piątek, 28 grudnia 2012

24: Już wiem kim naprawdę jesteś. I wcale mnie to nie odrzuca (3/3)

Sahib podniósł z łóżka kopertę i otworzywszy ją wyraz jego twarzy pogłębił się w jeszcze większym zdenerwowaniu. Każda sekunda wydawała mi się jakąś godziną, bardzo chciałam dowiedzieć się o co w tym wszystkim chodzi, co ich tak podburzyło.
Chłopak wstał z miejsca i kierował się do drzwi.
- Załatwię to - kiedy mijał Artana, ten popchnął go jedną ręką w stronę wnętrza.
- Najpierw mi to wytłumaczysz - zarządził, nie spuszczając z niego wyczekującego spojrzenia.
Podkuliłam jedną nogę pod tyłek i z zaciekawieniem oglądałam całą scenę, ciesząc się, że mnie to nie dotyczyło.
Żaden z nich nie ruszył się z miejsca. Oboje milczeli. Dlaczego musiałam być świadkiem całej tej sceny? Wolałabym wstać i poczekać na koniec w salonie, ale bałam się ruszyć z miejsca. Tę atmosferę, która wypełniała pokój można by spokojnie kroić nożem...
- Kto to wysłał? - zaczął, starając się zachować spokojny ton głosu.
- Daj spokój, to nic takiego...
- Nic takiego?! Zdajesz sobie sprawę na co ją naraziłeś?! - krzyknął, a ja aż cofnęłam odruchowo głowę - Jak mam cię traktować jak dorosłego, skoro robisz tak idiotyczne rzeczy?! - nie odpowiadał - Emma, spakuj się.
- Słucham? - szepnęłam i uchyliłam ze zdziwienia usta, przyglądając się jego reakcji.
- Nie rób z tego problemu! - wtrącił się Sahib.
- Komu powiedziałeś prawdę? - pytał, a ja jeszcze bardziej zesztywniałam, kiedy tylko to usłyszałam.
To ile do jasnej cholery było tych prawd?! Inna dla mnie, inna dla nich, jeszcze inna dla świata? O co tu w końcu chodziło?! Ta niewiedza wykańczała mnie najbardziej. Każdego dnia dowiadywałam się czegoś nowego, całkowicie sprzecznego z resztą informacji, liczyłam na to, że w końcu dowiedziałam się wszystkiego, a tutaj...
- Nie potrafisz trzymać gęby na kłódkę?! Ile ty masz lat? Dwanaście?! - przetarł dłonią czoło - Dobrze wiesz, że jeśli to wyjdzie...
- Nie wyjdzie, jasne? - zapewnił, wchodząc wujowi w pół słowa - Załatwię to. Nic się nie stanie, nie masz o co robić awantury.
- Przynieś walizki Emmie - powiedział siląc się na spokój i biorąc kilka głębszych wdechów.
- Powiedziałem, że...
- Nic mnie to nie obchodzi! Sprawy zaszły za daleko, rano ją stąd zabieram.





- Powinnam zabrać wszystko? - spytałam, stojąc przed otwartą szafą, kiedy tylko usłyszałam, że ktoś wszedł do pokoju.
- Ile zmieścisz - sprostował Artan, podchodząc w moją stronę.
Obróciłam się w stronę łóżka i przysuwając do siebie uchyloną walizkę, zaczęłam wkładać do niej wybrane przez siebie buty. Mężczyzna przyglądał się moim poczynaniom, ale nawet z początku się nie odzywał. Usiadł w fotelu.
Zmieściłam w niej około dwudziestu zestawów. Była naprawdę spora i zostało trochę miejsca na kosmetyki, które planowałam zgarnąć rano. Tą mniejszą, która leżała teraz pod ścianą wypchałam do końca dodatkami, swetrami, bielizną i całą, całą resztą. Starałam się ignorować jego obecność, ale nie było łatwo. Cały czas czułam na sobie ciężkie spojrzenie.
- Gryzie cię ta cała sprawa, tak? - spytał, nawet nie czekając aż się odezwę - Oczywiście, że tak... - stwierdził uśmiechając się smutno dosłownie przez sekundę - Też nie jestem zachwycony tym wszystkim.
Milczałam. Głównie dlatego, że po prostu nie miałam pojęcia co powinnam odpowiedzieć. To chyba jasne, że teraz wszystko waliło mi się w głowie i nie wiedziałam już co jest prawdą, a co wersją dla przykrywki. Nie miałam pojęcia jak powinnam reagować.
- Mogę zapytać, dokąd wyjeżdżam? - nie podniosłam wzroku z bagażu.
- Do rana zostało kilka godzin, wydaje mi się, że wytrzymasz - pokiwałam tylko głową na jego odpowiedź - Pomogę ci - wstał i przytrzymał walizkę, żeby łatwiej było mi ją zamknąć.
Niedługo miała wybić północ, a mój zegar naścienny bezlitośnie mi o tym przypominał. Kiedy tylko zdążyłam przyzwyczaić się do tych murów, każą mi je opuszczać. Znów w niewiadomą...
Gdzie miałam teraz być? Gdzie miałam się znaleźć? Na jak długo? Do czasu ślubu? Pierwszego dziecka? A może cały ten plan też był kłamstwem, które miało mnie pogrążyć w bólu? Co jest więc prawdziwym planem, na moje życie?
- Nie denerwuj się - poczułam dłoń w okolicach prawej skroni.
Znów cisza.
Nie mogłam wykrztusić z siebie słowa, bałam się, że jeśli wejdę w jakiś temat nie wytrzymam i zacznę histeryzować, albo wpadnę w panikę. Wolałam trzymać się na krótkiej smyczy.
- Nie myśl, że każę ci płacić za jego błąd - zniżył głos, robiąc jeszcze pół kroku w moją stronę - Tak będzie dla wszystkich lepiej. Przede wszystkim dla ciebie.
Wzięłam głębszy oddech i chwytając walizkę, odłożyłam ją pod okna. Musiałam się odsunąć, bo robiło się dużo bardziej niezręcznie niż zazwyczaj.
Wiedziałam, jak to mogło z boku wyglądać. Najpierw jesteśmy blisko, potem się oddalamy, znów blisko i jeszcze bliżej po czym znów dzieli nas jakaś przepaść. Miałam w głowie barierę, która tylko czasami się otwierała i pozwalała mi na trochę więcej odwagi.
- Nie chcesz wiedzieć, co mogłoby ci się stać gdybyś tu została, a o całej sytuacji dowiedziałyby się osoby niepożądane. Ja nie robię tego, żeby utrudnić ci życie.
- Rozumiem - odpowiedziałam krótko, siadając na łóżku i opuszczając troszkę głowę.
- Zaczniesz normalnie ze mną rozmawiać? Przecież ja chcę ci pomóc.
- Przepraszam... - wydukałam, spoglądając na niego wreszcie - Chciałabym, żeby już wszystko się uspokoiło.
- Niedługo wszystko wróci do normy - przysiadł się - Musisz być cierpliwa - znowu poczułam jego palce na swoim karku.
- Z natury jestem dynamicznym nerwusem - uśmiechnęłam się - po prostu dobrze się ukrywam. Tłumię w sobie wszystko, jaka jestem, czego chcę... - był teraz zdecydowanie za blisko.
- Więc pokaż mi prawdziwą Emmę.
Uniosłam głowę i trafiłam wargami w jego usta, czując gdzieś w talii jego mocny uścisk, a łagodną dłoń wysoko na udzie.
- Ja już nie pamiętam kim ona jest.





__________________________
Z długością nie wyszło niestety ;) Ale liczę na to, że was zaskoczyłam. W nocy wyjeżdżam, pora zacząć się pakować.
Co do nowego roku... Zróbcie listę postanowień! :D I życzę wam, żebyście się ich trzymały. Poza tym tradycyjnie - aby ten rok 2013 był dużo lepszy, wielu sukcesów, mało stresu, zdrowia, pogody ducha, samych szczęśliwych chwil i w ogóle czego sobie zapragniecie, żebyście realizowały ;)!
To tyle ode mnie, dodam jeszcze coś o blogu - niedługo koniec.
Pozdrawiam i do zobaczenia w nowym roku! (stawiam na środę, ale najpóźniej rozdział pojawi się w czwartek, chociaż niewykluczone, że odrobinę wcześniej, ale ja nic nie obiecuję! :P)

środa, 26 grudnia 2012

24: Już wiem kim naprawdę jesteś. I wcale mnie to nie odrzuca. (2/3)

Siedziałam po turecku na tym łóżku i łzy spływały mi po policzkach, że znowu po raz kolejny coś udało mi się porządnie spieprzyć. Obwiniałam się, mogłam być dużo ostrożniejsza, a nie tak ufnie podchodzić do każdego, kto jest dla mnie miły. Słyszałam tę kłótnie będąc nawet piętro wyżej. Ściskałam w dłoniach materiał cienkiej kołdry i zaciskałam powieki, kiedy tylko któryś z nich krzyknął jeszcze głośniej. Nic nie rozumiałam, ale to wcale mi nie przeszkadzało w znalezieniu się w grobowym klimacie, który mi serwowano. Było źle.
Kiedy głosy w końcu ucichły wstałam i skierowałam się do łazienki. Przemyłam wodą twarz i dokładnie ją wytarłam, żeby przypadkiem żadne czerwone ślady na niej nie zostały. Patrzyłam się bezmyślnie we własne odbicie i w końcu byłam pewna, że już ani trochę nie byłam sobą.
Nowa Emma była moim przeciwieństwem. Cały czas była przygnębiona i smutna, obecna jedynie ciałem, bo jej dusza i serce pozostały w dawnym kraju. Nie potrafiła się tutaj odnaleźć, nie pogodziła się do tej pory z losem jaki ją spotkał. Nie umiała zrozumieć, dlaczego właśnie ona została wyrwana ze swojej bajki, dlaczego to właśnie ona została skazana na nieszczęście.
Nie dość, że była zamknięta w tym przeklętym domu, świat nie oszczędzał jej nawet poza tymi murami. Starała się nie rozpamiętywać tej felernej nocy, do której wrócił lekarz przy rozmowie o jej wynikach. Nie widziała w swojej przyszłości nic, co mogłoby znaczyć dla niej dobro. Jej życie było dokładnie zaplanowane, wszystko działo się za jej plecami, jej cierpienia nie były tu priorytetem o ile w ogóle cokolwiek znaczyły, bo nie wykluczała, że to wszystko jest jedną wielką grą, która zakończy się pewnego słonecznego dnia i dowie się do czego naprawdę była tutaj potrzebna. Zapewniano ją, że wyznaczone dla niej małżeństwo wcale jej nie uwiązuje, jednak czy było to rzeczywiście prawdą? Była niemal pewna, że wszystko to było bezdusznym kłamstwem.
Makijaż z jej twarzy już zszedł. Przeczesała dłonią włosy i ułożyła je dokładnie tak, jak robiła to wcześniej. Nawet wyglądem obie dziewczyny tak bardzo się różniły.
Obecna tutaj blondynka była dużo dojrzalsza, poważniejsza, dorosła. Znikły z jej oczu iskierki dziecka, które zawsze można było u niej zobaczyć. Nie było śladu uśmiechu, możliwe nawet, że zapomniała jak to jest śmiać się szczerze, być sobą, wygłupiać się, kochać. Nic z tego nie czuła, pustka ogarnęła całe jej ciało i umysł. To był koniec starego życia. I właśnie teraz dostrzegła to jako rzecz całkowicie pewną.
Nie wyobrażała sobie, że już zawsze będzie tak żyć, że nie będzie opuszczać tego miejsca, chyba że pod okiem, któregoś z mieszkających tu mężczyzn, a raczej dopóki ona i Sahib nie opuszczą tego domu. Im szybciej pogodzi się z całą tą chorą sytuacją tym lepiej dla niej. Życie w złudzeniach zawsze prowadzi donikąd.
Ciekawe jak tam teraz jest... Różnica czasu około dziewięciu godzin. Ciekawe czy Tina, jej przyjaciółka właśnie siedzi nad stertą książek jak to obie miały w zwyczaju i nadganiała materiał, kiedy całe popołudnia zabierały jej treningi. Niedługo rozpocznie się sezon zimowy, więc trener na pewno ich nie oszczędzał. Kogo dali na moje miejsce? Abby? Danielle? Isis? Ciekawe jak zareagował Mike, kiedy nagle zniknęłam z jego ganku i nie wróciłam przez następne dwa miesiące. Co by było gdyby ze mną został na zewnątrz? Gdyby nie zapomniał tego pieprzonego telefonu może do niczego takiego by nie doszło, może teraz i ja patrzyłabym przez okno jak pada śnieg, siedziałabym w swoim starym fotelu z nogami na rozgrzanym kaloryferze, przykryta kocem i oglądająca stare filmy mojej mamy. Położyłabym się późno, wstając prędko w sobotni poranek i prosząc Dianah, żeby odwiozła mnie na trening.
Dianah... A co z nią? Czy czuje się winna całego zajścia? Czy pomyślała o mnie chociaż raz od momentu wyjazdu, czy może cieszy się w duchu, że pozbyła się jednego z wielu problemów spędzając urlop gdzieś na Karaibach razem z moim pieprzonym tatusiem.
Nie modliłam się już dawno. Chyba już nie potrafiłam tego robić. Nawet przestało mi już tak bardzo brakować mamy, przywykłam, że czeka na mnie w innym miejscu. Pewnie trzyma za mnie kciuki i liczy na to, że się nie poddam. Tyle że już za późno.
Nie miałam tutaj szans. Nieważne ile buntowałabym się przeciw tym wszystkim zasadom to i tak nie wygram. Byłam za słaba, za mała, za bardzo nieważna.
Artan złamał pierwszą zasadę, jaka pozwalała mi czuć się tu bezpiecznie. Nie zapukał, po prostu szarpnął za klamkę i wszedł do środka, choć obiecywał mi chociaż tę namiastkę prywatności. Wcale mnie to natomiast nie zabolało, byłam w wystarczająco podłym nastroju, żeby czymkolwiek się teraz przejąć.
Drzwi do łazienki zostawiłam otwarte. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy nie ujrzałam w nich mężczyzny.





