czwartek, 29 listopada 2012

16: Twoje słowa kosztują mnie więcej, niż najgorsza prawda.


- Moje małżeństwo? - zapytałam z nieukrywanym szokiem widocznym na twarzy – Chyba sobie żartujesz...
- Emma... - zaczął podchodząc krok bliżej.
Wystawiłam dłoń w jego stronę dając do zrozumienia, że nie powinien nic teraz mówić. Nie wiedziałam jakie słowa byłyby w stanie pocieszyć mnie w takiej sytuacji.
Muzyka nagle zaczęła mi przeszkadzać. Światła też. Przeszkadzali mi ludzie kręcący się wokół, wzrok znajomych, który nie odstępował mnie na krok. Nie mogłam do nich wrócić.
Przyłożyłam dłoń do czoła i odeszłam szybko w stronę toalety. Prawie biegłam, bo czułam już jak jedna z łez po raz kolejny spływa po moim policzku. Kiedy już powoli się przystosowywałam, kiedy stwierdziłam, że może być tylko lepiej on wychodzi z taką informacją...
Zamknęłam się w jednej z kabin i od razu wybuchnęłam płaczem. Nie głośno, ale intensywnie. Na tyle, że dłonie zaledwie po minucie miałam całkiem mokre.
- Emma?! - usłyszałam znajomy głos, ale nawet się tym nie przejęłam. Wiedziałam, że mnie znajdzie.
W końcu reszta była wolna, a drzwi w każdej były uchylone. No prawie w każdej...
Ciche pukanie.
Nic.
Znowu stuknął ręką w drzwi, mocniej.
- Emma, to nie jest do końca tak jak sobie to teraz wyobrażasz... - choć nie widziałam jego twarzy, wyobraziłam sobie jak opiera czoło o drzwi i nasłuchuje mojej odpowiedzi.
Ale milczałam.
- Chcesz wrócić do domu? - pytał znowu. - Odpowiedz.
Zaniosłam się szlochem jeszcze raz. Momentalnie zrobiło mi się zimno, choć temperatura wynosiła spokojnie koło trzydziestu. Tak bardzo teraz chciałam, żeby mnie zostawił...
Szarpnął za klamkę, ale nie dałam po sobie poznać, że mnie to ruszyło. Teraz naprawdę mało brakowało, żebym wyszła za drzwi, zwyzywała go na każdy możliwy i znany mi sposób po czym szukała rozwiązania jak stąd uciec.
Bo to był już mój koniec.
Bo choć przewidywałam, że cel mojego przyjazdu tutaj wiąże się z czymś takim, teraz kiedy już o tym wiem, uderza to we mnie ze zdwojoną siłą. Zdałam sobie sprawę, że przez cały ten czas nieświadomie się łudziłam, że może coś się zmieni, że może ktoś wsadzi mnie w samolot i odwiezie do domu po tych niezbyt udanych wakacjach...
Ale zamiast domu, czekał na mnie areszt. Do głowy natychmiast przyszły mi pierwsze słowa Artana przy rozmowie ze mną tego nieszczęsnego, pierwszego poranka... Nie wychodzisz nigdzie poza te mury i ogród. Będziesz zresztą dopilnowana, żeby twoja noga nie przekroczyła granicy.
Znowu płacz.
- Emma, wyjdź stamtąd. Wracamy... - poprosił już łagodniej, sekundę później znowu podnosząc głos.
Nie zrozumiałam co mówi, bo nie był to angielski, ale po głosach poznałam, że kłócił się z jakąś kobietą, która chwilę po tym trzasnęła drzwiami. Zmarszczyłam brwi nasłuchując co mówił, ale nie zrozumiałam nic poza wypowiadanym przez niego imieniem... Summitha.
To nie była zwykła wymiana zdań. Oni naprawdę się o coś spierali! Czy powinnam czuć się winna?
Kolejny męski głos. Naprawdę zaczęłam się zastanawiać, czy nie robię tutaj jako rozrywka. Byłam zdruzgotana, a tam za drzwiami moi znajomi żarli się jak kot z psem, prawdopodobnie o mnie...
I cisza.
Podniosłam głowę i wstałam z miejsca, opierając się plecami o zamknięte drzwi. Schowałam twarz w dłoniach.
- Emma... - tym razem nie słyszałam Sahiba... - Emma, otwórz drzwi, chcę cię zobaczyć... - poprosił stanowczo Chris.
- Ty też o wszystkim wiedziałeś?! - wykrzyknęłam z wyrzutem, odchodząc jednak i otwierając zamknięte wcześniej drzwi.
- Rano spojrzysz na to inaczej – powiedział czekając aż szarpnę za klamkę i otworzę przed nim drzwi.
- TY SIĘ SŁYSZYSZ?!
Ale nie zdążyłam nic więcej wydusić a i on przez moment milczał. Po prostu podszedł do mnie i przyciągnął do siebie mocno, jakby starał się mnie uspokoić. Bo robił to... Trochę nieudolnie, ale jednak.
Wcale mi to nie pomogło. Poczułam się jeszcze gorzej, jak ofiara. Jak po raz kolejny wykorzystana i jeszcze wzbudzałam litość...













- Czy ty sobie zdajesz sprawę, co by było gdybyś to wszystko wykrzyczała po angielsku?! - zdenerwował się arab, przeczesując nerwowo dłonią włosy i czekając na odpowiedź.
- Dowiedziałaby się prawdy! Całej prawdy! Po co to tak ukrywasz, co?!
- Nie chcę, żeby skończyła tak jak ty.

_____________________

Niedziela - następny. WYbaczcie, ale szkoła nie daje mi żyć!! :(((((((((((
Ale inaczej... Wolicie, żebym dodawała rzadko, ale dłuższe rozdziały, czy zostawiamy jak jest?

niedziela, 25 listopada 2012

15: Koniec z tajemnicami, przede mną prosta droga do nikąd.


