stawiać obserwującego nas chłopaka w jeszcze bardziej niezręcznej sytuacji.
- Musimy pogadać - zaczął, odkładając rzeczy na podłogę - Wszyscy - podkreślił - Martha za chwilę zejdzie.
- Coś się stało? - dopytywałam, ale milczał dopóki na kanapie nie usiadła gosposia.
Martha była wyraźnie zaskoczona całym tym rodzinnym zebraniem, zupełnie jak ja, dlatego w ciszy wyczekiwaliśmy, aż Artan podejmie w końcu temat.
- Martho, pamiętasz Khalifa Fathę? - pokiwała twierdząco głową, więc kontynuował - Zmarł wczorajszej nocy, w szpitalu. Obiecałem mu coś kilka tygodni temu, ale nie spodziewałem się, że będzie musiało dojść do tego tak... wcześnie. - mówił - Sprawy się skomplikowały, ale nie złamię danego słowa.
Założyłam nogę na nogę i zaczęłam się denerwować. Utkwiłam ponaglający wzrok w mężczyznę, zupełnie olewając postawę Sahiba, któremu to wszystko latało koło... No właśnie.
Kobieta natomiast zasłoniła dłonią usta.
- Miał córkę, Galiję. Dziewczyna została całkiem sama, chwilowo opiekuje się nią jego sekretarka, ale nie mogę jej teraz tak zostawić. Chcę ją tu sprowadzić, jak najszybciej.
Ja siedziałam zszokowana, Martha trochę przerażona, a chłopak po prostu cicho się zaśmiał. Boże, jak on działał mi dzisiaj na nerwy...
- Może od razu zarejestrujmy ten dom jako przytułek albo schronisko. - warknął - Galija sikała kiedyś ze mną do jednej piaskownicy, czyli jest ode mnie młodsza maksymalnie dwa-trzy lata. Jest prawie dorosła, nie potrzebuje opiekunki.
- Jest kobietą! - od razu odpowiedział Artan - Nie ma szans, że poradzi sobie w tym kraju sama. Ojciec całe życie trzymał ją pod kloszem i właściwie wcale się nie dziwię. - wytłumaczył bardziej mnie niż bratankowi.
- Czyli mamy ją tu przetrzymywać dopóki nie znajdzie sobie faceta?
- Wystarczy! - wstałam podburzona z miejsca i zwróciłam się do chłopaka - Skończ już w końcu! Przestań się mścić! Dziewczyna kilkanaście godzin temu straciła ojca, została całkiem sama i zrozpaczona, co sam powinieneś doskonale rozumieć! Okaż więc do cholery, choć odrobinę współczucia i zamknij się chociaż teraz! - wypuściłam głośno powietrze z ust i wyszłam do swojej sypialni.
....
JAK NA ZŁOŚĆ, BRAK MNIE W WEEKEND, PRZEPRASZAM :<. W NDZ COS BEDZIE NA 100000000% (kocham pomysły rodziców -.-')
piątek, 1 lutego 2013
32: A teraz pozwól, że przestanę udawać. Epilog.
Trzy miesiące później...
W końcu nadszedł ten dzień. Stałam w gabinecie Artana i spoglądałam przez ogromne okno na podwórze. Im bliżej było do wyznaczonej daty tym bardziej się denerwowałam. Nie przyznawałam się do tego nikomu, ale strasznie to przeżywałam.
Namawiałam go do zgody prawie tydzień. Każda nasza rozmowa sprowadzała się do tego tematu, ale w końcu dopięłam swego i uległ. Powiedział "tak", a ja zamiast cieszyć się z osiągniętego sukcesu spięłam się i niecierpliwie czekałam.
Teraz zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę wolałabym żeby było po wszystkim, ale twardo utkwiłam wzrok na trawnik przed domem. Przyjechał...
Czarny, widać drogi samochód zatrzymał się idealnie na podjeździe, ale nikt nie wychodził. Wyprostowałam się i kładąc dłoń na brzuchu, drugą wkładając w kieszeń krótkich szortów przypatrywałam się całej sytuacji. Artan wyszedł po kilkunastu sekundach od zatrzymania się wozu, a kiedy poprawiał krawat dzieląc odległość między nim, a tym sportowym Audi ktoś w końcu uchylił drzwi.
Ze środka wyszedł mężczyzna koło czterdziestki. Słabo mogłam poznać jego wiek, bo patrzyłam na nich z góry, ale zamurował mnie widok potarganych, jasnych włosów. Nie siwych, a... blond.
Wstrzymałam oddech. Rozmawiali. Czułam jak pot spływa mi po karku i plecach.
Mój ojciec, dokładnie ten, który zostawił mnie siedemnaście lat temu stał teraz piętro niżej i najzwyczajniej w świecie rozmawiał sobie z moim narzeczonym... Narzeczonym... Jak absurdalnie to brzmiało.
Ciekawe czy wiedział. O mnie, o Artanie i.... O wszystkim. Trudno było mi ostatnio o tym myśleć, wszystko kłębiło się w mojej głowie i walczyło. Tyle sprzecznych informacji... Tyle zmian.
Żywo o czymś dyskutowali. Trochę się zdziwiłam, że mieli o czym, w końcu mężczyzna mówił mi niedawno, że wszystkie sprawy mają właściwie wyjaśnione, ale widocznie nieźle się przygotował. Uśmiechnęłam się dosłownie na sekundę, jak pomyślałam sobie, że przystał na moją prośbę mimo tylu nieudogodnień. Powinnam się już przyzwyczajać, ale ona zawsze potrafił mnie miło zaskoczyć.