Artan wszedł prędko po schodach na górę i zamknął się w gabinecie, rzucając gdzieś na podłogę czarną marynarkę. Zmierzwił dłonią włosy i oparł ręce na biurku, spuszczając na chwilę głowę w dół. Wziął kilka głębszych wdechów i omiótł wzrokiem wszystko, co leżało na drewnianej ladzie. 
Jego wzrok przykuła niewielka, biała koperta. Był przyzwyczajony, że wszystko czego nie otrzymuje drogą elektroniczną były dokumenty z pracy, ewentualnie coś do Sahiba, ale to natomiast zawsze trafiało do jego pokoju. Martha musiała domyślić się, że lepiej zanieść to tutaj.
Sięgnął po to. Przyjrzał się adresowi, ale nie znalazł nadawcy listu, był zaznaczony jedynie adresat. Emma Chaled. 
Nie zdziwiło go błędne nazwisko, w końcu nikt poza nim nie znał jej prawdziwego. Nawet kiedy meldował ją w tym domu użył właśnie tego. Wszystkie jej dokumenty były przerobione, nieprawdziwe, a on zapłacił za to naprawdę duże pieniądze. Wszystko wyglądało na legalne i tak naprawdę właśnie takie było. Prawdę znali tylko mieszkańcy tego domu.
Bez wahania otworzył kopertę i wyjął z niej małą kartkę. Wydrukowaną, zupełnie jak adres na kopercie. To go właśnie ciekawiło, kto miał prawo do niej pisać, kto w ogóle miał do tego powód.
"GHB to dopiero początek, malutka. Mówiłam ci, że tego pożałujesz."






- Nie myśl przypadkiem, że przysłał mnie tu Artan - zaczął chłopak, siadając w końcu w fotelu dokładnie na przeciwko mnie.
Nie odpowiedziałam. Utkwiłam w nim zmęczony wzrok i pozwoliłam mówić dalej, a raczej tłumaczyć się ze swojego błędu jak zdążyłam się domyśleć. Był zestresowany, nie wiedział od czego powinien zacząć. Kręcił się po jej pokoju dobre dziesięć minut zanim odważył się odezwać. Byłam cierpliwa.
- Nawet nie wiesz jak podle się czuje. O wszystkim już wiem. - podniósł wzrok - Domyśliłem się tego, kiedy Chris znalazł cię z tym... - ugryzł się w język - Ale jakoś to do mnie nie docierało. Wmawiałem sobie, że sama tego chciałaś, a to, że trochę wypiłaś tylko ci w tym pomogło.
- Rozumiem - wtrąciłam się, nie chcąc dalej słuchać jego wywodu.
To było ostatnim na co miałam ochotę. Znowu wałkować ten temat. Było więcej niż pewne, że kiedy mężczyzna stanie ze mną twarzą w twarz znów będę musiała to drążyć. Niezwykle męczące.
- Rano - olał moją odpowiedź - możesz mi wierzyć, ale wcale nie wyglądałaś na podłamaną, miałem nadzieję, że tego nie pamiętasz. To co teraz ci powiem może wydawać się okrutne, ale dla mnie było nawet lepiej, że miałaś pustkę w głowie. Liczyłem na to, że Artan nigdy się o tym nie dowie, a ja nie będę miał tylu problemów, co teraz. Nie obeszło mnie to, że ten chuj mógł ci coś zrobić, to Chris w końcu przemówił mi do rozsądku, kiedy poszłaś już do siebie.
- Nie mam ci tego za złe - odpowiedziałam nieszczerze - Przywykłam, że każdy dba tylko o swój tyłek. Spokojnie, nie mam trzech lat, żeby wierzyć w dobro i bezinteresowność ludzi na świecie.
- Nie owijajmy w bawełnę, tylko rozmawiajmy szczerze - zarządził - Ile można bawić się w kotka i myszkę i gadać o rzeczach, o których nie ma się pojęcia. - zmarszczyłam czoło, bo nie miałam pojęcia o co mu chodziło - Dobrze wiesz, czemu tak naprawdę tutaj jesteś. Miałaś zostać moją żoną, pomóc w mojej karierze i stać przy moim boku. Nie zdążyłem cię jeszcze tak naprawdę poznać, ale kiedy zobaczyłem ciebie i Artana wtedy w ogrodzie wszystko we mnie wybuchło. Nie taka była w końcu umowa. Dlatego podpuściłem cię, żebyś zgodziła się na propozycje Chrisa i wcale się nie obwiniałem, za to, że wyraźnie się nudzisz i szukasz rozrywek z jakimś podejrzanym facetem.
Nie wiedzieć czemu to we mnie uderzyło... Patrzyli na mnie jak na coś co można kupić i przeznaczyć. Fakt, wiedziałam o tym wcześniej, nawet dużo o tym myślałam, ale kiedy usłyszałam to od któregoś z nich to...
- Dlatego cię przepraszam - odezwał się znów - Za wszystko. Za to jak potraktowałem cię pierwszego dnia i za to co musiałaś znosić wczoraj.
- Nie musisz... - szepnęłam, spuszczając wzrok na swoje kolana.
- Co to jest?! - do pokoju nagle wpadł Artan, rzucając w stronę chłopaka jakąś kartkę papieru.




________________________________
Ale mi wstyd za poprzedni rozdział :( Dlatego macie dzisiaj taki! Trochę dłuższy, bo miałam wyrzuty sumienia :( następny w piątek, ale będzie dużo dużo dłuższy, bo kolejny będzie dopiero w nowym roku (wyjeżdżam) :(
Pozdrawiam :*

wtorek, 25 grudnia 2012

24: Już wiem kim naprawdę jesteś. I wcale mnie to nie odrzuca. (1/3)


- Emma, musisz się nam do czegoś przyznać – zaczął wymijająco lekarz, a Artan wsłuchał się w jego słowa.
Spięłam się, bo nie miałam pojęcia o co może chodzić. Zabrzmiało strasznie, jakbym popełniła Bóg wie jakie przestępstwo skarżąc się na ból. Wyczekująco patrzył w moją stronę, a ja za wszelką cenę starałam się wytrzymać ten kontakt.
Nagle się wyprostowałam i myślałam o oddechu, nie mogłam się tego pozbyć, miałam wrażenie, że jeśli zajmę myśli czymś innym uduszę się...
- Od jak dawna zażywasz narkotyki? - zapytał, zbierając w sobie chyba całą swoją odwagę.
Artan otworzył szerzej oczy i oparł się z małym impetem o krzesło. Nie spojrzał na mnie, ale widziałam, że ściskał wargi i zmarszczył czoło.
Coś się we mnie złamało. Nie mógł wyssać sobie tego pytania z palca. Coś musiało być na rzeczy, a ja nie miałam pojęcia co. Te jasne barwy ścian w sekundę zaczęły mnie dołować i stawały się jakieś takie nachalne. Wszystko właziło mi do oczu, drażniło mnie, a ja nie potrafiłam nad tym zapanować.
- Nigdy tego nie robiłam, przysięgam – położyłam dłoń na klatce piersiowej i nie spuszczałam wzroku z nadal nie zmieniającej się twarzy lekarza.
- W twojej krwi znaleźliśmy ślady morfiny bądź kodeiny. W twojej historii medycznej nie ma żadnej wzmianki o użyciu przez jakąkolwiek służbę zdrowia, którejś z tych substancji, więc omijanie tematu nic tu nie da, a im dłużej będziemy z tym zwlekać może okazać się, że twój stan się pogorszy. Tym bardziej, że na dzień dzisiejszy nie potrafię stwierdzić co ci jest.
- Naprawdę! Nigdy niczego nie brałam! - nie kryłam już swojego zdenerwowania, ale po chwili zrobiło mi się głupio, więc ściszyłam głos – Nie mogłam. Co roku robiono mi badania na obecność narkotyków. Nie mogłam sobie na to pozwolić jeśli nie chciałam, żeby ominęły mnie zawody, albo co gorsza wyrzucili mnie z klubu pływackiego.
Przekręcił głową. Zagryzł na chwilę dolną wargę i wrócił do czytania jakiejś dokumentacji, a ja znowu się odezwałam.
- Boże... - skomentowałam szeptem – Wiem.
Artan spojrzał na mnie uważnie, a sekundę później doktor poszedł w jego ślady.
- To... Jest możliwe. - wydukałam jeszcze.
Nie byłam pewna, czy dobrze robiłam mówiąc o całej tej sytuacji. Nie dość, że szkodziłam sobie to prawdopodobnie także Sahibowi, który najzwyczajniej w świecie mnie nie dopilnował. Wstyd mi było przyznać się do tego, że niemal nic z tego wieczoru nie zapamiętałam...
- Mów – powiedział stanowczo mężczyzna.
Nie odmawiałam.
- Wczoraj byłam na imprezie – zaczęłam, unikając wzroku Artana – Poznałam tam jakiegoś faceta. Spędziłam z nim część wieczoru, później... No właśnie później nic nie pamiętam. - przyznałam ciszej - Nie byłam pijana – sprostowałam od razu.
Obaj mężczyźni wymienili porozumiewawcze spojrzenia, lekarz odpowiedział bezgłośnie, jednowyrazowo na pytanie mężczyzny. Zdecydowanie nie po angielsku.
- Sprawa rozwiązana. - odezwał się internista – GHB albo flunitrazepam. Mają ten sam składnik, który u Ciebie wykryto – wyjął coś z szuflady i zaczął pisać na kartce – Dam ci lek przeciwbólowy w razie kolejnych ataków – słuchałam go jedynie jednym uchem.
Pigułka gwałtu?!