- Co to jest? - spytałam Chrisa, patrząc wymownie na moją szklankę.
- Mojito. Powinno ci smakować. Limonka, mięta, trochę rumu. Słabe - zaśmiał się widząc moją zdziwioną minę.
Tak, zdarzało mi się pić wcześniej, ale były to bardzo małe ilości i zawsze piwo. Jakoś nigdy mnie specjalnie do tego nie ciągnęło, po prostu robiłam to dla towarzystwa. Wydawać się może też śmiesznym fakt, że nigdy nie miałam w ustach papierosa.
Tutaj w mojej obecnej sytuacji nawet lepiej, że dostałam coś mocniejszego. Byłam bardzo spięta i pociły mi się dłonie. Może faktycznie, jak trochę wypije minie mi ten wieczór szybciej. I szybciej znowu spotkam się z Artanem...
To nie było zakochanie, zdawałam sobie z tego sprawę, ale on był osobą przy której paradoksalnie czułam się bezpiecznie. Jeśli chodzi o Sahiba to wciąż pamiętałam jak się zachował na samym początku, kiedy spotkał mnie w nocy na dole. Wtedy bałam się najbardziej... Drżące ręce i przyspieszony oddech przy zamykaniu drzwi teraz wydawały się czasami odległymi, ale nie na tyle by o nich całkowicie zapomnieć. By o nich kiedykolwiek zapomnieć.
Co też zastanawiające... Teraz wcale nie myślałam o tym, że znów uderzy mu do głowy alkohol i mogę przeżyć powtórkę z tamtej sytuacji. Po prostu musiałam pić, żeby się wyluzować.
Wzięłam bardzo zimną szklankę w ręce i upiłam pierwszy łyk.
Musiała minąć sekunda, żebym poczuła smak, bo z początku zmroziło mi język. Wódki nie czułam tu wcale, bardziej jakbym piła gazowaną wodę cytrynową. Wzięłam kolejny łyk.
- Nasza księżniczka dzwoniła – odezwał się blondyn bardziej zwracając się do Sahiba – Będzie za godzinę. Podobno dopiero co skończyła pracę.
- Pracę? - zdziwiłam się.
- Summitha od pewnego czasu zaczęła bawić się w pozowanie. - mówił dalej obojętnie.
- Jest modelką? - nie wiedziałam dlaczego, ale poczułam lekkie uczucie zazdrości.
- Początkującą – uściślił arab, upijając trochę piwa ze swojego kufla – Za rok zaczyna studia.
- Znasz ją? - Chris znowu zwrócił się do mnie.
Przegryzłam dolną wargę, żeby stłumić uśmiech, który wchodził mi na usta. Od razu na myśl przyszedł mi ten moment, kiedy przechodziła sobie w ręczniku przez salon, a ja właśnie wracałam z kolacji z Artanem. Pamiętałam widok zdziwienia ich obojga i tej niezręcznej ciszy.
- Widziałam ją ze dwa razy – odparłam nie prawie nie odsuwając słomki w drinku od siebie.
- Nie masz czego żałować – w sekundę znalazł się tuż obok mojego ucha i śmiejąc się szepnął.
Odwzajemniłam uśmiech i ciągnęłam dalej ten trunek. Jak na razie nic się z moją głową nie działo, może dlatego, że za szybko piłam? Chciałam jak najprędzej się zrelaksować, bo w końcu po to Sahib mnie tutaj zabrał.
I nagle mnie olśniło...
Czy Artan wspominał mu coś o wczorajszym wieczorze? Wiedział co się wydarzyło? A może chciał to ukryć? Ten pocałunek... Sama nie wiedziałam dlaczego to zrobiłam i skąd ten nagły przypływ odwagi. Może to miało coś wspólnego z tym, że najzwyczajniej w świecie potrzebowałam teraz takiej bliskości. Coś cicho mi mówiło, że na tym jednym się nie skończy... Ale było mi dobrze. Czułam przez chwilę, że komuś na mnie naprawdę zależało. Poza tym mężczyzna cały czas dawał mi to do zrozumienia, umyślnie czy nie, ale właśnie dlatego coś do niego miałam.
To wszystko zwaliło mi się na głowę. Nagły wyjazd, osamotnienie, niewiedza... To była miła odmiana poczuć wokół siebie kogoś takiego, kto przytulał mnie wczoraj z pewnością siebie, ale też delikatnością. Nie mógł mnie w żaden sposób wtedy skrzywdzić...
- Emma? - usłyszałam z prawej – Jeszcze jednego?
Obróciłam się w stronę jasnowłosego i pokiwałam niepewnie głową. Nawet nie zauważyłam, że opróżniłam już całą szklankę, a na dnie pozostały resztki lodu i kilka listków mięty.
Wstał od razu z miejsca z szerokim uśmiechem i zaczepił kelnerkę, która akurat przechodziła. Spojrzałam na nich ukradkiem.
Chris miał coś w sobie.
Nie wiedziałam co to było, ale od razu go polubiłam. Był wesoły, miły i jak widziałam na obrazku przede mną potrafił rozmawiać z kobietami. Choć ta kelnerka nie była ode mnie dużo starsza bo jakieś dwa, trzy lata to patrzyła w niego jak w obrazek. Nie, to nie chodziło o wygląd, choć wyglądał całkiem nieźle. To to w jaki sposób mówił...
Wrócił do nas, a ja natychmiast wlepiłam wzrok w pusty kufel jednego z chłopaków i dopiero teraz zauważyłam, że musiałam pić najwolniej, chociaż dla mnie to tempo było zawrotne. No ale skoro jeszcze nic nie czułam, to mogłam zacząć się bawić... Tak na dobre. W końcu byłam w miejscu, a nawet w kraju, gdzie wcześniej jeszcze nikt mnie nie widział...
Uśmiechnęłam się do siebie na tę myśl.
Dziewczyna położyła na stoliku tacę. Podała nam na środek trzy niewielkie kieliszki z czymś niebieskim, zbierając puste naczynia. Chris coś jeszcze jej powiedział, a ona pokiwała twierdząco głową na znak, że zrozumiała.
Chłopak zabrał jeden kieliszek i położył specjalnie głośno przed Sahibem.
- Ogarnij się – nakazał mu – Psujesz nam imprezę.
Nic nie odpowiedział, tylko poprawił się na swoim miejscu i pochylił w naszą stronę.
- O co chodzi? - spytał ponownie widząc jak przyjaciel się zachowuje.
Mnie samą zaciekawiło o co może chodzić. Wpadł mi do głowy tylko jeden pomysł - mógł wiedzieć o moich stosunkach z jego wujem. Ale czy faktycznie przejąłby się tym aż tak bardzo? Nie... To chyba nie mogło być to.
- Pijemy? - odezwał się w końcu lekko zachrypniętym głosem.
Wzruszyłam ramionami i zrobiłam to co reszta. Wzięłam do ręki mój napój i wąchając go od razu cofnęłam głowę. No tutaj to czułam już wódkę... Dużo wódki.
- Nie oszukuj! - zaśmiał się Chris mierząc mnie wzrokiem jak krzywię się na ten widok.
Jakoś tak straciłam ochotę...
Spojrzałam na Sahiba, znów oparł się plecami o oparcie fotela i bez celu gapił się przed siebie, ale przed nim kieliszek stał pusty. Chris poganiał mnie wzrokiem więc w końcu biorąc głębszy oddech wzięłam to do ust.
Z trudem połknęłam to ohydztwo! Aż zacisnęłam powieki, bo dalej czułam wódkę w buzi i jej okropnie gorzki smak. Potupałam chwilę nogami odruchowo.
- Aż tak? - pytał blondyn – No nie przesadzaj...
- To okropne! Co to jest?! - uniosłam naczynie w górę, żeby się przyjrzeć kolorowej resztce na dnie.
- Tego nikt nie wie – usłyszałam szczery śmiech i sama nie mogłam się powstrzymać.



Czas leciał mi bardzo szybko. Kelnerka doniosła nam jeszcze ze trzy razy niebieskie coś o nazwie „Kamikaze”, a potem oznajmiłam, że potrzebuję przerwy. Teraz właściwie nie pił już nikt, ale obiecaliśmy sobie, że to dopiero początek. Summitha nadal się nie pojawiła, ale tak naprawdę nie miałam pojęcia, która jest godzina.
Chłopcy gadali sobie trochę przeze mnie. Tzn każdy był po mojej innej stronie i musieli się co chwilę nachylać, ale postanowiłam im to ułatwić i oparłam się plecami o kanapę robiąc im przy tym wystarczającą ilość miejsca nad moimi nogami.
Miałam ochotę tańczyć. Ta muzyka mnie do tego zachęcała, nawet jeśli była to zwyczajna, klubowa kupa. Obejrzałam się w prawo i zobaczyłam tę srebrną barierkę, postanowiłam do niej podejść, bo odkąd tu przyszliśmy siedziałam tylko na tyłku i trochę się nudziłam.
Musiałam naprawdę wysoko podnieść nogi, bo Sahib nie miał ochoty zrobić mi miejsca, a mało brakowało, żeby dostał ode mnie kopa w kolano. W sumie nie byłby to taki zły pomysł...
Podeszłam.
Wyjrzałam za nią i... Nie no, ja musiałam tam iść!
Widziałam z niej parkiet, ze trzy, a może nawet cztery razy więcej ludzi niż kiedy tutaj weszliśmy. Parkiet był prawie cały zapełniony, przy stolikach został tak naprawdę mało kto. Była tutaj spokojnie z setka ludzi.
Obróciłam się w stronę moich znajomych i zrobiłam kilka kroków. Chris robił mi miejsce, żebym wróciła na kanapę, ale zamiast tego stanęłam przed nimi, splatając ręce na brzuchu.
Spojrzeli na mnie i oboje unieśli brew do góry.
- Idziemy tańczyć? - uśmiechnęłam się, żeby jakoś ich zachęcić, ale byli raczej średnio tym zainteresowani.
- Emma... - zaczął Sahib.
- Ja pójdę – zaoferował się blondyn, kiedy na sekundę mina mi zrzedła, że nie chcą się ze mną bawić.
- Zostawimy go? - spytałam patrząc z wyrzutem na araba, a on już chyba nie wytrzymał i cicho się zaśmiał.
- Jak będę tęsknił to po was pójdę – obiecał.
Chris wstał i podając mi rękę poprowadził w stronę schodów. Musiałam trzymać się poręczy bo wcale by mnie nie zdziwiło jeśli sturlałabym się po nich i leżała na dole jak długa, bo trochę działo się w mojej głowie.
Przetańczyliśmy razem kilka piosenek, a ja nie przestawałam się śmiać. Nie wiedziałam czy spowodowane to było głupawką po kilku drinkach czy chłopakiem. Poczułam się przez chwilę jakby nic się nie wydarzyło, jakbym dalej była w Kanadzie i jakbym teraz tańczyła z najlepszym przyjacielem...
W międzyczasie trochę pogadaliśmy o wszystkim i niczym, głównie o Sahibie, bo innych tematów do rozmów raczej nie byliśmy w stanie znaleźć. Niczego konkretnego się nie dowiedziałam, jedynie zdążyłam wywnioskować, że blondyn nie za bardzo lubił Summithę. Podobno była okropnie zarozumiała i trochę się wywyższała, tego właśnie się spodziewałam...
Wróciliśmy w końcu, bo dopiero co zorientowaliśmy się, że nie było nas prawie godzinę i zapomnieliśmy, że nie przyszliśmy tu sami. Na górze czekała nas niespodzianka...
Sahib wcale nie siedział sam, jak się spodziewaliśmy. Na poręczy jakiego fotela opierała się tyłem do nas bardzo szczupła brunetka z długimi, kręconymi naturalnie włosami. Miała na sobie czarną, krótką sukienkę i wysokie buty.
Chris chrząknął znacząco i oboje obrócili się w naszą stronę, od razu wstając z miejsc.
Nagle poczułam się jak robak. Naprawdę.
Dziewczyna miała spokojnie ponad metr osiemdziesiąt w tych wysokich szpilkach, ale wciąż była odrobinę niższa od araba. Uśmiechnęła się jakoś sztucznie, a ja w sekundę wyobraziłam sobie jak muszę przy niej wyglądać. Zgrzana, czerwona na twarzy od tańca, grubsza choć zawsze uznawałam się za dość szczupłą i mała w tych płaskich butach, ale przewidywałam, że byłyśmy mniej więcej tego samego wzrostu.
- Emma, tak? To ty musisz być przyszłą... - urwała, bo Sahib mocniej ją do siebie przyciągnął, a ona momentalnie zaniemówiła.
Zmarszczyłam czoło.
- Przyszłą... co? - zapytałam podając jej nieobecnie dłoń.
Cała trójka spoważniała i... zamilkła.
- No słucham – powiedziałam jeszcze raz się po nich rozglądając.
Chris zasłonił usta kuflem czyjegoś piwa, Summitha głupio się na mnie patrzyła, a Sahib w ogóle mnie olał...
No nie... Teraz, w tej chwili musiałam dowiedzieć się wszystkiego! To wszystko zaszło za daleko, a ja miałam tą przewagę, że nie byłam do końca sobą. Mogłam więc zażądać odpowiedzi.
- Sahib – podeszłam do niego.
- Pogadajmy – odpowiedział, odchodząc od grupy.
Przeszliśmy przez ten drugi bar, i pociągnął mnie gdzieś całkiem na bok, gdzie muzyka trochę ucichła.
- Chyba najwyższy czas... - wymamrotał.
- Jak się tu znalazłam? - zapytałam ostro stając przed nim, splatając ręce na brzuchu i nie spuszczając z niego władczego spojrzenia.
- Artan dogadał się z twoim ojcem, przecież wiesz.
- Jak go znalazł?
- Sam się zgłosił – mówił całkiem normalnie, nie owijał w bawełnę, za co mu w duchu dziękowałam.
Typowy układ pytanie-odpowiedź. I tego się trzymaliśmy.
- Jak?
- Widział jak ze sobą rozmawialiście.
- KTO?! - wykrzyczałam z niedowierzania.
JA ROZMAWIAŁAM Z WŁASNYM OJCEM?!
- Nie pytaj mnie o to, nie znam szczegółów, ale z tego co wiem później się spotkali, jakieś trzy lata temu...
- Po co tutaj jestem? - postanowiłam nie pytać o resztę, teraz chciałam dowiedzieć się najważniejszego – Wrócę?
Odetchnął ciężko, ale odpowiedział.
- Małżeństwo cię do tego nie uprawni.





