wtorek, 4 grudnia 2012

18: Kiedy leniwe słońce zachodzi bez cienia nadziei.


Głośny huk.
Uciekający spod drzwi wejściowych kot.
I nagłe otrzeźwienie.
Zerwałam się z kolan mężczyzny dopiero kilka sekund później, bo wszystko dochodziło do mnie z mniejszą prędkością. Nachyliłam się po ręcznik i obróciłam plecami do niego, choć i tak czułam na sobie ciężkie spojrzenie. Owinęłam się ciasno materiałem.
- Emma... - wyszeptał stając za mną, tak że miałam wrażenie, że robiąc krok w tył natknęłabym się jego brzuch.
Jedną ręką wciąż mocno trzymałam ręcznik, a drugą zasłoniłam twarz. Naprawdę starałam się pohamować płacz, ale nie wychodziło. Kiedy jedna łza już spływała po gładkim policzku, cała twarzy była mokra. Nie mogłam zatrzymać cichego szlochu.
- Nie musisz się mnie bać - powiedział twardo nie ruszając się z miejsca.
- Przepraszam - odpowiedziałam chyba najciszej jak potrafiłam, odwracając się w jego stronę - Naprawdę, ale ja nie potrafię tego... - zaniosłam się znów płaczem, spuszczając głowę w dół i karcąc się w myślach za swoje zachowanie - Nie powinieneś być dla mnie tak dobry. Gdybym nic nie czuła... - zrobiłam w jego stronę ten ostateczny krok, który nas dzielił i oparłam czoło o jego ramię.
Nie objął mnie.
- Ja wiem. Już o wszystkim wiem, dlatego tak bardzo cię przepraszam - wymruczałam, unosząc ręce i kładąc je na jego karku - Ale nie umiem sobie jeszcze z tym poradzić. Jestem ci wdzięczna za to jak mnie traktujesz, że pokazałeś mi świat, o którym istnieniu wcześniej nie wiedziałam. Przez kilka chwil czułam się jak w bajce, albo we śnie, ale ja nadal nie czuję się tutaj sobą... - wyrzuciłam w końcu z siebie.
Przerażała mnie jego reakcja. Milczał, nie ruszając się z miejsca. Słyszałam tylko jego równy oddech, poza tym pustka.
- To mnie przerosło - postanowiłam kontynuować, korzystając z "godziny szczerości" - Z dnia na dzień stałam się jakąś inną Emmą. Pogubiłam się - przyznałam, biorąc głębszy oddech - Jestem rozdarta i chociaż wiem, że zawsze jesteś gdzieś obok to czuję się tu samotna. Nie radzę sobie i nie wiem, czego tak naprawdę potrzebuję. Z początku chciałam więcej czasu, ale... Ale on wcale mi nie pomaga - spojrzałam na niego z dołu ze łzami w oczach - Ja chyba nie potrafię się z tym pogodzić. Proszę, zrozum mnie. Ja nie mam tutaj nikogo więcej. - znowu zaniosłam się płaczem, przylegając do niego bardziej, kiedy stanęłam na palcach.
Ta obojętność działała jeszcze gorzej, niż gdyby wydarł się na mnie. I choć w tę noc wydawał mi się bliższy niż kiedykolwiek ktokolwiek teraz był jakiś obcy.
Patrzył na mnie bez wyrazu. Miałam wrażanie, że tylko czeka aż dam mu spokój, co właściwie miałoby sens. Mimo wszystko jednak cieszyłam się, że w końcu to z siebie wyrzuciłam. Było mi teraz lżej pod tym względem, ale obwiniałam się za wszystko inne. To zawsze był mój problem, miałam tendencję do robienia z siebie ofiary, a to najgorsza cecha jaką można w ogóle posiadać.
Zniżyłam się.
I tak już byłam pewna, że nic nie wskóram.
Nie rozwiązałam słabego supła przy moim ramieniu, dzięki któremu ten materiał jeszcze mnie zakrywał. Pociągnęłam szybko nosem i wytarłam dłonią twarz.
Rozchyliłam końce ręcznika u dołu, kładąc dłonie na biodrze, a całe swoje zakrycie przytrzymując ramionami. Złapałam palcami sznurek i po odczekaniu jakiejś sekundy odezwałam się, w tym samym momencie moje figi znalazły się na chłodnej trawie.
- Zacznijmy jeszcze raz.
Potem wszystko działo się za szybko. Artan podniósł mnie nagą, na wysokość swoich ramion, a ja zacisnęłam mocno powieki. Nie chciałam na to patrzeć.
Przekroczył próg, później wszedł prędko po schodach zatrzymując się na moment. Słyszałam otwieranie drzwi i zacisnęłam wolną dłoń w pięść. Byłam na siebie zła, że tak się rozkleiłam. Teraz jeszcze bardziej się pogrążyłam i trudniej mi było zaakceptować to wszystko, nawet nie mając właściwie czasu do namysłu. Bałam się, co będzie działo się w mojej głowie rano.
Łóżko ugięło się trochę pod moim ciężarem, kiedy się na nim znalazłam. Otworzyłam leniwie oczy i zobaczyłam, jak przykrywa mnie szczelnie cienką kołdrą, poprawiając poduszkę tuż za moimi plecami. Kiedy już się nią opatuliłam on oparł dłonie o komodę, by sekundę później zamknąć za sobą drzwi. Zostałam sama, w swoim pokoju. W całkowitej ciszy.