Cała droga minęła nam w milczeniu. Artan nawet oddychał bezgłośnie, co jeszcze bardziej mnie dołowało. Miałam ochotę się rozpłakać, a co jeśli tamtej nocy do czegoś między nami doszło? Ja nawet nie wiedziałam kim był ten mężczyzna, nie pamiętałam dokładnie jego imienia, a... To wszystko mnie przerażało.
Kiedy w końcu otworzył przede mną drzwi wejściowe do domu, chciałam o to wyjaśnić, ale on odezwał się jako pierwszy.
- Na górę – rozkazał, a mnie całkiem zatkało – I nie schodź stamtąd dopóki do ciebie nie przyjdę, jasne?
Był stanowczy, jak jeszcze nigdy. Przestraszyłam się, ale nie ruszyłam z miejsca.
- Słyszałaś? Na górę!




________________________________________________
Hehehehehehehehe, czwartek ;)
Krótko, bo święta, a ja ciągle mam gości, albo jestem w gościach itd.... I tak będzie aż do nowego roku, więc z góry przepraszam, za takie niedogodności, krótkie rozdziały itp. :(

Dwie pozostałe części będą długości normalnego rozdziału! :)

sobota, 22 grudnia 2012

23: Nie zawsze musi być spektakularnie, zły czas może przyjąć najróżniejsze formy.

- Nic się nie dzieje! - starałam się odpowiedzieć jak najnormalniejszym tonem.
Ale w rzeczywistości było tylko gorzej. Ból nie ustępował, paraliżował mnie. Usiadłam nadal naga na dnie prysznica, a jedna noga zwisała mi bezwładnie poza kabinę. Włosy przyklejały mi się do ramion i szyi, ale nie miałam siły by cokolwiek z nimi zrobić.
Parzyło mnie. Coś od środka zaczęło rwać, płonąć. Przyspieszył oddech, ledwo łapałam kolejne hausty powietrza. Zacisnęłam pięść. Boże, nigdy wcześniej nic takiego nie czułam.
Artan uderzał w drzwi, ale nie odpowiadałam. Z jednej strony ton mojego głosu na pewno by się załamał, ale z drugiej kiedy nie odpowiadałam na jego wołanie było to dużo bardziej stresujące. Dla obojga.
Kiedy oparłam głowę i pozwalałam sobie tylko na płytkie, wolne oddechy było lepiej. Chciałam tak trwać jeszcze kilka chwil, dopóki moje ciało się nie uspokoi, ale ktoś szarpnął mocno za klamkę.
Mało co do mnie docierało. Przeszywało mnie to okropne uczucie. Choć zaciskałam powieki mocno od pierwszego skurczu to nic mi nie dawało. Kiedy nareszcie je uchyliłam mężczyzna pytał co się dzieje.
 Klęknął obok mnie i chwytając mnie za rękę czekał na odpowiedź, której w końcu nie udzieliłam.
Wyciągnął telefon i zaczął jakąś rozmowę, z której nic, a nic nie rozumiałam...
Zaczęło przechodzić, naprawdę. Ból mijał i nawet zdążyłam poczuć zażenowanie całą tą sytuacją i krępację, mimo że widział mnie już taką. Patrzył tylko na moją twarz...
- Możesz wstać? - zrobił pół kroku w tył, nadal kucając.
Wyciągnął w moją stronę rękę.
- Tak, już w porządku - zapewniłam i podałam mu dłoń, wciąż jednak trzymając drugą na lewej kości biodrowej.
Natychmiast sięgnęłam po ręcznik. Nadal musiałam garbić się, żeby unikać tego kłucia, ale zdołałam bardzo szybko ciasno owinąć się materiałem. Podniosłam wzrok.
Wyglądał jak zawsze. Schludnie, elegancko i... drogo. Należał do ludzi, którzy po prostu muszą pokazywać swój stan konta za każdym razem, kiedy mają do czynienia z innym człowiekiem. Każdy musiał kojarzyć go z wyidealizowaniem, z doskonałością i profesjonalizmem. Profesjonalizm - prychnęłam w myślach - ja nawet nie wiedziałam czym się tak naprawdę zajmował.
- Dasz sobie radę? - dopytywał, przerywając mi cichą krytykę.
- Mówiłam, że już mi lepiej - przykleiłam na usta sztuczny uśmiech, który miał zadziałać jak odstraszacz.
Nie mogłam sobie pozwolić na niegrzeczne odpowiedzi. Kto wie jaka czekałaby mnie za to kara. Nikomu już nie ufałam. Wszyscy utożsamiali się w mojej głowie z chęcią wykorzystania.
- Mój przyjaciel jest bardzo dobrym lekarzem - zaczął poważnie, biorąc z podłogi butelkę szamponu, po którą się schylałam, a która musiała się tu znaleźć zaraz po tym incydencie -  Nie wyglądało to najlepiej.
- Wydaje mi się, że nie ma takiej potrzeby - zaczęłam się wybraniać.
Naprawdę nie miałam ochoty na taką akcję. To wydawało mi się nie na miejscu, Artan robił problem z powodu jednego upadku, zamiast dać mi spokój i pozwolić odpocząć. Gdybym na trochę się położyła byłoby lepiej, a cały ten problem zniknąłby razem z nadejściem kolejnego poranka.
- Ile czasu potrzebujesz? - pytał twardo, nie spuszczając ze mnie wyczekującego spojrzenia.
Przegrałam.
- Za piętnaście minut będę gotowa.





Czas leciał wolniej niż się spodziewałam. Stałam sztywno przed lustrem i gapiłam się na swoje odbicie zupełnie pustym spojrzeniem. Jasne włosy nie do końca były ułożone, chociaż nie wyglądały tragicznie. Sukienka sięgała kolan, zamek z tyłu był idealnie zapięty. Nie byłam tą samą Emmą. Zdecydowanie.
Kiedy tylko do moich uszu dotarło pukanie, otworzyłam drewniane drzwi i wszyłam z mężczyzną do holu. Naprawdę nie chciałam być w żaden sposób oschła czy nieprzyjemna, ale głupotą dla mnie była ta wizyta. Nie odzywałam się, nie licząc tych zdawkowych odpowiedzi typu "tak", "nie", "w porządku". Kiedy zatrzasnęły się za nami drzwi domu zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę będę miała okazje zobaczyć okolicę w ciągu dnia. Wyglądała całkiem inaczej tak... pusto. Choć sąsiedztwo mało co odstawało od wyglądu domu, w którym mieszkałam i mimo tej całej otoczki zieleni i bogactwa było tu... szaro, pospolicie. Gdzie ten świat, który tak podziwiałam zza szyby czarnej limuzyny?
Artan miał samochód. MIAŁ raczej powinnam powiedzieć.
Nie miałam pojęcia co to za model, marka... Był wielki, przestronny, czarny z połyskiem granatu. Terenowy jak się domyślałam. Niedbale zaparkowany przed drzwiami.
Wokół było tak idealnie. Skórzana tapicerka, czyste wnętrze, idealnie zadbane szyby i przyjemny zapach. Kiedy usiadłam w fotelu, porównałam go ze swoim łóżkiem, genialne uczucie.
Kiedy ruszyliśmy nie mogłam oderwać nosa od szyby. Te wysokie budynki i pojedyncze ogromne kaktusy posadzone gdzieniegdzie robiły na mnie naprawdę duże wrażenie. Chociaż w Edmonton też takowych nie brakowało tutaj wszystko miało swój własny, oryginalny klimat. Hermetycznie zamknięta innowacyjność.
- Jesteśmy na miejscu - poinformował, zwalniając i wjeżdżając na podjazd tuż przed wejściem do budynku.
Cztery piętra, jedna ściana budynku całkowicie przeszklona. Mężczyzna otworzył mi drzwi i mogłam przyjrzeć się temu wszystkiemu...
Nie był to szpital, zdecydowanie za mały. Wielkością był porównywalny do obszaru małej szkoły podstawowej.
Weszliśmy do środka. Artan od razu pokierował mnie w stronę recepcji. Wszędzie było zielonkawo, różne odcienie, doskonale do siebie pasujące. Białe meble, kilka kanap, jedna ogromna lampa i kilkoro ludzi pokroju mojego towarzysza.
Kobieta za ladą wzięła w dłoń telefon i z kimś rozmawiała uśmiechając się do nas sztucznie. Perfekcyjnie wyprasowana, biała koszula, która najzwyczajniej w świcie nie miała prawa nawet lekko ugiąć się w którąkolwiek stronę. Włosy związane w pozornie niedbałego koka, ale żaden kosmyk czy włosek nie odstawał w niepożądanym miejscu. Delikatny makijaż i naturalny kolor paznokci...
- Zapraszam - powiedziała stosując ku mojemu zdziwieniu angielszczyznę.
Wstała z obrotowego fotela i poprowadziła nad kilka drzwi dalej, otwierając je na całą szerokość.
- Emma, prawda? - usłyszałam od razu.
Średniego wzrostu mężczyzna podchodził właśnie do mnie i podał dłoń w geście powitania. Od razu odwzajemniłam ten gest oceniając w myślach, że musiał być w wieku Artana, ewentualnie dwa, trzy lata starszy. Jego strój mnie odrzucał. Miał na sobie jasnoniebieski fartuch, którego nie zapiął i mogłam widzieć co ma na sobie. Chyba nie musiałam mówić, że widok garnituru mnie nie zaskoczył.
- Proszę - wskazał mi miejsce naprzeciw swojego biurka.
Dopiero teraz zauważyłam, że Artana nie ma ze mną tu w środku. Trochę się spięłam, ale odpowiedziałam zajmując krzesło.
Cały ten gabinet wcale nie różnił się od tych jakie odwiedzałam w kanadzie. Był niewielki. Było tutaj tylko biurko, regał z książkami i kilka półek z medykamentami, zajrzałam na otwarte drzwi obok i już wiedziałam, że to tylko połowa jego miejsca pracy.
- Co się dzieje? - pytał z przejęciem patrząc w moją stronę, miałam wrażenie, że gapił się na moje włosy.
- Właściwie nic - skomentowałam prędko - Po prostu złapał mnie skurcz...
- Jaki skurcz? - dopytywał.
- W okolicach bioder. Rano, kiedy próbowałam podnieść się z łóżka, później jak wychodziłam spod prysznica. Za drugim razem było gorzej, nie mogłam się ruszyć, miałam też problem z oddychaniem przez kilka chwil - sama się sobie dziwiłam, że tak się tutaj otworzyłam - Uspokoiłam się i przeszło. Od tamtej pory nic.
Zmarszczył brwi kiedy skończyłam mówić i spojrzał w dokumenty.
- Operacja wyrostka... - śledził wzrokiem jakiś tekst na papierze - Nie zdarzały Ci się wcześniej takie powikłania?
Skąd on do cholery miał dokumentacje mojego lekarza w Kanadzie?!
- Nie... - odpowiedziałam niepewnie - To po drugiej stronie.
- Zapraszam do pomieszczenia obok - wstał wskazując mi drzwi, które już zdążyłam zbadać wzrokiem.
Ruszyłam za nim biorąc głęboki oddech. Kazał mi usiąść na kozetce, a sam zajął się czymś przy komputerze tuż obok.
Patrzyłam bezsensownie w sufit. Zawsze mnie to krępowało, to czekanie.
Był biały. Cały ten pokój był biało-niebieski. Całkiem sporo było tych urządzeń jak na gabinet lekarza rodzinnego lub internisty, bo kimś takim na pewno był.
Ktoś wszedł do środka.
- Pielęgniarka za chwilę pobierze ci krew, zrobimy badanie USG, a zaraz po nim otrzymamy wyniki, dobrze?
Pokiwałam tylko głową.
USG? Spojrzałam na swój ubiór. Świetnie, będę świecić gołym tyłkiem zupełnie bez potrzeby, że też o tym nie pomyślałam, wkładając dzisiaj sukienkę...