_________________

Rozdział wyszedł długi ;) Nawet się nie spodziewałam, ale bardzo fajnie mi się go pisało ;). Następny jakoś w środę, może nawet w czwartek. Trochę jestem zabiegana w tym tygodniu.
Miłego wieczoru.
(ale jestem ciekawa waszej reakcji!) haha
+ Widzicie zakładkę "Poznaj bohaterów" chciałabym coś w niej dać, ale nie mam pomysłu! Wymyśliłam jedynie, że co jakiś czas będę tam wstawiać jakąś scenę (nie związaną z opowiadaniem), ale taką, gdzie możecie trochę poznać daną postać. Co wy na to?

piątek, 23 listopada 2012

14: Szansa, którą mi dajesz przynosi dużo więcej szkód niż przewidywałam (cz. druga).


- Coś się stało? - spytałam widząc jego grymas niezadowolenia na twarzy. Już raz to u niego widziałam, wtedy kiedy po raz pierwszy z nim rozmawiałam. Też był taki obcesowy i traktował mnie jak przybłędę.
- Powiedzmy – urwał, schodząc mi z drogi i wskazując wzrokiem salon.
Przeszłam tych kilka kroków zupełnie zdezorientowana, ale posłuszna. Usiadłam na środku największej z kanap i bez przerwy na niego patrzyłam.
Przyłączył się.
Na coś (lub na kogoś) wyraźnie się złościł. Przebierał nerwowo palcami i zastanawiał się co mi powiedzieć. Założyłam nogę na nogę i czekałam cierpliwie aż czegoś w końcu się dowiem.
Rozejrzałam się w tym czasie po pomieszczeniu. Wszystkie drzwi do ogrodu były otwarte przez co w pokoju panowała przyjemna atmosfera. No, powiedzmy...
- Spotkałem rano Artana – powiedział szybko, nawet na mnie nie spoglądając, a jego nerwy jakby przybrały na sile – Mówił, że raczej się dzisiaj nie pojawi, ma coś tam do załatwienia – podrapał się w głowę.
To ciekawe, ale coś takiego ma wielu w jakiś stresujących sytuacjach. Chyba nie potrafiłam wypowiedzieć imienia chłopaka, u którego tego gestu nie dojrzałam...
- To dziwne, ale bardzo mu zależało, żebyś nie spędziła wieczoru samotnie, a tak się składa, że ja mam już plany...
- Spokojnie – przerwałam mu – Przecież mogę położyć się wcześniej i nawet nie zorientuje się, że jestem w domu – zaproponowałam, uspokajając myśli, że ta sprawa dotyczy wyłącznie tego.
- Wolałbym jednak mu się nie sprzeciwiać.
- To nie jest dla mnie problem, naprawdę – powiedziałam obojętnie – Chyba nie myślisz, że za chwilę do niego polecę i zdam relacje z całej tej rozmowy?
- Nie masz nic przeciwko spędzenia czasu z Chrisem? - zapytał olewając moją wcześniejszą odpowiedź.
Cofnęłam głowę ze zdziwienia. No bez przesady nie byłam małym dzieckiem, które skarży ojcu, że jego brat znowu zabrał mu zabawkę. Coś się we mnie podniosło. Oburzyłam się tym trochę, w czym rzecz? Przecież skoro nie chciał lub nie mógł, obojętnie, przesiedzieć tutaj ze mną cały dzień, to nie musiał robić mi takich rzeczy!
- To konieczne? - dopytałam unosząc brew.
- Emma, proszę cię, nie rób problemu. Możesz się dla mnie poświęcić na te kilka godzin? Chris nie jest taki zły. Fakt, jego żarty nie są śmieszne, a ona sam nie wygląda najlepiej, ale to tylko jeden wieczór, później możemy zacząć się unikać.
- W porządku.
- Przecież ja też tam będę. Jak zobaczę, że znowu się schlał i próbuje nieudolnie prosić cię o... zgadzasz się? - przerwał i spojrzał na mnie wyczekująco.
- No tak.
- Świetnie!







- Przestań się denerwować! Przecież cię nie zjedzą... - zaśmiał się kiedy już parkował samochód.
Im bliżej było do tego spotkania tym bardziej się spinałam. Nie wiedziałam dlaczego z początku tak bardzo obojętne to mi się wydawało, ta perspektywa wyrwania się z czterech ścian nawet mnie zachęcała, żebym zgodziła się na to wyjście, a teraz musiałam szczerze przyznać, że wolałabym zamknąć się jednak w pokoju i wziąć którąś z tysiąca książek leżących spokojnie na dwóch ogromnych regałach. Mogłam spokojnie zaplanować sobie czas, przykryć się miękkim kocem, wziąć na górę dzban soku i pobyć w samotności...

Ale musiałam wziąć kilka głębszych oddechów i zatrzasnąć za sobą drzwi.
Dzisiaj nie było aż tak gorąco. Choć było całkiem sporo po 21 to słońce dopiero zachodziło i powoli ta lekka, piaskowa, drobniutka mgła zanikała.
Chłopak podszedł do mnie i delikatnie kładąc dłoń na moich plecach poprowadził w stronę ogromnych drzwi.
- To trochę inne klimaty, niż te w które wprowadzał cię pewnie Artan – uśmiechnął się otwierając przede mną drzwi – Liczę na to, że się jednak nie odzwyczaiłaś.
To był... bar. Najzwyczajniejszy w świecie bar. Muzyka leciała, a parkiet był pusty. Kilka stolików wokół było zapełnionych, przy innych siedziała dwójka chłopaków, ale Sahib poprowadził mnie po schodach na górę.
Srebrna barierka wokół i trzy większe ławy, a wokół kilka skórzanych kanap. Tam na samym końcu ktoś wstał z miejsca, uśmiechając się szeroko w naszą stronę.
Chris wyglądał na jakiegoś dziwnie zadowolonego. Jasne włosy sterczały w różne strony, ale to tylko dodawało mu uroku, a ładna, naturalna opalenizna tylko to podkreślała. Błękitne oczy lekko przymrużył, zauważyłam to kiedy już podeszliśmy. Przywitałam się z nim i usiadłam obok, Sahib zajął miejsce w fotelu po mojej lewej.
- Chyba nie będziemy dłużej czekać, nie? - spytał blondyn rzucając w naszą stronę spojrzenie, które nakazywało zgodę.
Później wstał i trochę pochylił się w stronę kumpla, a ja rozejrzałam się w tym czasie wokół. Chwilę później odszedł.
- Na kogo? - zapytałam mierząc go uważnie wzrokiem.
- Na Summithę.
- Kogo? - zapytałam marszcząc czoło, żeby trochę uszczegółowił swoją odpowiedź – Aaa... Już wiem na kogo – skojarzyłam szybko fakty, kiedy leniwie podniósł na mnie wzrok.
Bezczelny! - narzekałam w myślach. Najpierw zachowywał się w stosunku do mnie jakbym coś znaczyła, później widzę u niego tę dziewczynę, a teraz jeszcze zaprasza mnie na jakąś ich wspólną randkę. Założyłam nogę na nogę, poprawiając ramiączka jeden z pięciu znalezionych w szafie topów.
Tak, były tam nie tylko sukienki. Kilka par szortów też odnalazłam, więc jak tylko je wygrzebałam postanowiłam je włożyć. Było mi tak o wiele, wiele wygodniej, ale co miałam zrobić? Przecież się nie zbuntuję...
- Spóźni się – odezwał się, wgapiając w ekran telefonu.
Nic nie odpowiedziałam, bo akurat zauważyłam Chrisa rozmawiającego z jakąś kelnerką. Kiedy do nas doszli, kobieta położyła przede mną jasnozielonego drinka, a reszta dostała po piwie.