- Co tu robisz? - zapytał z wyrzutem, ale zorientował się, że nie powinien i chwilę później już się poprawił - Jestem zajęty.
- Nie wątpię - przyznałam spoglądając wymownie na jego biurko - Ten stos papierków wygląda poważnie.
- Mam dużo pracy, nie ukrywam, że trochę mi w tym przeszkadzasz.
- W porządku - uśmiechnęłam się na znak, że nie trafiają do mnie jego słowa - Mogę tu zaczekać aż skończysz? Zależy mi.
Odetchnął tylko i wyminął mnie zdejmując z siebie marynarkę i siadając do masywnego biurka. Włączył komputer i zaczął przekartkowywać jakieś dokumenty. Ja natomiast zajęłam się dokładnym przeglądaniem książek na tej ścianie pełnej regałów...
Całkiem sporo było książek angielskojęzycznych. To było całkiem miłe zaskoczenie, bo oprócz stosu tytułów, których nie zrozumiałam natknęłam się na półkę z powieściami... Wzięłam pierwszą z nich i czytając opis z tyłu poznałam, że to musiał być jakiś kryminał.
- Mój przyjaciel napisał tę serię - odezwał się znad swoich projektów - Wstyd się przyznać, ale nie miałem jakoś okazji do nich zajrzeć.
Spojrzałam na rok wydania. Niecałe dwa lata temu wyszły na rynek.
Wzięłam tę, którą trzymałam w rękach i usiadłam z nią na wygodnej kanapie.
Seria zabójstw gdzieś w Pensylwanii i detektyw zakochany w głównej podejrzanej. Klasyka, ale przyjemny styl. Szybko mi się czytało kolejne strony, a akcja powoli, ale bez przerwy się rozwijała. Kobieta mieszkała gdzieś przy granicy stanu z New Jersey, na totalnym pustkowiu, gdzie w całym miasteczku mieszkały zaledwie czterdzieści trzy osoby. Jej matka była niepełnosprawna fizycznie, a ojciec po wypadku doznał ślepoty. Brat był natomiast narkomanem zamieszanym w porachunki mafijne. A pan detektyw był wysokim, szczupłym brunetem...
Wyszłam z pokoju po jakiejś godzinie. Miało mi to zająć dosłownie dwie minutki, ale po drodze do łazienki spotkałam Sahiba.
- Ty tutaj? - zapytałam widząc jak zamyka za sobą te tajemnicze drzwi obok mojego pokoju.
- Mógłbym spytać o to samo - odparł chłodno - Dobrze się wczoraj bawiłaś? A raczej dziś rano? - stanął na przeciwko mnie i nie odwracał ode mnie wzroku.
- O co ci chodzi? - uniosłam brew w niezrozumieniu.
Prychnął z ironią.
- Możesz nie robić z siebie niewiniątka? Emma, cholera jasna powiedziałem ci wczoraj o wszystkim! Czemu to robisz, co?! - podburzył się.
- Co robię?!
- Poddajesz mu się! - krzyknął, więc pewnie Artan to usłyszał...
- A jak powinnam się zachowywać?! Przecież własnie o wszystkim się wczoraj dowiedziałam!
- O naszym małżeństwie! Nie... Jego - ściszył głos, kiedy stanął przy mnie mężczyzna. 


_______
HEHEHEHEHEHE część druga ;D. Teraz to już całkiem jestem ciekawa co wy na to ;p Do zobaczenia w piątek ;) Wybaczcie, ze nie ma mnie na gg czy innych śmiesznych rzeczach, ale nie mam jak :(

4 komentarze:

  1. Oh my goodnes.... aleszecooo????

    OdpowiedzUsuń
  2. uu ciekawe :D czekam na piątek ^^

    OdpowiedzUsuń
  3. Haha,ten Sahib mnie dobija...
    czekam na nn<3

    OdpowiedzUsuń
  4. Z każdym rozdziałem jest coraz ciekawiej i bardziej zaskakująco :D

    OdpowiedzUsuń