Kiedy tak sobie rozmyślałam nagle dotarło do mnie, że ojciec... Patrzył w moją stronę! Odwróciłam się prędko, zasłaniając dłonią twarz i zacisnęłam mocno powieki. Podeszłam do ściany, żeby całkiem zniknąć z pola jego widzenia.
Chwaliłam się w myślach, że powiedziałam Artanowi, że nie chcę z nim rozmawiać. To byłoby za wiele, on zresztą był tego samego zdania.
O dziwno nie czułam nienawiści ani żalu. Gdyby wszystko stało się pół roku temu to pewnie wszystko wyglądałoby inaczej. Teraz właściwie było mi to obojętne. Nie chciałam tylko, żeby się domyślił, żeby nie zechciał ze mną rozmawiać.
Nie płakałam, co też mnie zdziwiło. Właściwie liczyłam no to, żeby zniknął z mojego podwórka jak najszybciej tym swoim samochodem i odjechał jak najdalej. Nawet nie wiem ile tak stałam...
- Emma? - odwróciłam się na dźwięk swojego imienia - Wszystko w porządku? Jeśli chcesz mogę powiedzieć mu, żeby zawrócił, jeśli chcesz...
- Nie - przerwałam mu, uśmiechając się sztucznie - Jest w porządku. Obiecałam, że nie będę szukała z nim kontaktu. Nawet nie chcę - dodałam prędko - A mówił coś? Widział mnie - szepnęłam, a on zdziwił się na moje słowa.
- Jesteś pewna? Nie zauważyłem, żeby coś go rozproszyło. - przyznał.
Wzruszyłam ramionami i chciałam go wyminąć, ale wyciągnął rękę, obejmując mnie delikatnie.
- Jak się czujesz? - spytał, przyciągając mnie trochę do siebie.
Oparłam dłoń na jego ramieniu i przytuliłam się do jego boku, nosem lądując gdzieś w okolicy męskiej szyi. Pociągnęłam nosem chłonąc zapach tych charakterystycznych perfum i od razu się uśmiechnęłam. Nie miałam problemów ze zmianą nastroju, zwłaszcza będąc w tym stanie...
- Poranny wyścig do toalety jeszcze nie minął - zaśmiałam się cicho - ale popołudniami jest ze mną bardzo dobrze. Poza tym... - przysunęłam się jeszcze odrobinę, czując jego dłoń na swoim brzuchu - Straciłeś całkiem fajne śniadanie. Opróżniłam połowę zapasów lodów, a dwie minuty później jadłam z Marthą sałatkę z ogórków. Swoją drogą... - zastanowiłam się chwilę - Mam wielką ochotę na mleko. Idziemy na dół?
- Zaraz do ciebie zejdę - obiecał, mijając mnie i zajmując miejsce w fotelu - Muszę tylko coś wysłać. Zajmie mi to jakieś pięć minut, naprawdę.
- Nie ma sprawy - uśmiechnęłam się i już miałam wychodzić, ale przywołał mnie spojrzeniem.
Charakterystycznie zmarszczył czoło, więc podeszłam zaintrygowana. Stanęłam obok i byłam niewiele wyższa od niego nawet kiedy siedział. Przysunął się i łapiąc dłońmi dół mojej bluzki, podciągnął ją trochę do góry i zbliżył twarz. Poczułam jak dwa razy pełne wargi dotykają płaskiego jeszcze brzucha.
To był drugi miesiąc. Trzy tygodnie temu dowiedziałam się o... tym. Mojej radości nie było końca, choć niedawno skończyłam dopiero siedemnaście lat. W normalnym świecie byłoby to katastrofą, w moim... Cóż. Chyba najlepszym co mogłoby mnie spotkać. Kiedy się odsunął, postanowiłam przerwać ciszę wznawianiem sprawy, o którą zaczynałam martwić się coraz bardziej.
- Jak chcesz powiedzieć o tym Sahibowi? - zapytałam, zatrzymując na nim swoje spojrzenie - Aż boję się pomyśleć jak mógłby zareagować. Ciągle mam w głowie tę awanturę, kiedy dowiedział się o zaręczynach...
- Nie powinnaś się tym teraz martwić. - powiedział spokojnie - Wydaje mi się, że przyjął do wiadomości, że coś takiego może się w końcu stać.
- Ale nie po kilku tygodniach! Artan, jestem w szóstym tygodniu ciąży! Ile jeszcze mamy czekać? Aż zacznę wyglądać jak wieloryb?
- Emma - poprosił - Zaufaj mi.
_______________________________
Ahh, Ahh, Ahh! Koniec! :( Trochę przykre, ale mam nadzieję, że jesteście chętni na dalszą historię wraz z nimi? :) Mam nawet pomysł, tyle że raczej niedopracowany :P. Co wy na to, żeby za tydzień pojawił się nowy rozdział tomu 2? :D
Chciałabym też poznać waszą opinię na temat historii Emmy, może jakieś oczekiwania co do drugiej części? :) Jak wam sie podobało? Może jakieś refleksję na koniec? :)
Bo dla mnie to było najlepszym, co napisałam. Nie ze względu na styl, ale na to, że jestem związana z moimi bohaterami. Miłego weekendu i... do zobaczenia 8 lutego?
Pozdrawiam i kocham was! :*:*
Subskrybuj:
Posty (Atom)