__________________________
Tak, tak tak tak tak. Do niedzieli :) Ew. dodam w poniedziałek, bo mam mase roboty na weekend, ale powinnam raczej na pewno znaleźć czas na pisanie. A za tydzień, jak jeszcze wytrzymam dam wam taki rozdział, że będziecie dwa dni przeżywać! hahah jasne ;P
Chodzi mi o długość, za tydzień naprawdę się postaram jeśli chodzi o ilość stron w Wordzie ;)
DZIĘKUJĘ I PROSZĘ :P

wtorek, 20 listopada 2012

14: Szansa, którą mi dajesz przynosi dużo więcej szkód niż przewidywałam (cz. pierwsza).


Sztuka trwała prawie dwie godziny. Opowiadała o skrytej miłości Rahel i Edmunda. Wcale nie był to nudny, przepełniony tragizmem dramat, a całkiem przyjemna komedia, pełna humoru i intryg. Brat bohaterki - Minor co chwilę starał się przyłapać kochanków i donieść na nich ojcu, który już wybrał męża dla córki.
Przerwy między aktami strasznie mi się dłużyły, bo tak wkręciłam się w całą fabułę, że te kilka minut było prawdziwą męczarnią. Na szczęście w międzyczasie orkiestra rozstawiona po bokach sceny zajmowała czymś widzów. Nieziemski był ten mężczyzna z trąbką, genialne solówki! Melancholijny podkład, jakieś tam smęty, a tu nagle on wstaje i zaczyna się ruszać, rozweselając przy tym chyba wszystkich. A najbardziej podobało mi się w tym to, że nie musiałam zamieniać z Artanem ani słowa.
Miałam prawie dwie godziny na zastanowienie się nad tym spotkaniem. To śmieszne, ale coś mnie do niego ciągnęło, ale też coś kazało mi trzymać się jak najdalej. Zaskakiwał mnie, starał się, żebym jak najszybciej się tu zaaklimatyzowała, chciał sprawiać mi przyjemność, szanował mnie... I przede wszystkim robił wszystko, żebym poczuła się wyjątkowo.
Ale nie umiałam zapanować nad tymi mroczniejszymi myślami, które zaprzątały mi umysł. Wciąż nie znałam powodu, dla którego tak naprawdę tutaj jestem. Wiedziałam jedynie jak to się stało, ale byłam więcej niż pewna, że bałam się takich odpowiedzi... Byłam rozdarta, a ten strach mnie paraliżował, dlatego tak bardzo starałam się zachować dystans, bezskutecznie, z czego zdawałam sobie sprawę.
Wszyscy zaczęli wstawać z miejsc i powoli kierować się w stronę wyjścia. Artan wyciągnął rękę w moją stronę, dając tym samym do zrozumienia, że powinnam pójść przodem.
- I jak? - spytał kiedy weszliśmy do holu, gdzie na środku były poustawiane masywne rzeźby ludzi. Okrążałam jedną powoli, uważnie jej się przyglądając. Bardzo dobra replika "Dawida" Michała Anioła, pamiętam jak na sztuce zajmowaliśmy się tym dziełem dobrych kilka godzin.
- Zawsze lubiłam teatr - przyznałam szczerze, nie odrywając wzroku od figury mężczyzny - Zaraz po pływaniu, oczywiście - uśmiechnęłam się do własnych myśli, a kiedy zobaczyłam, że znowu sie we mnie wpatruje od razu szybko dodałam - Ta scena, kiedy Rahel rozsypywała te róże była chyba najlepsza, swoją drogą nigdy nie widziałam takiej pięknej odmiany!
Zaśmiał się tylko w odpowiedzi i skierowaliśmy się do wyjścia.






Doszliśmy już przed drzwi mojego pokoju i przez moment naprawdę się wystraszyłam, że wejdzie ze mną do środka, dlatego przystanęłam, obracając się w jego stronę.
- Dziękuję za ten wieczór - uśmiechnęłam się unosząc lewy kącik ust, jakoś nie mogłam się wysilić na więcej.
Zrobił krok w moją stronę, a ja na chwilę wstrzymałam oddech.
Był zdecydowanie za blisko.
Czułam jego oddech na czole i rękę na biodrze. Trochę się przeraziłam, ale starałam się nie dawać tego po sobie poznać. Wzrok kierowałam ciągle w dół, bo nie miałam pewności, czy dam radę wytrzymać taki kontakt. Za dużo trochę na raz...
- Dobranoc - wyszeptał, pochylając głowę bardziej w stronę mojego ucha. Czułam teraz gęsią skórkę na szyi, co musiał zauważyć, bo położył dłoń na mojej brodzie i lekko podniósł moją twarz.
Nie miałam jak się w ogóle sprzeciwić. Dla zasady powinnam, ale tak naprawdę coś w duchu podpowiadało mi, żebym pozwoliła mu na to.
Pocałował mnie naprawdę bardzo delikatnie. Tylko musnął moje wargi, a jego palce z mojego podbródka przesunął na policzek. Przymknęłam oczy i nie wiem co mnie do tego zmusiło, ale stanęłam na palcach i łapiąc się jego karku, oddałam drugi pocałunek. Zdecydowanie bardziej namiętny...







Schodziłam po schodach i liczyłam, że gdzieś na dole go spotkam. Dzięki niemu od rana z mojej twarzy nie odchodził uśmiech. Rozmarzyłam się chyba trochę za bardzo...
Wczoraj kiedy mówiłam mu, o tych różach robiłam to tylko dlatego, że robiło się niezręcznie. Nie sądziłam, że rano na pościeli zobaczę mały bukiet...
 - O! Emma! - od razu podszedł do mnie poddenerwowany Sahib - Musimy pogadać.


_________________

CZWARTEK! Mam ciężko w szkole dlatego tak mało :( ZNOWU na części, niestety.

sobota, 17 listopada 2012

13: "To moja twarz, to moje oczy, innych nie mam. Niczego nie ukrywam; nie boję się ciebie spotkać i przyjąć, narazić się na to, że sprawisz mi ból".


Wyminęłam Sahiba jak tylko zobaczyłam Artana przy schodach. Bez słowa oparłam dłoń na jego ramieniu i ruszyliśmy w milczeniu. A sądziłam, że to były tylko sny. W prawdziwym życiu, moim kanadyjskim, nigdy nie spodziewałabym się, że ktoś zacznie mnie traktować w taki sposób. Nikt nie starałby się, żebym poczuła się aż tak wyjątkowa. Już drugi wieczór czuję się jak Kopciuszek...
To było takie zabawne... Jeszcze miesiąc temu, chcąc znaleźć coś oryginalnego, co nie kosztowało setki dolarów musiałam obszukiwać każdy second hand w okolicach. Przekopywałam się przez stertę rzeczy w stylu lat siedemdziesiątych, czasem spędzając w taki sposób cały dzień, a i tak chwilami nic nie udało mi się znaleźć. Telefon, który miałam, musiałam trzymać przez kolejne trzy lata, a czasem po prostu musiałam udawać, że nie przejmuję się jakimiś małymi dziurami w budżecie Dianah. Nigdy natomiast nie robiłam z tego problemu.
A tutaj?
Miałam na sobie spokojnie ponad tysiąc dolarów, ba! Sama biżuteria kosztowała majątek. Za chwilę wsiądę w długą, czarną limuzynę i będę pić najdroższego szampana, będę jadła lody ze złotem na deser i oglądała panoramę miasta z pięciuset metrów. Brzmi jak szaleństwo. Ale czy rzeczywiście nie zapłacę za to żadnej ceny? To niemożliwe...
Otworzył przede mną drzwi. Czy on naprawdę nie ma co robić z pieniędzmi?
- Gdzie jedziemy? - zapytałam cicho siadając już dużo bliżej niego niż podczas pierwszej podróży, ale wciąż zachowując mały dystans.
Czułam się przy nim swobodniej i jakoś tak bezpiecznie. Nie obawiałam się niczego, cóż za cudowny paradoks...
- Mam nadzieję, że ci się spodoba - odpowiedział z uśmiechem, co odwzajemniłam delikatnie, wciąż trochę nie w humorze.
- Co ma mi się spodobać? - wypytywałam dalej uparcie, a on cicho się tylko zaśmiał.
- Wytrzymaj dwadzieścia minut!
Spojrzałam przez okno i wsłuchiwałam się w jakąś nie znaną mi cichą piosenkę. Wszyscy się czują w takich momentach jak w tanim teledysku, a ja po prostu wyłączyłam się całkowicie i próbowałam o wszystkim chociaż na chwilę zapomnieć. Jazda zawsze mnie uspokajała...
Co jakiś czas patrzyłam w tę szybę, gdzie widać trochę tyłu głowy kierowcy. Nie wiedziałam czemu, ale strasznie mnie ciekawiło, czy to wszystko słyszał... Czy zna każde słowo, które wypowiadamy, czy zachowuje je dla siebie, czy może... Co się ze mną działo?!
Nie mogłam oprzeć głowy o zagłówek, bo moje włosy przeszłyby okropną rewolucję, po której raczej nie wyszłyby cało... Z uwagą oglądałam swoje paznokcie, żeby tylko się czymś zająć. Krępowała mnie ta cisza, mimo że mężczyzna wyglądał na rozluźnionego.