- Doobrze.... - przeciągnął wlewając mi na brzuch ten zimny żel.
Widział, że się krępowałam, więc położył mi na udach coś w rodzaju ręcznika. Od razu się rozluźniłam. Zaczął sunąć tym śmiesznym urządzeniem nisko po moim brzuchu, tuż przy kości biodrowej.
Próbowałam coś wyczytać z jego miny jednak był bardzo skupiony. Przymykał co chwilę oczy, żeby później je szeroko otworzyć i przyglądać się monitorowi z niedowierzaniem. Może źle odczytywałam te jego gesty, ale to wszystko mi się skumulowało i zaczęłam się bać, że jest tam coś czego w żadnym razie być nie powinno.
Sięgnął ręką na półkę i biorąc kilka kawałków papierowego ręcznika wytarł ze mnie pierwszą warstwę tej galarety. Później musiałam radzić sobie sama.
Wyszedł na chwilę, a ja próbowałam uspokajać oddech. Czy faktycznie było tam to, co podejrzewałam od samego rana..?
- Wciąż jesteś niepełnoletnia, dlatego muszę o tym mówić przy Artanie - ni stąd ni zowąd znów się pojawił i całą trójką przeszliśmy do części z tym masywnym biurkiem - Nie denerwujmy się na zapas, ale Twoje wyniki nie są dobre.




__________
Wtorek/Środa zależy co wymyśli moja rodzina :D Teraz już wiem co chcę zawrzeć w kolejnych rozdziałach także... :))
A z okazji Świąt, które już w poniedziałek życzę wam wszystkiego, wszystkiego najlepszego. Wiem, że to takie oklepane, więc dopowiem coś od siebie.
Życzę wam chęci. Do wszystkiego. Do nauki, do rozwijania pasji, do szukania samego siebie gdzieś w tym całym zgiełku, który nas dopada. Żebyście znaleźli własne "ja" mimo tych wszystkich przeciwności i kłód, jakie rzuca wam pod nogi los. Żeby ten dzień nie był zwykłą kolacją podczas której wasze żołądki mieszczą zapasy na trzy dni. Życzę wam też umiejętności wyciągania wniosków ze swoich błędów, żeby nie bolało was wchodzenie do tej samej rzeki, żebyście pokochali to jakimi jesteście i jacy są wasi bliscy. Żebyście doceniali to, co dostajecie, bo wcale nie tak trudno o zatracenie wszystkiego co dobre. Nie odkładajcie na boki tego, co uwielbiacie, nie możecie zniechęcać się krytyką. Nauczcie się brać z niej zawsze to co dobre, a to co złe zapamiętać i starać się być kimś lepszym. Dążcie do celu, czasem warto wybrać tę bardziej krętą drogę i przeżyć coś więcej niż się spodziewaliście. Nie bójcie się zmian.
Poza tym dużo zdrowia, szczęścia, powodzenia i dobrego nastawienia. No i żeby świąteczne żarcie poszło w cycki :*
Kocham Was. Dziękuję, że dzięki wam mogę się tu spełniać chociaż odrobinę :P

piątek, 21 grudnia 2012

22: Konsekwencje własnej nieodpowiedzialności to dla mnie chleb powszedni.

Nie mogłam opanować zawrotów głowy. Było jeszcze gorzej, kiedy zamykałam oczy, nie miałam pojęcia co robić. Nie potrafiłam się odnaleźć, jedyne czego byłam pewna to mężczyzna, którego czułam na całym ciele.
Jego ręka zacisnęła się na moim lewym pośladku, a koło ucha słyszałam jego ciężki oddech, jak się tu znalazłam?
- Musisz mnie zostawić - szepnęłam, bo nagle opadła ze mnie cała energia, nie miałam nawet siły go odepchnąć, dlatego tylko położyłam dłoń na jego ramieniu.
- Wcale nie muszę - gdzieś przemknął mi jego uśmiech.
Zaczęła boleć mnie głowa i zrobiło mi się niedobrze. Odchylałam się do tyłu, uderzając głową niemal w lustro, Kamal pociągnął mnie w swoją stronę.
Wydawało mi się, że ktoś otworzył drzwi, ale nie miałam żadnej pewności. Nie miałam już siły nawet uchylić powiek, zbierało mi się na wymioty...
Odkleił się ode mnie tylko na chwilę, by w końcu złapać mnie w talii i gdzieś poprowadzić. Oparł mnie o ścianę jednej z kabin i zatrzasnął za sobą drzwi, układając dłonie na moich biodrach.
Nawet nie byłam w stanie oddawać jego pocałunków. Ciężko oddychałam i gdyby mnie uparcie nie trzymał to zapewne zsunęłabym się na podłogę. To nie była wina alkoholu. To nie było możliwe.
Wsunął rękę pod moją sukienkę nawlekając na palce materiał bielizny. Kolana mi się uginały i teraz dałabym sobie rękę uciąć, że ktoś otworzył drzwi.
Kamal nic sobie jednak z tego nie robił, podwinął koniec sukienki i...
Ktoś zapukał.
Sekundę później zaczął się dobijać.
Drzwi otwarły się już nawet nie widziałam kiedy. W każdym razie kiedy poczułam, że już nikt ani nic mnie nie obejmuje osunęłam się po ścianie na podłogę i uśmiechnęłam sama nie wiedziałam dlaczego.
Słyszałam jakiś kobiecy krzyk i męskie głosy, ale nic nie byłam w stanie zrozumieć. To chyba nie był angielski...




Do tej pory nawet nie zdawałam sobie sprawy, że kogoś ze snu potrafi wybudzić... smród. Leżałam na miękkim łóżku i czułam od siebie odór alkoholu. Choć nie miałam siły, żeby podnieść się z miejsca, musiałam bo zaczynałam oddychać przez usta. Ja po prostu nie byłam przyzwyczajona.
- Żyjesz? - usłyszałam przed sobą, więc otworzyłam w końcu oczy.
- Możesz się zamknąć?! - to natomiast wyczułam tuż za uchem...
Odwróciłam głowę wciąż nie zrywając się z materaca. Chris leżał obok z ręką, zasłaniającą twarz. Ciężko oddychał i najwyraźniej był czymś zdenerwowany... Ewentualnie niewyspany.
Rozejrzałam się wokół trochę nieprzytomnie i doszłam do wniosku, że nie byłam w swoim pokoju. Sahib coś tam gadał po swoim języku, a blondyn tylko wypuszczał z płuc powietrze, żeby się uspokoić.
- Śmierdzi tu kacem - stwierdził w końcu.
- Gdzie jesteśmy? - pytałam powoli odzyskując przytomność.
- Swojego podwórka nie poznajesz?
W głowie miałam właśnie dość ciekawy wybór. Albo sturlać się z łóżka na ten szary dywan, albo zmęczyć się trzy razy bardziej i zejść jak normalny człowiek. Musiałam sprawdzić czy mówi prawdę. Zgięłam się i poczułam nagłe ukłucie bólu gdzieś w biodrze. Wstrzymałam oddech i przymknęłam powieki bezwiednie.
Zdążyłam zobaczyć jeszcze, że Sahib podnosi wzrok i poczułam ugięcie materaca, co znaczyło, że Chris także się tym zainteresował.
- W porządku? - zapytał któryś z nich.
- Tak... - zapewniłam nie ruszając się jeszcze z miejsca.
- Pamiętasz coś z wczoraj?
- Trochę...
Nagle stukanie do drzwi.
Mocniejsze.
Artan.
- Sahib! - chłopak spojrzał na mnie, a ja nic nie byłam w stanie zrobić.
Zebrałam całą swoją siłę i ignorując ból robiłam wszystko, żeby stanąć przy nim, kiedy otworzy drzwi.
Artan był wściekły. Naprawdę nie widziałam go jeszcze w takim stanie. Podniósł głos na chłopaka, a ja w chwilę po tym stanęłam przy jego boku.
Wyminęłam obu bez słowa i poszłam do siebie.
A więc to pomieszczenie to pokój chłopaka. Wstyd się przyznać, ale nie miałam pojęcia gdzie on w domu się znajduje a byłam to już kilka tygodni. Nawet mnie to specjalnie nie interesowało, wiedziałam jedynie, że sypialnia starszego mężczyzny znajdowała się na tym półpiętrze.
Gorący prysznic mnie uspokoił, a kiedy tylko moja noga ułożyła się na kafelkach znowu się zaczęło. Dużo silniejszy ból, nie mogłam powstrzymać krzyku, który nie wiadomo kiedy rozbrzmiał chyba na cały dom.
- Emma?! - kilka sekund po tym, słyszałam jak Artan otwierał drzwi.



_______
Naprawdę miałam dodać wczoraj, ale zacięłam się po pierwszej scenie :(((. Dziś ubieranie choinki i robienie ciast... A u was jak przygotowania do świąt? :)
Jeszcze życzeń nie składam, widzimy się w niedzielę! :*
PRZEPRASZAM, że tak krótko, ale rozumiecie mnie prawda? Ten zgiełk i w ogóle... Moja szkoła mnie nie oszczędza, ale mam weekend dla siebie więc obiecuje rozdział! Dłuższy! :) Mam nawet na niego pomysł, więc nie będzie opcji zacięcia ;)
+ Odpowiedziałam na pytania pod notką, Poznaj Bohaterów. :) Reszta bohaterów już niedługo

wtorek, 18 grudnia 2012

21: Zemsta jest dobrą oznaką tego, że ci zależy.