Ktoś coś głośniej powiedział, ale nie zrozumiałam, więc bardzo zdziwiłam się, że Artan spogląda za siebie.
Dotknął na chwilę mojej dłoni spokojnie leżącej na jego przedramieniu i cofnęliśmy się kilka kroków do jakiejś pary na oko trochę przed czterdziestką. Przywitał się z nimi po swojemu, a później zaczęli mówić po angielsku. Przedstawił mnie imieniem.
Objął mnie ręką w talii, przyciągając trochę do siebie.
Nieznany mi arab od razu zmienił sposób patrzenia na mnie i zajął się swoją partnerką. Ależ to było dziwne... Jak tylko przywarłam do jego boku od razu jakby mnie tutaj nie było!
Czułam gęsią skórkę w tym miejscu, w którym mnie dotykał. Podobało mi się to, ciągle ukradkiem spoglądał na mnie i znowu wracał do tej gadki...
- Już po dziewiątej - oznajmiła kobieta i popatrzyła wymownie na swojego męża.
- Premiery nigdy nie zaczynają się punktualnie - odpowiedział jej Artan z jakimś sztucznym uśmiechem - Ale chyba faktycznie powinniśmy wejść do środka... - rozeszliśmy się.
Kiedy stanęliśmy przed ogromnymi, drewnianymi drzwiami znowu się odezwał.
- Przepraszam cię za to, nikt nie powinien nam przeszkadzać.
- W porządku - powiedziałam szczerze i ruszyłam przed nim po schodach, które mi pokazywał.



Widziałam stąd zgiełk jaki był na dole. Oglądałam ich z góry na każdym zatrzymując wzrok, tak różnorodnie wyglądali, ale żadnemu z pewnością nie brakowało pieniędzy... Jedna kobieta mnie zaciekawiła. Usiadła w trzecim rzędzie, w bardzo ciemnozielonej, luźnej sukience i w ogromnym, czarnym kapeluszu z poprzypinanymi do niego...
Wzdrygnęłam się.
Czułam czyiś dotyk na odkrytym karku, chwilę później już na szyi. Oddech od razu mi się pogłębił, odwróciłam twarz dopiero po chwili. Choć nie ukrywałam, że było to przyjemne to chciałam żeby przestał.
- Pięknie wyglądasz - powiedział nie cofając ręki.
Ścisnęłam mocniej trzymaną w dłoniach małą lornetkę.
- Dziękuję... - wydusiłam stłumionym tonem.
- Przeszkadza ci to? - zapytał nadal uparcie nie odwracając wzroku.
Nie lubiłam w nim tego. Wymuszał na mnie odpowiedź takim sposobem patrzenia... Miałam świadomość, że obserwuje każdy mój ruch i momentalnie robiło mi się gorąco i czułam, że muszę mu się poddać. Przerażająca władczość, kątem oka spojrzałam za siebie, za nami na tym balkonie była jeszcze tylko starsza kobieta z dobrotliwym uśmiechem przyklejonym do twarzy.
- Nie - moja niepewność mnie peszyła jeszcze bardziej.
- Mam przestać? - Boże, kiedy to się w końcu zacznie...
Wiedziałam, że każda odpowiedź na to pytanie jest zła, ale poganiał mnie stres, który potrafił we mnie wywołać. Nie wiedziałam, co robić, czułam jak po czole spływa mi wymyślona kropla potu...
- Nie - tylko kiedy to wypowiedziałam, jego dłoń zsunęła się na moje odkryte plecy gdzieś na wysokości połowy.
- Nie musisz się mnie bać – powiedział, a sekundę po jego słowach muzyka zaczęła rozbrzmiewać a cichy szum ludzkich rozmów na dole ucichł.
- Nie boję się – zdawałam sobie sprawę jakie są te moje odpowiedzi. Obcesowe, zupełnie bez wyrazu, jakbym chciała jedynie jak najszybciej zakończyć tę konwersacje. Nieporadnie to ukrywałam.
- Przecież widzę... - znów zaczął przebierać palcami na skórze moich pleców – Czuję – poprawił się niemal natychmiast.
- To nie strach – wyrzuciłam z siebie spoglądając na niego pierwszy raz od początku całej tej sytuacji.
Na scenę weszła pierwsza aktorka.


Patrz z dumą, że możesz powiedzieć: "To moja twarz, to moje oczy, innych nie mam. Niczego nie ukrywam; nie boję się ciebie spotkać i przyjąć, narazić się na to, że sprawisz mi ból".
Patrz, poza granicę tego, co widzisz, poza granicę pozorów, zalet i wad. Połącz się z drugim człowiekiem w ramach tej rzeczywistości, która najbardziej określa jego istotę. Zbadaj tajemnicę, którą on sobą przedstawia, pamiętając, że nigdy jej nie wyczerpiesz, ponieważ to co najważniejsze jest niewidoczne dla oczu...





____________

To jak widzimy się we wtoreczek? :) Kurczę, mam problem z internetem! Zupełnie jak jedna z odwiedzających. Raz ten internet jest od razu, raz się włącza po kilku godzinach (czyli zazwyczaj włączamy komputer rano, a korzystamy z niego dopiero po południu -.-), albo nie ma wcale. No to chyba jakiś żart xD.

piątek, 16 listopada 2012

JUTRO DODAM

Przepraszam, ale dopiero teraz włączyli mi internet a już musze wyjść z domu i wracam dopiero jutro ok. południa, ale pierwsze co zrobię to wstawiam rozdział!!!
a rozdzial trzeba jeszcze dorobić, bo są sceny napisane, ale brak łączników. Wyrobiłabym się w godzinę, ale za chwilę mam autobus także przykro mi ;(

wtorek, 13 listopada 2012

12: Zbyt wiele myśląc o jutrze, możesz przegapić dzisiaj.


Tylko tyle usłyszałam, później nie rozmawiali już po angielsku. Byłam zła, że nic nie rozumiem, bo mój plan podsłuchiwania za drzwiami legł w gruzach. Miałam już tego dosyć. Koniec. Jak tylko spotkam, któregoś z nich będę musiała zażądać odpowiedzi. Jestem to już prawie dwa tygodnie, a nie wiem zupełnie nic. Przecież i tak na razie stąd nie ucieknę, potrzebny mi na to czas. Ale dobrze wiedziałam, co robić, żeby osiągnąć cel.
Musiałam zbliżyć się do Artana. Musiałam stać się dla niego tak ważna, że zrobiłby to o co go poproszę. Wtedy wszystko wróci już do normy, będę w domu...
W domu – prychnęłam w myślach. Nie mogłabym wrócić do ciotki i spojrzeć jej w twarz. Zdradziła i mnie i moją matkę, nigdy jej tego nie wybaczę, może być pewna. Tyle że ja tak bardzo chciałam się stąd wyrwać, że to gdzie trafię nie obchodziło mnie teraz tak bardzo. Choć nie byłam tu w żadnym stopniu traktowana źle, to wiedziałam, że wkrótce się to zmieni, czułam to.
Zeszłam w dół po schodach.
- Emma? - ktoś zawołał mnie z dołu.
Rozejrzałam się, a przede mną stał Artan uśmiechnięty jak chyba jeszcze nigdy. Zmarszczyłam czoło i odwzajemniłam delikatny uśmiech, bo po prostu inaczej nie umiałam, tak jakoś mi też zrobiło się weselej.
Stał za ladą, po stronie gdzie Martha zawsze piekła ciasto, usiadłam więc naprzeciw.
Ciągle coś mówił, obiecał, że specjalnie dla mnie przygotuje jedyne co potrafi czyli jogurt ze świeżych owoców.
- Udało mi się w końcu namówić prezesa całkiem sporej firmy na sprzedaż udziałów - powiedział mi w końcu, kiedy ciągle wypytywałam o jego humor - A poza tym mam dla ciebie dwie niespodzianki. Jedna wisi w twojej szafie, a o drugiej dowiesz się wieczorem. - podwinął rękawy białej koszuli do łokci i umył ręce znikając na chwilę za szafką. Wziął nóż z szuflady i kroił powoli arbuza, a ja w skupieniu słuchałam - A jak w ogóle jest ci tu z taką temperaturą?
- Chyba się przyzwyczajam... - odpowiedziałam wzruszając ramionami, bo trochę za bardzo rozluźniłam się w jego towarzystwie, ale na szczęście tego nie zauważył - W domu jest dużo chłodniej - położył przede mną talerz z pokrojonym owocem i zabrał się za granat.
- Miesiąc przed twoim przyjazdem był najcieplejszy czas w roku i cała klimatyzacja padła - już miał powiedzieć coś więcej, otworzył nawet usta, ale do salonu wszedł Sahib stając obok mnie i pomagając mi opróżnić to całkiem spore naczynie.
- Jadę po Chrisa - spojrzałam na niego z dołu, później na Artana, który cicho się zaśmiał.
- A masz klucze? - nie podniósł nawet wzroku na chłopaka, który już odchodził.
Nagle stop. Stanął jak wryty w podłogę.
Odwrócił się powoli, a mina trochę mu zrzedła.
- Nie mam? - spytał robiąc znowu krok w naszą stronę, ukryłam rozbawienie napychając arbuza do buzi.
Wymownie spojrzał na swojego wuja, który w ciszy śmiał się z niego patrząc na jego zdziwioną minę tylko przez kilka sekund, ale uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Choć tylko przelotnie to zauważyłam to bardzo mi się spodobało. Już wcześniej zauważyłam ten ładny kształt jego ust, tyle że właściwie cały czas widywałam go poważnego, no może na chwilę złamał się wtedy, gdy zabrał mnie na tę kolację. Do tego miał proste, białe zęby i te dołeczki w policzkach... Nie miałam kogo oszukiwać, Artan był bardzo przystojny, zauważyłam to na samym początku, a teraz wydawał mi się taki normalny... Jakby był MOIM wujkiem, a nie...
- No przestań... - podszedł do niego i jakby od razu zmienił ton - Nie będziemy się chyba bawić w szlabany, nie? Jesteśmy dorośli.
- Ja jestem - stwierdził obojętnie wrzucając owoce do miksera i wlewając jogurt.
- Chyba sobie żartujesz... Oddaj mi samochód!
- To przestań zachowywać się jak gówniarz - miałam wrażenie, że bardziej był zainteresowany tworzeniem szejka idealnego niż swoim bratankiem - Zaczynasz mnie poważnie wkurzać, więc albo się dostosujesz, albo będę dalej trzymał się swoich metod, które jak widzę już polubiłeś - znowu uśmiechnął się bezczelnie w jego stronę.
Mimowolnie wyobraziłam sobie pewną scenę i od razu ją sobie porównałam do tej sytuacji. Kiedyś wróciłam późno od koleżanki, zabrałyśmy z barku trochę rozpoczętego wina i wypiłyśmy po dwie lampki. Kiedy Dianah mnie zobaczyła myślałam, że mnie udusi, a kiedy rano wstałam sytuacja była bardzo podobna do tej, tyle że ja kłóciłam się o starego samsunga, a nie o wart tysiące dolarów samochód!
Spojrzał w naszą stronę z pogardą i wyjął prędko telefon z kieszeni zmykając się w tym pokoju po prawej stronie schodów...
Artan spojrzał na mnie przelotnie, ale kiedy zobaczył moją minę wrócił wzrokiem na dłużej, aż zrobiło się to dla mnie dość krępujące... Zdecydowanie za długo patrzył, już powinien się obrócić!
- Dobrze, że temu Głupkowi udało się cię rozśmieszyć - powiedział dalej gapiąc mi się w twarz - Pierwszy raz widzę cię tak szczerze uśmiechniętą.
- Chciałabym... - szepnęłam niepewnie, opuszczając głowę tak cicho, że sama się ledwo słyszałam.
Nie mogłam się przemóc, ale wiedziałam, że to jest ten moment. Teraz musiałam o wszystko pytać, nie byłam pewna kiedy znowu nadarzy się taka okazja, to było konieczne.
- Tak? - zapytał delikatnie dotykając mojego podbródka i unosząc go powoli w górę, dopóki nie byliśmy twarzą w twarz.
- Nic, nic.. - spojrzałam trochę z paniką na niego, ale nagle ogłupiałam, choć codziennie układałam sobie w głowie jak powinnam przeprowadzić tę rozmowę, żeby poskutkowało wszystko, co chciałam zacząć.
Odetchnął ciężko opierając dłonie o blat.
Przestraszyłam się.
- Wszystko się skomplikowało - przyznał, ale znów zmienił się w tego poważnego mężczyznę, którego widywałam codziennie - Nie wiem, kiedy będę w stanie ci o tym wszystkim opowiedzieć, ale mieszkanie tutaj - zastanowił się chwilę, ale kontynuował - nie jest chwilowe. Emmo, jesteś teraz częścią tego świata, rozumiesz?
- Ale... - zaczęłam cicho i już czułam, że wzbierają się we mnie łzy - Dlaczego?
- Na to pytanie odpowiedź już dostałaś. - spojrzał na zegarek - przyspieszymy to, jesteś gotowa, żeby ruszyć za dwie godziny?
Podniosłam zmęczony wzrok i pokiwałam twierdząco głową.






Pociły mi się dłonie i to nie z powodu czterdziestu stopni na zewnątrz... Denerwowałam się. Zaczęłam kiedy tylko zobaczyłam co takiego mam na siebie włożyć.
Sukienka była bardzo długa, bordowa. Stopy miałam całkiem zasłonięte, więc nie było widać butów chyba najlepszych z całej tej boskiej kolekcji. Spojrzałam jeszcze raz w prawo, gdzie stało duże lustro. Włosy upięłam w dużego koka, wypuszczając z niego jedynie kilka pojedynczych pasm, które lekko podkręciłam lokówką. Delikatny naszyjnik prawie idealnie wpasowywał się w całość, jak i drobne kolczyki. Sukienka nie miała ramion, za to był całkiem spory dekolt, dlatego głównie spędzałam czas w doborze odpowiedniego stanika. Czułam się strasznie spięta.
Czekałam na Artana tutaj, w salonie. Czułam, że tak będzie najlepiej. Przeszłam kilka kroków ze zniecierpliwienia, choć wcale się nie spóźniał. To mi został jeszcze czas. Zastanawiało mnie tylko jedno... gdzie są wszyscy?
Odpowiedź przyszła natychmiast.
Najpierw słyszałam kroki, a później zobaczyłam do kogo należały. Artan i Sahib rozmawiali o czymś zawzięcie, a mężczyzna zapinał guzik koszuli w miejscu nadgarstka. Oboje nagle stanęli w miejscu nie domykając ust. Chyba było dobrze.
Stali koło siebie i chwile oboje nie mogli oderwać wzroku. Uśmiechnęłam się okropnie niepewnie, czekając na jakąś reakcję. Zrozumieli o co mi chodzi.
- Daj mi minutę - poprosił i wszedł szybko na górę.
Zostaliśmy z Sahibem sami, a mi zdenerwowanie ani trochę nie minęło. Podszedł te kilka kroków i wydusił z siebie tylko krótkie "wow". Wcale nie podniosło mi to samooceny...
- Trzymam kciuki - powiedział mierząc mnie wzrokiem - jak wytrzymasz z nim ten wieczór będziesz najtwardszą kobietą na świecie - zaśmiał się wymownie - To nudziarz.
- Nie zauważyłam - odpowiedziałam poprawiając naszyjnik - Ale dzięki.
- Więc dobrej zabawy - pochylił się i pocałował mnie delikatnie w policzek, jeszcze przez chwilę spoglądając mi w oczy.
Kiedy w końcu się odsunął zobaczyłam, że wcale nie byliśmy sami.

_______

A według was... tak z ciekawości zapytam :D do którego z nich Emmie jest bliżej? Macie jakieś swoje teorie? :) Bo mam dość kontrowersyjny plan i nie wiem co o nim sądzić ;p
Następny na początku weekendu - piątek tak sądzę ;)

sobota, 10 listopada 2012

11: Wszystko wydaje się być trudniejsze, kiedy posiadasz uczucia. (część druga)