ZAKŁADKA "POZNAJ BOHATERÓW" ZAKTUALIZOWANA! CHOĆ NIE DO KOŃCA ;)



Stałam przy barze, bo żaden z moich towarzyszy nie raczył ruszyć tyłka z wygodnej skórzanej kanapy. Chris uświadomił mnie, że kupiłam alkohol tylko dlatego, że barmanka to jego koleżanka ze szkoły. Podobno problemy po zdemaskowaniu są dużo gorsze od tych amerykańskich, a zwłaszcza dla przedstawicieli rasy innej niż arabska, a jeśli do tego było się kobietą, to człowiek był skazany z góry na porażkę.
Ktoś usiadł koło mnie i gapiąc się na mój lewy profil jakąś dobrą minutę w końcu odezwał się niezrozumiale.
Ogarnęłam go kątem oka. Był sporo starszy ode mnie, spokojnie po dwudziestce, ale ja o dziwo nie czułam skrępowania. Zdecydowanie za długo mieszkam z Artanem...
- Cześć - odpowiedziałam podkreślając w jakim języku mówię.
I kiedy już miałam się odwracać, żeby wrócić do znajomych, chłopak znowu podniósł głos.
- Usiądziesz?
- Raczej nie - uniosłam obie ręce w górę, trzymając drinki.
- Twoi przyjaciele nie powinni się obrazić - uśmiechnął się łagodnie.
Przyjrzałam mu się. Już mnie nie dziwił widok lekkiego zarostu, gęstych i ciemnych brwi jak i włosów oraz psychicznego spojrzenia znanego wszystkim głównie ze stereotypów, ale byłam pewna, że w tym przypadku działał wyłącznie alkohol, w pobliżu nikt nie był w stanie wyczuć trzeźwego człowieka.
Chociaż...
Właściwie... Czemu nie? Zawsze lepsze to od siedzenia na dupie i błagania o uwagę, którą teraz poświęcali jakimś laskom, które postanowiły się dosiąść mimo mojego niemego sprzeciwu.
- Znajdę cię później - obiecałam, obracając się na pięcie i mijając nadal zadowolonego z siebie mężczyznę.
Opadłam gdzieś miedzy chłopakami, ale zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć telefon po mojej prawej głośno się rozdzwonił. Podniosłam brew i korzystając z faktu, że Sahib tylko obrzucił urządzenie krótkim spojrzeniem, spojrzałam zaciekawiona na ekran.
- Kim jest Jenna? - spytałam uderzając go lekko łokciem, żeby odczepił się od ciemnoskórej dziewczyny chociaż na chwilę.
Denerwowali mnie trochę. Zabrali mnie tutaj, a przez większość czasu tylko się nudziłam. Czasami łaskawie, któryś z nich o coś zapytał, czy próbował zacząć bezsensowną rozmowę, ale ja już byłam wystarczająco zdenerwowana, że dawałam im jasno do zrozumienia, że nie mam ochoty na gadki. To nie był najlepszy pomysł, żeby dziś tutaj przychodził. Szczególnie, że teraz byłam już pewna, że Sahib widział mnie tamtej nocy ze swoim wujem.
- Co znowu? - warknął do telefonu.
Uniosłam brew i zaśmiałam się pod nosem dochodząc do wniosku, że ta dziewczyna musiała być świetnym przyjacielem. Pewnie jakaś jego była, albo... siostra?
- Cześć, malutka! - ton jego głosu od razu zrobił się milszy i odszedł od nas mówiąc coś czule do słuchawki.
- Co to za Jenna, że taki miły się nagle zrobił? - szepnęłam w stronę araba, a on niechętnie włączył się do rozmowy.
- Gdyby to naprawdę była Jenna brzmiałby mniej więcej tak - naśladował jego zdenerwowanie - Czego znowu, kurwa, chcesz?! Ostatnio ciągle zasypuje go jakimiś rewelacjami i ciągnie jego kasę jak tylko może - uśmiechnął się nieszczerze.
- Z jakiej racji?! - naprawdę się zainteresowałam całą tą sytuacją.
- Chodzi o Amy - wypalił i chwilę później ugryzł się w język - Daj mi to piwo... - chwycił duży kufel do tej pory leżący tuż przede mną i upił z niego kilka sporych łyków.
Ale ja byłam cierpliwa, w końcu kiedyś musiał się odessać od tej szklanki, a wtedy...
Krzyk i śmiech ze strony, gdzie siedział do tej pory blondyn.
Boże... Czy ja też się tak zachowywałam? Te dwie panienki tam właśnie cieszyły się, że którejś z nich na nogi wylało się trochę drinka, prawie że nie mogły się uspokoić. Przewróciłam oczami i pociągnęłam bruneta za rękaw.
- Jaka Amy? - spojrzał na mnie ze zmęczeniem, a ja wymusiłam odpowiedź.
- Chris ma córkę, trzyletnią... - wymamrotał.
Szczerze mówiąc, nie słuchałam go dalej, a ta wiadomość nawet mnie nie ruszyła. Na razie, bo właśnie napotkałam spojrzeniem na uśmiechniętego mężczyznę, który jednoznacznie dawał mi do zrozumienia, że czeka aż do niego podejdę.
Wstałam z miejsca, ale ktoś szarpnął mnie za rękę.
- Emma - upomniał mnie chłopak.
- Przecież nie uciekam! - rzuciłam przez ramię i podeszłam do nieznajomego.
Przeszliśmy przez parkiet. Kamal - bo tak miał na imię, zaproponował mi drinka. Zgodziłam się z racji tego, że własnego nie zdążyłam nawet dotknąć.
Miał dwadzieścia jeden lat. Był na półmetku studiów ekonomicznych i niedawno rozszedł się z dziewczyną. Mieszkał jakiś czas w Portugalii i cały czas zasypywał mnie zwrotami tego języka. To było całkiem fajne, rozluźniało atmosferę, bo trochę byłam skrępowana mimo alkoholu, który już dawno powinien szaleć w mojej krwi.
- Znasz faceta przy wejściu, ciągle się tu gapi - zagadnął, a ja odwróciłam się na kilka chwil wyszukując w tłumie Chrisa.
- Nie... - odpowiedziałam niepewnie znów na niego spoglądając.
Przysunął szklankę w moją stronę i uniósł swoją. Wypiłam od razu połowę.





Chyba trochę za dużo jednak. Wszystko kręciło mi się wokół, było jakieś żywsze. Ostatnim razem piłam znacznie więcej, ale nie czułam się tak ja teraz.
Nie miałam pojęcia ile czasu minęło, ile godzin spędziłam z Kamalem, ale uśmiech mimo takiej niewiedzy nie schodził mi z twarzy. Czułam się bardzo lekko, jakby nikogo oprócz nas nie było w barze, wstałam z wysokiego hokera i gdyby chłopak w odpowiedniej chwili mnie nie chwycił leżałabym teraz na podłodze jak długa...
Jeśli wcześniej śmiałam się z koleżanek, które się do nas dosiadły wtedy musiałam zachowywać się jakieś dwa razy gorzej. Nie mogłam uspokoić śmiechu i ciągle miałam ochotę na coś szalonego. Rozlałam czyjeś piwo, kiedy zdejmowałam buty, które zaczęły mnie już uwierać i popchnęłam przez przypadek jakąś kobietę sporo po trzydziestce.
- Nie rób takiej zadymy - mężczyzna objął mnie w talii i łapiąc w ręce moje buty, gdzieś poprowadził - zaraz nas stąd wyrzucą - zaśmiał się gdzieś do mojego ucha.
- Przecież ja to nie specjalnie! - wykłócałam się znowu potykając się o coś - Ten kufel po prostu był gdzieś pęknięty, a ta baba za dużo pije - znowu wybuch niekontrolowanego śmiechu - Masz moje buty? - spytałam, kiedy zamknął za sobą jakieś ciemnoszare drzwi, a wszędzie wokół zrobiło się przyjemnie cicho. - Daj, muszę je włożyć. Czuję się jak krasnal - odwróciłam się w stronę lustra.
O matko... Moja twarz wyglądała jak burak. Policzki miałam rozpalone, do dekoltu poprzylepiały mi się włosy, więc musiałam szybko odrzucić je w tył. Tusz z lewego oka już zszedł, dlatego przeklinałam się w myślach, że nie zabrałam ze sobą kosmetyczki.
- Muszę wracać - oznajmiłam szybko - Moi przyjaciele...
- Wytrzymają sami jeszcze kilka minut - kiedy już miałam obracać się i kłócić, chłopak obrócił mnie w swoją stronę i opierając mnie tyłkiem o ladę z umywalkami, przytulając się do mnie i chwilę później składając na ustach długi pocałunek.
I byłam całkiem pewna, że gdzieś za nim przemknęła mi Summitha.

______

Nowy czwartek/piątek :)

niedziela, 16 grudnia 2012

czwartek, 13 grudnia 2012

Opóźnienie

Wybaczcie, ale nie mam jak wstawić nowości, bo.. nie mam komputera. Poszedł do naprawy i coś się nie zanosi na szybki powrót :( W razie czego jestem pod numerem gg podanym w zakładce "kontakt" - Chwała gadu w telefonie.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

20: Przebiłam się przez pierwszą warstwę wstydu, pora zdobywać szczyty.


Zmarszczyłam lekko czoło i spojrzałam z niezrozumieniem na Chrisa, który tylko uśmiechnął się do siebie pod nosem i zasłonił usta szklanką. Podniosłam brwi i usiadłam na jednym z trzech czarnych hokerów tuż przy ladzie.
- Milutka - skomentowałam cicho, żeby zabić ciszę.
- Summitha zawsze dużo gada - wzruszył ramionami - I na tym się kończy.
- O co tu chodzi? - zaczęłam niepewnie.
- Wyjdzie Książe to się dowiemy. Chłodno dzisiaj, nie? - zajął miejsce obok mnie i nie odrywał ode mnie wzroku.
Zaśmiałam się cicho.
- Zapraszam do Kanady. Czemu w ogóle się tutaj przeniosłeś? - czułam się w jego towarzystwie coraz swobodniej.
Nie bałam się już odezwać. Chris był moją odskocznią. I choć znałam go właściwie drugi dzień czułam, że mogłabym się z nim zaprzyjaźnić. Był podobny do mnie - tak mi się przynajmniej wydawało. Nie czułam skrępowania, może to przez nasze wspólne, a moje pierwsze wypicie ponad normę. Chciałabym z nim wyjść jeszcze raz. Podobało mi się.
- Mojego ojca tutaj przenieśli, miałem zostać w Stanach z matką, ale znalazła sobie robotę, całkiem nieźle płatną, więc właściwie byłem przegrany.
- Co robi?
- Tłumaczy książki na zlecenie. Siedzi w domu, nie ma z resztą wyjścia. Mam młodszego brata, ledwo nauczył się sikać na stojąco. Wiesz, że musimy robić mu statki z papieru i kazać zatapiać je moczem? - zaśmiał się, rozluźniając atmosferę jeszcze bardziej.
- Małe dzieci są urocze - skomentowałam.
Nagle na jego twarz wpełzło jakieś rozbawienie, podniosłam brew, wyczekując odpowiedzi.
- Nieważne - zasłonił wargi ręką i odwrócił się bokiem do mnie.
Chris wyglądał dzisiaj dużo lepiej niż poprzedniego wieczoru. Lekki, niedogolony zarost fajnie wyglądał z kształtem jego brody. Jasne włosy miał kompletnie nieułożone, każdy kosmyk sterczał w inną stronę, ale mimo wszystko wyglądał dobrze. Trochę jak Mike, który podobał mi się zanim trafiłam do tego dziwnego kraju...
Złota klatka - idealne określenie. Tutaj było naprawdę fantastycznie. Te wieżowce, które mijałam z Artanem, pustynia wszędzie wokół, od czasu do czasu gdzieniegdzie rosła palma. No i ten ogród... Mimo tak niekorzystnego położenia geograficznego tu przed domem działa się magia. Krzewy, drzewa, niskie kolorowe kwiaty, arbuzy, ananasy i jakaś ziemniaczana, jak to określił kiedyś Sahib, odmiana banana. Jakim cudem to wszystko im rosło? Przecież to niemożliwe, żeby TAKIE rośliny miały korzenie w pustynnym piasku...
Co ciekawe... Nie widać tego w ogrodzie, ale kiedy wysiadałam z samochodu z Artanem w powietrzu unosił się piaszczysty, drobniutki pył, a przez codzienny upał nawet przystanki autobusowe były ocieplane. Kraj ociekający pieniędzmi i pomysłowością. Dobrze byłoby tu zamieszkać, jako całkiem wolna, niezależna osoba.
- Co wy tu...? - Sahib wyszedł ze swojego - jak się domyśliłam - pokoju i podszedł tych kilka kroków, witając się z przyjacielem.
- Ja tam jestem głodna - przyznałam - Ma ktoś ochotę na tosty? - olali moje pytanie.
Wstałam i weszłam za ladę. Cieszyłam się, że nie musiałam opuszczać ich towarzystwa, bo chciałam dowiedzieć się o co chodzi tej dziewczynie. Zrezygnowałam z tostów. Wzięłam dżem i ciasto drożdżowe. Jak tak dalej pójdzie pożegnam się ze swoim ciałem...
- Pochwal się jak udało ci się ją tak rozjuszyć - widać było, że blondyn ma bardzo dobry humor - To było ciekawe. Następnym razem powinieneś ją związać...
- Przecież wiesz - przerwał mu chłopak, zajmując moje miejsce - Mam ochotę imprezować, idziemy wieczorem?
- Ty zawsze masz ochotę - prychnął z ironią - Nie zapraszaj mnie na randkę, jestem zajęty. Ta ostatnia noc to była jednorazowa przygoda - uniósł brew znacząco, a ja nie mogłam stłumić uśmiechu, więc oderwałam palcami kawałek ciasta i włożyłam do ust, żeby zająć czymś język.
- Jak możesz?!
- Jesteście nienormalni - odezwałam się w końcu, czując się w tym kręgu trochę zbędna.
- Idziesz z nami, Emma? - zapytał swobodnie Chris, a mnie zamurowało.
Widziałam niezadowolony wzrok Sahiba, ale nic nie mówił. Czułam, że wciąż był na mnie zły.
- Na pewno nie. Cały poranek bolała mnie głowa, to nie dla mnie - uśmiechnęłam się w jego stronę i oparłam tyłkiem o ladę, żeby móc ich obserwować.
- Czym się strułaś tym się lecz - o dziwo usłyszałam głos araba - Chyba, że masz już plany na dzisiejszą noc - podkreślił dobitnie ostatnie słowo, a ja zaniemówiłam.
- Zaraz się obrażę - ostrzegł jasnowłosy - nie rozumiem waszego slangu.
Cisza.
Brunet spuścił wzrok z ironią w oczach.
- Przyjeżdżam o dwudziestej pierwszej, "Underground"? Odkąd mam osiemnastkę czuję się jak król, gówniarze.





Chwilę przed dziewiątą wieczorem wyszłam gotowa z pokoju. Włożyłam krótką sukienkę, jednak specjalnie patrzyłam, czy podczas stanu nietrzeźwości, w który mnie zapewne wprowadzi ta dwójka, kiecka w żadnym miejscu się nie podniesie. Trochę czułam się niekomfortowo i nie wiem, czy dobrze robiłam wkładając wysokie buty...
Kiedy przystanęłam przy drzwiach gabinetu Artana wzięłam kilka głębszych wdechów i nie pukając weszłam do środka po cichu.
Nawet mnie nie zauważył. Pracował. Jak zawsze. Był tak pochłonięty jakimiś druczkami, że podniósł wzrok dopiero, kiedy usłyszał stukot obcasów.
- Za dużo pracujesz - stwierdziłam podchodząc do jego biurka - To już chyba choroba - uśmiechnęłam się zachęcająco, ale na jego twarzy pojawił się jedynie cień odwzajemnienia.
Dotknął plecami oparcia wielkiego, czarnego, obrotowego fotela i spojrzał na mnie zmęczonym wzrokiem.
- Trochę się tego nazbierało. Ładnie wyglądasz - wymamrotał, mierząc mnie uważnie wzrokiem, co o dziwo teraz w ogóle mi nie przeszkadzało.
Podeszłam jeszcze rok bliżej, opierając się tyłem o masywne biurko, a moje udo dotykało jego prawego kolana. Spojrzałam na okno-ścianę za postacią mężczyzny i z ulgą stwierdziłam, że Chrisa jeszcze nie ma.
- Powinienem ci życzyć dobrej zabawy - zaczął znowu, nie odrywając spojrzenia.
- Nie mam szczególnej ochoty na to dzisiejsze wyjście - przyznałam szczerze - Ale muszę się integrować, zważając na okoliczności, o których się dziś dowiedziałam, prawda?
- Emma... - westchnął ciężko - To nie jest tak, że ta umowa cię do niego przywiązuje. Zawsze możesz...
- Nie teraz - poprosiłam, wchodząc mu w pół słowa z czego nie był najwyraźniej zadowolony, więc postanowiłam mówić dalej - Nie teraz, kiedy zbiera mi się na dobry humor - posłałam mu niepewny uśmiech, ale milczał.
Kontynuacja tematu była dla mnie trochę krępująca, ale coś od środka nakazywało mi to zrobić. Coś pchało mnie w tę stronę, a ja nie potrafiłam nad tym zapanować.
- Mogę coś zrobić? - szepnęłam, spuszczając spojrzenie gdzieś w okolice jego szyi, żeby nic mnie nie rozproszyło.
- Śmiało.
Pół kroku w przód.
Pochyliłam się nad nim i dotykając dłonią jego gładkiego już dzisiaj policzka dotknęłam ustami twardych, chłodnych warg mężczyzny...






+30 do samooceny, kiedy zobaczyłam zdziwiony wzrok chłopaków, kiedy schodziłam po schodach. Nigdy nie czułam się w takich sytuacjach komfortowo, ale tutaj przybierałam na pewności siebie i czułam się wyjątkowa. Może dlatego, a raczej na pewno dlatego, że mój wygląd był tutaj niespotykany.
Nie widziałam ani jednej bladej blondynki. Jasnowłosych było całkiem sporo, jednak każda miała idealnie opaloną skórę, ciekawe czy mnie też to wkrótce będzie czekać. Zawsze byłam niezadowolona z trupio białej twarzy, ale tutaj nabrałam trochę koloru.
Zatrzymaliśmy się. Interesowało mnie kto poprowadzi to cudowne porsche w drodze powrotnej. Na szczęście to zmartwienie nie dotyczyło mnie. Bałam się usiąść w środku, że pobrudzę butem tapicerkę, a co dopiero kiedy miałabym w rękach kierownicę.
Usiedliśmy tym razem na dole, ten sam klub. Tu było lepiej, miałam lepszy widok na tańczących już kilka par na ogromnym parkiecie i dałabym sobie rękę uciąć, że za godzinę będzie ich dwa razy więcej.
- Mojito - odpowiedziałam, kiedy Chris pytał na co mam ochotę.
Rozejrzałam się po wszystkich stolikach, aż w końcu natrafiłam wzrokiem na gapiącą się wraz z jakimś chłopaczkiem bezczelnie w tę stronę Summithę.



______
Wybaczcie, no ale no no no... sprawdziany :(((
Ale teraz będzie już luźniej, uf!
Do zobaczenia w czwartek! :)


+Tak... Jesteśmy już po połowie opowiadania... :(
Mam zamiar zrobić jeszcze jedną, ważną dość rzecz w tej historii, ale jeszcze sie poważnie zastanawiam, czy  moi bohaterowie są gotowi na TAKĄ rewolucję :)
Miłego wtorku środy i czwartku, kochani :*

piątek, 7 grudnia 2012

19: Twój sen własnie dobiegł końca, bądź gotowa na szkarłatne przeznaczenie.

- Emmo, wejdź do środka - nakazał Artan, pojawiając się nagle tuż za mną.
- Jasne - odpowiedziałam niepewnie, marszcząc czoło i nie odrywając wzroku od Sahiba.
Otworzyłam drzwi, a oni milczeli dopóki nie znajdę się w pokoju.
Nie rozumiałam co mówili, ale wychwyciłam podniesione głosy. Usiadłam trochę wystraszona na kanapie i podkuliłam nogi, czekając aż to minie. Patrzyłam bezmyślnie na drzwi i liczyłam na to, że właśnie w tej chwili ktoś się w nich pojawi.
 Nie wiedziałam co mam o tym wszystkim myśleć. Kłamał - tego byłam niemal pewna. Gdyby faktycznie było jak mówił, nie widywałabym go z dziewczyną, nie mówiłby takich rzeczy pierwszego dnia po moim przyjeździe. Tego, co usłyszałam w przedpokoju... Nie traktowałby mnie też tak jak wtedy, kiedy rozmawiałam z nim po raz pierwszy. Długo będę pamiętać jak się wtedy czułam. To we mnie uderzyło.
Z drugiej strony jednak jaki miałby cel w oszukiwaniu mnie? I co w takim razie robił ze mną Artan, skoro moje przeznaczenie było już przez nich wybrane. Czyżby chodziło tu nie tylko o mnie? Może to faktycznie gra o większą stawkę.
Głosy ucichły, a ja momentalnie się spięłam. 
Ktoś zbiegał po schodach, a drugi z nich otworzył drzwi.
Mężczyzna zmierzył mnie uważnie wzrokiem i dosiadł się obok zrezygnowany. Nie spuszczałam z niego spojrzenia, chciałam wymusić, żeby powiedział mi prawdę. Na moje szczęście w jego towarzystwie czułam się coraz swobodniej. Już nie bałam się odezwać, choć nadal zważałam na słowa. Bądź co bądź był prawie dwa razy ode mnie starszy, doświadczony, myślał całkiem inaczej, był dojrzałym facetem, a ja przerażoną gówniarą.
- Sahib ma teraz pewne problemy - przyznał, mierzwiąc dłonią krótkie włosy - Powinnaś wziąć to pod uwagę. Oczywiście jest nieznośny i trudno z nim wytrzymać, ale teraz chyba osiągnął rekord. O wielu z nich nie mogę ci powiedzieć, nie znam też wszystkich, ale jemu chodzi teraz głównie o ciebie. 
Słuchałam uważnie dalej, ani drgnęłam, żeby przypadkiem nie skończył mówić.
- Niedługo będzie pełnoletni - kontynuował - Właściwie lada moment. Chce wypełnić wolę ojca i przejąć jego majątek.
- Ale... - przerwałam mu, bo coś mi się nie zgadzało, spojrzał na mnie ze zmęczeniem, zamilkłam.
- Mów.
- Przecież jego ojciec zmarł niedawno. Miał się o tym nie dowiedzieć - szepnęłam czując się trochę zażenowana swoim zachowaniem.
- To jest właśnie jedna z tych komplikacji - przyznał - Sahib myśli, że jego ojciec zmarł dziesięć lat temu. Wtedy kiedy wziąłem go pod swój dach. Lepiej dla niego, żeby nie znał powodu. - milczał parę sekund - Zawarłem z bratem umowę. Sahib po skończeniu osiemnastu lat miał odziedziczyć jego firmę i pieniądze, a on sam wyjechać z kraju. Tyle że... - zamyślił się - Musi mieć żonę.
Otworzyłam usta ze zdziwienia. ŻONĘ?! MNIE ZA ŻONĘ?! 
Gdybym stała to własnie w tej sekundzie, kiedy usłyszałam to słowo leżałabym na ziemi jak długa. Już czułam jak miękną mi kolana na samą myśl o czymś takim. Więc po to to wszystko...  Po to zostałam tutaj przywieziona. Żeby wyjść za... Nie, proszę. To nie mogła być prawda.
Przeczesałam dłonią włosy.
- Ale... Dlaczego ja? - zapytałam niepewnie przypominając sobie o pewnym szczególe - Sahib i ta Summitha... Dlaczego nie mogą? Przecież wtedy byłby szczęśliwszy - aż zrobiło mi się gorąco, mimo że klimatyzacja była tutaj genialna.
- To przedsiębiorstwo czeka na małżeństwo. Chcą rozszerzyć działalność na obszar Ameryki Północnej, ale to się nie stanie póki w zarządzie nie pojawi się ktoś tamtejszego pochodzenia. Plan rozpoczyna się od Kanady, przez Stany Zjednoczone aż w końcu chcą dotrzeć do Europy. W tej ostatniej firmom rozwinąć się jest najtrudniej, bo to jest dosyć ścisłe, Europejczycy nie przyłączą się do czegoś, co było wcześniej wyłącznie w Azji. Stąd trudno się tak naprawdę wyrwać, chociaż połowa tych wszystkich najnowszych koncernów jest zapoczątkowana właśnie w Emiratach. To długi proces, ale niesamowicie opłacalny.
- Czyli... Wykorzystają go? - zająknęłam się.
- Nie do końca. Dostanie naprawdę duże pieniądze.
- Wie o wszystkim? - spytałam, a on oparł się zrezygnowany.
- O niczym. Wie tylko, że potrzebuje ślubu do odziedziczenia spadku. Nie ma pojęcia o całej tej umowie. I nie dowie się, dopóki nie dojdzie do małżeństwa. - ostrzegł, znowu obrzucając mnie spojrzeniem.
Poczułam się jakby krzyknął mi w twarz, żebym siedziała cicho.
- Kiedy ma do tego dojść? - zaczęłam niepewnie, a łzy podchodziły mi już do oczu.
Milczał.
- Czemu akurat ja? - spytałam, a jedna łza wypłynęła na mój policzek, starłam ją prędko dłonią.
- Twój ojciec - odpowiedział od razu - Ma bardzo dużo z tym wspólnego. Jest korespondentem w Ameryce, dostarcza informacji. 
- Masz z nim kontakt?