 Nie pozwoliłam znowu namieszać sobie w głowie. Już wystarczająco byłam zagubiona, a teraz kiedy już znalazłam rozwiązanie całej tej chorej sytuacji on chce mi ją skomplikować.
Odciągnęłam jego rękę od swojej twarzy i odwróciłam na chwilę wzrok. Chłopak tylko westchnął ciężko i też milczał.
 Oglądałam swoje paznokcie z udawaną ogromną uwagą, żeby tylko nie czuć się teraz głupio. Nie ruszał się z miejsca choć w myślach prosiłam go żeby już sobie poszedł. Podniosłam wzrok i powiedziałam, że powinnam wracać na górę. Jakoś mnie nie zdziwiło, że mi nie uwierzył...
 Kiedy tylko przekroczyłam próg usłyszałam głośne trzaśnięcie drzwiami i ktoś szybko wbiegł po schodach na górę. Odwróciłam się za siebie, ale Sahib dalej siedział na swoim miejscu, a Martha coś robiła w ogrodzie. Poczułam nagły przypływ odwagi i ruszyłam powoli na górę.
 Im wyżej wchodziłam tym bardziej się wahałam. Trochę się bałam wejść tak po prostu do gabinetu Artana i sprawdzać co się dzieje, ale coś w duchu podpowiadało mi, że MUSZĘ to zrobić, jeśli mój plan ma wyjść tak jak sobie to wymyśliłam. Kiedy już stanęłam przed odpowiednimi drzwiami wzięłam głębszy oddech. Dotknęłam klamki i szarpnęłam wchodząc niepewnie do środka.
 Mężczyzna siedział na kanapie z twarzą schowaną w dłoniach. Oczywiście podniósł się kiedy tylko usłyszał, że ktoś wszedł, ale chyba nie spodziewał się mnie tutaj. Miał minę zaskoczonego tylko na dosłownie kilka sekund, bo potem ruszył do biurka i udawał, że czegoś szuka.
- Emmo, nie mam teraz czasu - mówił zdenerwowany - Jestem zajęty, zaraz ktoś się tu pojawi.
- Coś się stało? - zapytałam cicho podziwiając się w myślach za odwagę, bo w końcu, delikatnie bo delikatnie, ale wyrzucił mnie z pokoju.
- Nic - odpowiedział szybko włączając komputer - Mam dużo pracy.
- Może uda mi się pomóc... - przerwałam, bo opadł ciężko na fotel.
Odwrócił się na nim bokiem do mnie i nie odezwał się już więcej. Pewnie czekał, aż sobie pójdę, ale ja zamiast tego zrobiłam kilka małych kroków opierając się bokiem o blat biurka. Spojrzał na mnie zmęczonym spojrzeniem, jakby wcale się nie zdziwił, że robię coś zupełnie innego niż mi każe, ale ja sama sobie ogromnie się dziwiłam, ale byłam wyjątkowo zdeterminowana. Rozejrzałam się wokół i przykuła mój wzrok rzucona na ziemię, czarna marynarka, a Artan właśnie szarpał jedną ręką supeł krawata poluźniając go w ten sposób i odpiął najwyższy guzik białej koszuli.
- Zmarł mój brat - powiedział o dziwo bardzo naturalnie - Ojciec Sahiba - dodał po chwili krępującej dla mnie ciszy.
- Przykro mi - nie wiedziałam, co miałam powiedzieć, dlatego postawiłam, na tekst, który był najbardziej powszechny. Teraz dzielił nas jakiś metr.
- Jak widzisz nie dasz rady mi pomóc, więc może lepiej jeśli sobie... - urwał, jak tylko pokonałam tę dzielącą nas odległość i położyłam dłoń na jego ramieniu.
Nie wiedziałam dlaczego wszystkie moje obawy tak najzwyczajniej w świecie na ten moment zniknęły. Nie bałam się, że zaraz zaciągnie mnie w jakieś krzaki, albo pod biurko, że zamknie mnie w pokoju i zabroni wychodzić, że wykorzysta niszcząc mnie zewnętrznie jak i duchowo. Zaufałam mu, choć intuicja nakazywała mi cały czas zachowywać dystans. Nie miałam pojęcia czemu się tak zaangażowałam. Naprawdę było mi go szkoda, tak samo jak trudno było mi dzisiaj odtrącać Sahiba, ja po prostu za bardzo w to wszystko weszłam - i dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę. I nie miałam pojęcia dlaczego. To mnie przerażało.
Dotknął swoją dłonią mojej i uspokajał oddech. Dobrze wiedziałam jak się czuł, ja też straciłam kogoś bardzo bliskiego, teraz wydawał mi się jakiś bliższy... Za nic w świecie nie powinnam tak myśleć!
- Jak to się stało? - dociekałam.
Chciałam mu pomóc, więc jako pierwsze co przyszło mi na myśl było to, żeby mi o wszystkim powiedział z doświadczenia wiedziałam, że to bardzo pomaga, kiedy ktoś dzieli się swoimi problemami.
- Nieważne - zbył mnie.
- Chciałabym wiedzieć... - powiedziałam cicho spoglądając na niego wymownie, a on w końcu podniósł wzrok.
Sparaliżowało mnie. Popatrzył na mnie z politowaniem, ale jakoś zrobiło mi się słabo. Nie wiem co miał w swoim spojrzeniu, ale... aż mnie zmroziło i doszłam do wniosku, że może faktycznie lepiej byłoby...
- Miał złośliwego raka wątroby - mówił spokojnie - Za późno go wykryto. Osierocił trójkę dzieci, a jego żona... - ucichł, bo zorientował się w końcu, że za dużo powiedział.
- Trójkę? - zmarszczyłam czoło, a on chyba spanikował, bo od razu przyjął bardziej przejęty wyraz twarzy i obrócił się całkiem w moją stronę, a ja oparłam się tyłkiem o blat biurka.
- Ta rozmowa musi zostać między nami, jasne? - pytał mierząc mnie wzrokiem - Nie chciałbym, żeby Sahib kiedykolwiek się o tym dowiedział. Ma swoją prawdę i będzie najlepiej jeśli tak już pozostanie.
Pokiwałam głową na znak, że się zgadzam.
Ze zmęczeniem podjechał do mnie na fotelu te trzydzieści centymetrów, które były między nami i opuścił na chwilę głowę, żebym pewnie dojrzała w nim jak najmniej emocji. Zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę to dopiero teraz, pierwszy raz widzę jak zachowuje się naturalnie. Fakt, że sytuacja temu nie sprzyjała, ale ta aura doskonałości i świadomość, że nic nie mogło go zaskoczyć - znikła na ten czas. Dopiero teraz zauważyłam, że był bardzo zamknięty w sobie, starał się stać z boku, patrzeć na wszystko biernie. Był podobny do mnie...
Gdy podniósł w końcu twarz i obrzucił mnie wzrokiem tylko na sekundę, zrozumiałam, że już nic więcej mi nie powie. Za to znów niezwykle delikatnie dotknął mojej prawej dłoni, która zwisała luźno wzdłuż mojego ciała i sunąc palcami do góry zatrzymał się na moim brzuchu chwilę później opierając o niego czoło.
To mnie zdziwiło i nie wiedziałam jak się zachować. Czułam na po bokach ud jego nogi i byłam pewna, że gdyby był troszeczkę bliżej czułabym też coś więcej. Skrępowała mnie ta bliskość, ale uniosłam rękę i pogładziłam go ostrożnie po włosach. Miałam wrażenie, że tylko czekał na jakiś mój ruch, bo dotknął moich kolan, minutę później będąc już prawie na biodrach. Już spodziewałam się jak może zakończyć się to spotkanie, ale przeszkodziło nam natarczywe pukanie do drzwi.
Niechętnie podniósł się z miejsca i zdejmując szybko całkiem krawat i podnosząc z podłogi marynarkę otworzył drzwi, szybko więc odsunęłam się pod okno.
Kolejny... - pomyślałam sobie.
Sahib wszedł w wyjątkowo złym humorze do środka i od razu zaczął się rzucać po tym swoim języku, chyba mnie nie zauważył. Artan coś mu odpowiedział i chłopak w końcu odwrócił się w moją stronę.
- Emma, wyjdziesz? Chcemy pogadać - powiedział podniesionym głosem.
- Może grzeczniej? - upomniał go mężczyzna - Nie zwracasz się do byle kogo.
- W porządku - wtrąciłam się już ich wymijając - Będę u siebie... - zadeklarowałam i wyszłam z tego pokoju.
- Możesz mi w końcu powiedzieć o co w tym wszystkim chodzi?!

______________________
Sprawy rodzinne, wybaczcie. Ale prawdopodobnie wszystko już się uspokoiło, więc problemu z notkami być już nie powinno. W każdym razie znowu przepraszam, za to, że tak krótko, ale wiem już dokładnie co zawrzeć w następnym, a nie chciałam tu tego wciskać bo by mi nie pasowało do całości ;)
Następny dodam we wtorek.
Miłego weekendu ;D

niedziela, 4 listopada 2012

11: Wszystko wydaje się być trudniejsze, kiedy posiadasz uczucia. (część pierwsza)

Zmieniłam już w ustawieniach możliwość komentowania, przepraszam za to utrudnienie, teraz jest już wszystko w porządku! :)

Przepraszam, że tak malutko, ale miałam zapisany rozdział w folderze na pulpicie, ja rano otwieram patrze a tam... pusto. Dzięki komuś wielkie! :( Następny dodam we wtorek, ale wieczorem, w porządku? Mam nadzieję, że was nie zawiodłam ;c
_________________________