Byłam głodna. To takie dziwne... Zamknęłam się w pokoju na prawie dwie godziny i nieprzerwanie płakałam. Układałam w głowie coraz to bardziej przerażające wizje, zdałam sobie w końcu sprawę, że przegrałam życie, że mój własny ojciec mnie go pozbawił.
Żadne pieniądze nie powinny być tego warte. Sprzedał mnie dla własnego zysku, dla własnej chluby. Układał sobie w myślach świetlaną przyszłość kosztem mojej własnej. Kosztem własnego dziecka.
Córka była dla niego nikim. 
Zaplanował to. Odszedł ode mnie, by nie widzieć jak dorastam, by później tak łatwo się mnie pozbyć. Jakie prawo miał do rządzenia moim życiem?! Nie widział mojego pierwszego uśmiechu, nie był przy moich pierwszych krokach, nie siedział na trybunach podczas pierwszych wygranych zawodów, nie trzymał mnie za rękę, prowadząc do przedszkola. Nie był, mimo że wiedział.
To bolało mnie najmocniej, to że nie miał serca. Nie szanował mnie, z zimną krwią zniszczył mój świat.
Schodziłam na dół. Musiałam wziąć zimny prysznic, żeby doprowadzić się do porządku, żeby nikt nie widział zapuchniętych oczu i czerwonych policzków.
Znów krzyki, ale stłumione.
Rozejrzałam się, ale nikogo nie było z salonie oprócz... Chrisa.
Podeszłam do niego smutna i spytałam cicho o co chodzi.
- Kłócą się - wzruszył ramionami - Jak zawsze. Artan kazał mi ich ogarnąć, ale wole się do tego nie mieszać. Właśnie miałem wychodzić, ale... - przyjrzał mi się - Chyba zostaję - uśmiechnął się.
- O co im poszło? - zaprosiłam go żeby usiadł ze mną przy ladzie.
- O ciebie - odpowiedział obojętnie upijając kilka łyków soku - Wiesz o wszystkim? - zapytał, choć odpowiedź była mu dobrze znana - Wiesz o wszystkim.
Westchnęłam ciężko, a kiedy już otwierałam usta, żeby coś powiedzieć Summitha trzasnęła drzwiami schowanymi za masywnymi schodami.
- Pożałujesz tego, szmato. Możesz być pewna.

___
Niedziela/poniedziałek. Będzie dłuższy! Słowo nie-harcerza :P

wtorek, 4 grudnia 2012

18: Kiedy leniwe słońce zachodzi bez cienia nadziei.


Głośny huk.
Uciekający spod drzwi wejściowych kot.
I nagłe otrzeźwienie.
Zerwałam się z kolan mężczyzny dopiero kilka sekund później, bo wszystko dochodziło do mnie z mniejszą prędkością. Nachyliłam się po ręcznik i obróciłam plecami do niego, choć i tak czułam na sobie ciężkie spojrzenie. Owinęłam się ciasno materiałem.
- Emma... - wyszeptał stając za mną, tak że miałam wrażenie, że robiąc krok w tył natknęłabym się jego brzuch.
Jedną ręką wciąż mocno trzymałam ręcznik, a drugą zasłoniłam twarz. Naprawdę starałam się pohamować płacz, ale nie wychodziło. Kiedy jedna łza już spływała po gładkim policzku, cała twarzy była mokra. Nie mogłam zatrzymać cichego szlochu.
- Nie musisz się mnie bać - powiedział twardo nie ruszając się z miejsca.
- Przepraszam - odpowiedziałam chyba najciszej jak potrafiłam, odwracając się w jego stronę - Naprawdę, ale ja nie potrafię tego... - zaniosłam się znów płaczem, spuszczając głowę w dół i karcąc się w myślach za swoje zachowanie - Nie powinieneś być dla mnie tak dobry. Gdybym nic nie czuła... - zrobiłam w jego stronę ten ostateczny krok, który nas dzielił i oparłam czoło o jego ramię.
Nie objął mnie.
- Ja wiem. Już o wszystkim wiem, dlatego tak bardzo cię przepraszam - wymruczałam, unosząc ręce i kładąc je na jego karku - Ale nie umiem sobie jeszcze z tym poradzić. Jestem ci wdzięczna za to jak mnie traktujesz, że pokazałeś mi świat, o którym istnieniu wcześniej nie wiedziałam. Przez kilka chwil czułam się jak w bajce, albo we śnie, ale ja nadal nie czuję się tutaj sobą... - wyrzuciłam w końcu z siebie.
Przerażała mnie jego reakcja. Milczał, nie ruszając się z miejsca. Słyszałam tylko jego równy oddech, poza tym pustka.
- To mnie przerosło - postanowiłam kontynuować, korzystając z "godziny szczerości" - Z dnia na dzień stałam się jakąś inną Emmą. Pogubiłam się - przyznałam, biorąc głębszy oddech - Jestem rozdarta i chociaż wiem, że zawsze jesteś gdzieś obok to czuję się tu samotna. Nie radzę sobie i nie wiem, czego tak naprawdę potrzebuję. Z początku chciałam więcej czasu, ale... Ale on wcale mi nie pomaga - spojrzałam na niego z dołu ze łzami w oczach - Ja chyba nie potrafię się z tym pogodzić. Proszę, zrozum mnie. Ja nie mam tutaj nikogo więcej. - znowu zaniosłam się płaczem, przylegając do niego bardziej, kiedy stanęłam na palcach.
Ta obojętność działała jeszcze gorzej, niż gdyby wydarł się na mnie. I choć w tę noc wydawał mi się bliższy niż kiedykolwiek ktokolwiek teraz był jakiś obcy.
Patrzył na mnie bez wyrazu. Miałam wrażanie, że tylko czeka aż dam mu spokój, co właściwie miałoby sens. Mimo wszystko jednak cieszyłam się, że w końcu to z siebie wyrzuciłam. Było mi teraz lżej pod tym względem, ale obwiniałam się za wszystko inne. To zawsze był mój problem, miałam tendencję do robienia z siebie ofiary, a to najgorsza cecha jaką można w ogóle posiadać.
Zniżyłam się.
I tak już byłam pewna, że nic nie wskóram.
Nie rozwiązałam słabego supła przy moim ramieniu, dzięki któremu ten materiał jeszcze mnie zakrywał. Pociągnęłam szybko nosem i wytarłam dłonią twarz.
Rozchyliłam końce ręcznika u dołu, kładąc dłonie na biodrze, a całe swoje zakrycie przytrzymując ramionami. Złapałam palcami sznurek i po odczekaniu jakiejś sekundy odezwałam się, w tym samym momencie moje figi znalazły się na chłodnej trawie.
- Zacznijmy jeszcze raz.
Potem wszystko działo się za szybko. Artan podniósł mnie nagą, na wysokość swoich ramion, a ja zacisnęłam mocno powieki. Nie chciałam na to patrzeć.
Przekroczył próg, później wszedł prędko po schodach zatrzymując się na moment. Słyszałam otwieranie drzwi i zacisnęłam wolną dłoń w pięść. Byłam na siebie zła, że tak się rozkleiłam. Teraz jeszcze bardziej się pogrążyłam i trudniej mi było zaakceptować to wszystko, nawet nie mając właściwie czasu do namysłu. Bałam się, co będzie działo się w mojej głowie rano.
Łóżko ugięło się trochę pod moim ciężarem, kiedy się na nim znalazłam. Otworzyłam leniwie oczy i zobaczyłam, jak przykrywa mnie szczelnie cienką kołdrą, poprawiając poduszkę tuż za moimi plecami. Kiedy już się nią opatuliłam on oparł dłonie o komodę, by sekundę później zamknąć za sobą drzwi. Zostałam sama, w swoim pokoju. W całkowitej ciszy.





- Co tu robisz? - zapytał z wyrzutem, ale zorientował się, że nie powinien i chwilę później już się poprawił - Jestem zajęty.
- Nie wątpię - przyznałam spoglądając wymownie na jego biurko - Ten stos papierków wygląda poważnie.
- Mam dużo pracy, nie ukrywam, że trochę mi w tym przeszkadzasz.
- W porządku - uśmiechnęłam się na znak, że nie trafiają do mnie jego słowa - Mogę tu zaczekać aż skończysz? Zależy mi.
Odetchnął tylko i wyminął mnie zdejmując z siebie marynarkę i siadając do masywnego biurka. Włączył komputer i zaczął przekartkowywać jakieś dokumenty. Ja natomiast zajęłam się dokładnym przeglądaniem książek na tej ścianie pełnej regałów...
Całkiem sporo było książek angielskojęzycznych. To było całkiem miłe zaskoczenie, bo oprócz stosu tytułów, których nie zrozumiałam natknęłam się na półkę z powieściami... Wzięłam pierwszą z nich i czytając opis z tyłu poznałam, że to musiał być jakiś kryminał.
- Mój przyjaciel napisał tę serię - odezwał się znad swoich projektów - Wstyd się przyznać, ale nie miałem jakoś okazji do nich zajrzeć.
Spojrzałam na rok wydania. Niecałe dwa lata temu wyszły na rynek.
Wzięłam tę, którą trzymałam w rękach i usiadłam z nią na wygodnej kanapie.
Seria zabójstw gdzieś w Pensylwanii i detektyw zakochany w głównej podejrzanej. Klasyka, ale przyjemny styl. Szybko mi się czytało kolejne strony, a akcja powoli, ale bez przerwy się rozwijała. Kobieta mieszkała gdzieś przy granicy stanu z New Jersey, na totalnym pustkowiu, gdzie w całym miasteczku mieszkały zaledwie czterdzieści trzy osoby. Jej matka była niepełnosprawna fizycznie, a ojciec po wypadku doznał ślepoty. Brat był natomiast narkomanem zamieszanym w porachunki mafijne. A pan detektyw był wysokim, szczupłym brunetem...
Wyszłam z pokoju po jakiejś godzinie. Miało mi to zająć dosłownie dwie minutki, ale po drodze do łazienki spotkałam Sahiba.
- Ty tutaj? - zapytałam widząc jak zamyka za sobą te tajemnicze drzwi obok mojego pokoju.
- Mógłbym spytać o to samo - odparł chłodno - Dobrze się wczoraj bawiłaś? A raczej dziś rano? - stanął na przeciwko mnie i nie odwracał ode mnie wzroku.
- O co ci chodzi? - uniosłam brew w niezrozumieniu.
Prychnął z ironią.
- Możesz nie robić z siebie niewiniątka? Emma, cholera jasna powiedziałem ci wczoraj o wszystkim! Czemu to robisz, co?! - podburzył się.
- Co robię?!
- Poddajesz mu się! - krzyknął, więc pewnie Artan to usłyszał...
- A jak powinnam się zachowywać?! Przecież własnie o wszystkim się wczoraj dowiedziałam!
- O naszym małżeństwie! Nie... Jego - ściszył głos, kiedy stanął przy mnie mężczyzna. 


_______
HEHEHEHEHEHE część druga ;D. Teraz to już całkiem jestem ciekawa co wy na to ;p Do zobaczenia w piątek ;) Wybaczcie, ze nie ma mnie na gg czy innych śmiesznych rzeczach, ale nie mam jak :(

niedziela, 2 grudnia 2012

17: Zabierz mnie do tego nieba, pokaż mi to uczucie na ziemi.


- Nie musisz wchodzić ze mną na górę - oznajmiłam stając przed nim i wlepiając w niego zmęczony wzrok.
Było coś około pierwszej, może drugiej w nocy. Trochę się ochłodziło, choć miałam pewność, że nie zmarzłabym wcale, gdybym nawet musiała wracać z miasta na piechotę. Choć Sahib momentami pocierał ramiona mi było ciepło, pewnie dlatego, że Kanada nie słynie z najwyższych temperatur.
Byłam przeciwna temu, żeby prowadził Chris. Pił wcześniej, nie do końca wytrzeźwiał i musiałam się przyznać, że tylko czekałam aż złapie nas coś na kształt arabskiej policji.
Mi samej alkohol w głowie jeszcze szumiał. Nie kręciło mi się w głowie, ale bardzo lekko mi się szło, potrafiłam wyłączyć myślenie. Tak... Był dobrą ucieczką od problemów, kiedy jest się zamkniętym w złotej klatce, jak ja.
- Emma...
- Dobranoc - uniosłam kącik ust w jakimś nikłym uśmiechu, ale wcale go to nie usatysfakcjonowało.
Wbiegłam po schodach na górę, licząc na to, że nie odbije mu nic i nie zechce jednak ze mną porozmawiać. Zamknęłam za sobą cicho drzwi, bo nie miałam pewności czy Artan jest w domu, w gabinecie na moim piętrze czy w swojej sypialni na dole.
Podeszłam niewiele myśląc do szafy i otworzyłam jedną z szuflad na dole w celu wyszukania jakiejś sensownej piżamy, która jest piżamą, a nie strojem do domowego striptizu.
Ale otworzyłam nie tę szufladę...
Moim oczom ukazały się kostiumy kąpielowe. Mnóstwo. I te typowo sportowe i bikini. Uśmiechnęłam się do siebie, bo od razu na myśl przyszły mi te wszystkie treningi, na które uczęszczałam nieprzerwanie od sześciu lat...
Byłam tu miesiąc i codziennie z utęsknieniem patrzyłam na ten basen w ogrodzie, ale zawsze bałam się wejść do środka w biały dzień. Pokazywanie mojego ciała w domu dwóch, łasych na mnie facetów bynajmniej mnie nie zachęcało... 
Tyle że... Była noc. Sam jej środek. Żadne z pomieszczeń, w których mógłby być Artan nie miało okien na tę stronę ogrodu, a Sahib pewnie spał jak zabity po imprezowaniu i takich emocjach. Martha jest w swoim domu...
Uśmiechnęłam się szerzej i szybko wzięłam pierwsze-lepsze bikini i prędko je włożyłam.
Zbiegłam boso po schodach, żeby nie narobić hałasu i żeby uniknąć jakichś niespodziewanych wizyt, zabrałam wielki ręcznik z komody obok bocznego wyjścia i sekundę później stałam tuż przy drabince.
Jak cudownie było znowu poczuć się sobą. Zmoczyć włosy i płynąc bez żadnych przeszkód tak po prostu przed siebie. Czuć jak ciało idealnie zgrywa się z wodą, jak jeden mój ruch wprawiał te maleńkie cząsteczki w ruch, którego oczekiwałam. Przerywanie tego oporu i gładkość na twarzy... To najlepiej zapamiętałam...
Chociaż trenowałam niemal bez przerwy, momentami pod ogromną presją, nigdy tego nie znienawidziłam. Zawsze denerwowałam się tylko do momentu zeskoku z podestu. Nigdy pod taflą...
Nie wiem ile czasu w nim spędziłam. Może dziesięć minut, może trzydzieści, może godzinę. Nie przerywałam, to było jak powrót do domu, do prawdziwego domu, gdzie czekała na mnie mama z rozwartymi ramionami, a wokół roztaczał się zapach świeżo upieczonego sernika. W rondlu gotowała się polewa czekoladowa, którą robiłyśmy na specjalne okazje. Mój pierwszy wygrany konkurs i moja pierwsza, wyczytana na głos książeczka...
Wynurzyłam się w końcu, żeby złapać oddech. odgarnęłam włosy do tyłu, tak by żaden nie przykleił się do mojej twarzy. Przesunęłam dłońmi po głowie, kładąc je na karku i odchylając głowę do tyłu. Zamknęłam oczy i uspokajałam bicie serca.
- Nie wypadłaś z wprawy, hm? - odwróciłam się od razu na dźwięk czyjegoś głosu.
Artan siedział jakieś dwa metry ode mnie, na trawie, ale nie wyglądał normalnie...
To zabawne, ale gdybym teraz zobaczyła go po raz pierwszy dałabym mu jakieś dwadzieścia dwa lata... Zawsze wyglądał na młodszego niż w rzeczywistości był, ale teraz aż musiałam się zastanowić czy rozmawiam z nim czy z Sahibem.
Dopiero teraz widziałam, że byli do siebie dosyć podobni. Pewnie miał wiele cech wspólnych z bratem, stąd to wszystko...
- Nie mogłam zasnąć - wytłumaczyłam się od razu stojąc nadal w miejscu, bo nie wiedziałam czy bezpieczniejszą opcją będzie stanie w wodzie dopóki sobie nie pójdzie, czy wyjście i błyskawiczne owinięcie się ręcznikiem, który leżał obok niego.
Miał na sobie coś w rodzaju dresowych spodni. I tylko to. Skłamałabym, jeśli powiedziałabym, że nie podobało mi się to co widzę... Był wysportowany, miał ładnie zaznaczone mięśnie na brzuchu i klatce piersiowej, choć nie do przesady. Musiałam go obudzić, bo jego włosy były potargane jak nigdy, a spojrzenie trochę zaspane, ale mimo tego uśmiechał się do mnie bez skrępowania.
- Nie przerywaj sobie - odezwał się, kiedy widział jak podchodzę do drabinki.
- Wystarczy mi na dzisiaj - oznajmiłam, chcąc jak najprędzej owinąć się ciasno ręcznikiem.
Przeszłam tych kilka kroków i schyliłam się po niego, zawiązując jego końce w okolicach piersi.
Teraz mógł na mnie patrzeć. Miałam odkryte jedynie ramiona i łydki, przeczesałam dłonią włosy.
- Porozmawiamy? - zaczął widząc chyba, że chce wrócić do siebie.
- W porządku... - odparłam niechętnie i usiadłam na miejsce tuż obok niego, które mi wskazywał.
- Jak minął wieczór?
- Intensywnie... - przyznałam, spuszczając na chwilę wzrok, nie chciałam zagłębiać się w ten temat, bo od razu na myśl przyszedł mi ten cały natłok nowych informacji - Dziękuje za kwiaty - przypomniał mi się ten malutki bukiecik, który czekał rano na mojej pościeli... - Zupełnie się nie spodziewałam, to było miłe - uśmiechnęłam się nieśmiało.
- Nie masz za co mi dziękować - zaśmiał się cicho, nie opuszczając spojrzenia - Ale cieszę się, że tak to na ciebie podziałało.
Nic nie odpowiedziałam, tylko głupio się uśmiechałam, jak to miałam ostatnio w zwyczaju podczas niezręcznych sytuacji.
Wcale nie bałam się Artana. Nie myślałam o tym. Po prostu z nim rozmawiałam, a po tym pójdę na górę spać, żeby zapomnieć o całym tym wieczorze.
- Emma? Denerwujesz się? - poczułam jego palce na swoim lewym policzku.
Nie, proszę nie... 
Znowu to robił. Wykorzystywał, że to na mnie działało. Byłam spragniona takich gestów. Nigdy nie miałam kogoś takiego, kto mógłby mnie traktować tak jak On...
Położyłam dłoń na jego, chcąc ją delikatnie odsunąć od swojej twarzy, ale nie pozwolił mi na to. Zbliżył usta do mojego czoła i muskając je delikatnie przysunął mnie bliżej siebie. Objął mnie drugą ręką, a ja w sekundę poczułam jego gorący oddech gdzieś obok ucha i od razu dostałam gęsiej skórki. Uderzyłam przypadkiem kolanem o jego udo, ale jakby w ogóle tego nie poczuł. Dotknęłam jego karku, a kiedy mnie pocałował, jego ręka zsunęła się na mój tyłek.
Podciągnął mnie tak, że usiadłam na jego nogach. Wciąż nie odrywając ode mnie ust złapał za związane ze sobą końce ręcznika, który moment później zsunął się po moich plecach gdzieś w dół. Jedna z jego dłoni błądziła po moim brzuchu, druga złapała za sznurek górnej części bikini rozwiązując słaby supeł.
Kiedy dotykał brodą mojej szyi, czułam jego kilkudniowy zarost, który okropnie mnie drapał i miałam wrażenie, że moje skóra w tych miejscach na długo pozostanie czerwona. Poprawiłam się na swoim miejscu, ale kiedy zorientowałam się, że mam na sobie tylko majtki od razu się zestresowałam i próbowałam całkowicie zasłonić, z drugiej jednak strony nie chciałam się od niego teraz odsunąć. Do głowy przyszło mi, że im szybciej będę miała to za sobą, tym szybciej się z tym pogodzę.
Przysunęłam się bliżej, tak że czułam na brzuchu jego klatkę piersiową. Nie chciałam, żeby mnie oglądał, to wydawało mi się okropnie krępujące.
Im szybciej do tego dojdzie tym lepiej.
Kiedy zszedł z pocałunkami niżej, położyłam dłonie na jego plecach i zamknęłam mocno powieki.





________
HEHEHEHEHEHE :D Ciekawa jestem waszej reakcji! :)
Następny już we wtorek!