  Wciąż myślałam o moim śnie. Ciągle jakoś starałam się go zinterpretować, ale na próżno. I choć domyślałam się, co może znaczyć, wcale nie uważałam, że jestem temu winna. Przecież ja nic sama nie zaczynałam, wszystko wyszło jak wyszło, może błędnie, ale nie widziałam w tym swoich niedociągnięć.
  Jadłam powoli, w ogóle nie miałam apetytu, ale robiłam to tylko dlatego, że Martha ciągle powtarzała jak to starała się zrobić gofry idealne, a ja nie chciałam robić jej przykrości. Nie czułam smaku, myślami byłam nadal w moim łóżku, pogrążona w sennym koszmarze.
  Trochę też myślałam o wieczorze. Dopiero teraz dostrzegłam, że to co robił Artan miało drugie dno. Byłam przekonana o tym, że robił to tylko po to, żebym mu zaufała, a później... Cokolwiek miałoby się ze mną stać, miało mi być prościej. Było jeszcze gorzej.
  I ten jego syn, Sahib. Nie wiem dlaczego obeszła mnie obecność tej dziewczyny w domu. Przecież wiedziałam, że istnieje, bo widywałam ją tutaj, to dlaczego to mnie tak uderzyło?
  Powinnam skupić się na jego ojcu. Tak. To byłoby najrozsądniejsze. Może gdybym bardziej przyłożyła się do swojego zadania miałabym szansę jeszcze stąd odejść, jeśli będę dobrze grała, może mi ulegnie, może uda mi się powrócić do dawnego życia.
  Aż uśmiechnęłam się na samą myśl. Na te wspomnienia, na moją przyjaciółkę, ale... Czy naprawdę myślałam, że byłabym w stanie wybaczyć Dianie? Zacisnęłam na chwilę powieki.
- Nauczona? - usłyszałam gdzieś z tyłu, a chwilę później krzesło obok zostało zajęte.
- Oh... - wymruczałam trochę zawiedziona obecnością Sahiba - Tak, myślę, że tak.
- Posłuchaj, wczoraj...
- Nie tłumacz się - przerwałam mu, słabo się uśmiechając.
Popatrzył na mnie chwilę i pytał o trudności w nauce. Odpowiadałam zdawkowo, bo nie miałam ochoty na tę rozmowę. Bardziej interesowało mnie moje śniadanie, które nareszcie skończyłam. Miałam nadzieję, że nie rozboli mnie brzuch od dziwnego smaku dżemu.
- Jak minął wczorajszy wieczór? - zapytał nagle, wybijając mnie z rytmu, bo jak myślami dalej byłam przy tych hieroglifach, które wczoraj mi wręczył wykaligrafowane na kartce.
- Twój ojciec miałby ci więcej do powiedzenia - pochwaliłam się w myślach za tę odpowiedź.
Tak, słuchaj ojca i przestań mieszać mi w głowie. Tylko wszystko mi utrudniasz, najlepiej byłoby gdybym wcale nie musiała z nim rozmawiać. Nie chodziło o to, ze nie nie lubiłam, bo wcale tak nie było, ale sprawiał, że ciężej było mi ze wszystkim... dosłownie.
- Mój ojciec? - zmarszczył brwi i chwilę się we mnie wpatrywał jakby nie zrozumiał co do niego mówię, a później roześmiał się cicho - Artan nie jest moim ojcem.
- Nie?
- Nie - znowu się uśmiechnął - Mam prawie osiemnaście lat, a on pół roku temu skończył trzydziestkę. Musiałby być bardzo aktywnym dziesięciolatkiem i pobić jakiś rekord.
- To dlaczego... - tym razem on mi przerwał.
- To chyba jest rozmowa na trochę inny czas.
  Miałam plan. I za wszelką cenę chciałam go zrealizować. Musiałam zrobić wszystko, by jak najszybciej zbliżyć się do trzydziestolatka i wykorzystać to do powrotu do domu. Na stałe.
  Nie wydawało mi się to jakoś szczególnie trudne. Artan sprawiał wrażenie rozsądnego mężczyzny, cierpliwego, więc to tylko ułatwiało mi zadanie.
  Zaczęłam się zastanawiać od kiedy we mnie taka moc, żeby robić tak ohydne rzeczy! Ale byłam przypięta do muru i chciałam złapać się ostatniej deski ratunku, miałam tylko nadzieję, że będę w stanie to zrobić.


Czemu zgodziłam się wyjść z nim do ogrodu? Siedzieliśmy na trawie koło basenu i choć on cały czas mówił, wyczuwało się napiętą atmosferę. Nie chciałam się do niego zbliżać, miałam teraz w myślach tylko jeden cel i nie chciałam się w żaden sposób rozpraszać.
- Nie wiem co takiego w sobie masz - zaczął wprowadzając jeszcze bardziej nerwową atmosferę - Ale mnie cholernie do ciebie ciągnie.
Milczałam, więc kontynuował.
- Możesz zapomnieć o tym, co wczoraj widziałaś?
Cisza. Przysunął się dużo bliżej mnie.
- Najlepiej daj mi za to w twarz... - powiedział już dużo ciszej, kładąc dłoń na moim policzku.

piątek, 2 listopada 2012

10: Za milczenie też istnieje kara.


  W tym wszystkim, w całej tej kolacji przerażało mnie tylko jedno – zaczęłam czuć się przy nim swobodnie. Nie bałam się już odezwać i nie wiem, czy to to, że się przyzwyczaiłam czy procenty, które szalały w mojej głowie po trzeciej lampce słodkiego, czerwonego wina. W każdym razie Artan stwarzał pozór całkiem łagodnego mężczyzny.
 Często się uśmiechał, a zawsze kiedy to robił na jego czole tworzyła się mała, charakterystyczna zmarszczka. Z początku sprawiał wrażenie nie przystępnego indywidualisty, a tutaj… Tak, to bardzo możliwe,że oboje mamy słabą głowę.
 Przez cały czas o coś mnie pytał, a o sobie nie powiedział właściwie nic. Jedyne co mi zdradził, to swój zawód – podobno zajmował się sprzedawaniem małych firm i zgarnianiem za to sporej kasy (tego mi nie powiedział,ale nie trudno było się domyślić). Nie dowiedziałam się jednak niczego, co miało związek z moim przyjazdem tutaj, więc zostawałam w znienawidzonej niewiedzy i strachu o siebie…
 W drodze powrotnej obiecał, że pokaże mi więcej tego świata, że kolacjaw tym ogromnym budynku to dopiero początek.
 Kiedy do powrotu do domu zostało jakieś dziesięć minut po raz pierwszy spojrzałam na zegarek. Było już sporo po północy, prawie pierwsza, ale jakoś w ogóle tego nie czułam. Byłam jedynie trochę zmęczona całą tą sytuacją i ciągłymi sytuacjami, które tak strasznie mnie dziwiły.
 Kiedy spojrzałam na niego jak rozmawiał przez telefon wydawał mi się dużo młodszy. Dałabym mu niecałą trzydziestkę, gdyby nie to, że miał syna. Nie wiedziałam czego ode mnie oczekiwał po tej kolacji, ale jedno osiągnął – ciągle myślałam o tym jak mnie obejmował. Jakby obchodziło go tylko to, żebym za wszelką cenę czuła się przy nim bezpieczna, jakby patrzył na mnie na razie bez pożądania, bo kiedy jego ręka przez przypadek zeszła nawet na biodro od razu się poprawiał i zmieniał uścisk na bardziej przyjacielski. Nie odrzucało mnie to w każdym razie. Ale też nie było zadowalające. Było całkowicie obojętne.
- Emmo,będę musiał cię przeprosić – odezwał się w końcu, a ja od razu na niego spojrzałam.
- Za co? – zapytałam, na co odpowiedział ciężkim westchnieniem.
- Muszę… Powinienem jeszcze gdzieś być… Nie wejdę do domu – kiedy skończył jakby na zawołanie limuzyna stanęła, a on otworzył drzwi.
 Wysiedliśmy oboje. Wokół było całkiem ciemno, dopiero kiedy stanęliśmy przed drzwiami światło na werandzie postanowiło się zapalić i dać mi szansę na ponowne przyglądnięcie się Artanowi. Szepnął tylko „dobranoc” i w sekundę znalazł się przy mnie muskając delikatnie moje czoło. I odszedł.
 Otworzyłam drzwi i niemal od razu stanęłam jak wryta w ziemię.
- Emma?! – usłyszałam zdziwiony męski głos – Już jesteście? – spytał cicho.
Sahib stał tak zdziwiony jak ja widząc na teście z matmy czerwoną piątkę albo chociaż cztery plus. Spojrzał nerwowo gdzieś przez ramię i zrobił krok w moją stronę, a z tyłu…
- W porządku?- drugi, tym razem kobiecy głos przerwał głuchą ciszę.
 Z tyłu na środku salonu stała dziewczyna, ta sama, którą widziałam pierwszego dnia przez okno i którą podsłuchiwałam drugiego. I nic dziwnego by w tym nie było, gdyby nie stała tam jedynie owinięta w bordowy ręcznik.
 Otworzyłam szerzej oczy, ale za wszelką cenę nie chciałam wyglądać na przejętą.
 Bez słowa wbiegłam na górę nawet już na nich nie patrząc. Zdejmując buty po drodze zamknęłam się w pokoju.
 Wstałam zupełnie wyspana z dobrym humorem. Zeskoczyłam podekscytowana z łóżka i otworzywszy szafę wybierałam starannie strój, który miałam na siebie włożyć.Sukienka – jak zwykle. Miałam dylemat pomiędzy dwoma, na obie miałam ochotę, żywe, wyraziste kolory, które wszem i wobec mówiły wszystkim jak dobrze się dzisiaj czułam.  Akceptowałam już swój los i nawet przestał mi przeszkadzać, więc postanowiłam wyciskać z każdego dnia wszystko, co można było. Włączyłam telewizję,szukając jednego z miliona muzycznych kanałów i w rytmach jakiejś popowej piosenki ruszyłam do łazienki.
 Wyszłam z niej dość szybko i poleciałam na dół. Wzięłam kilka bananów i pokroiłam je w cienkie plastry razem z arbuzem i wrzuciłam wszystko do małej miski. Wyciągnęłam widelec z szuflady i usiadłam w salonie jedząc śniadanie.
- Wstań – usłyszałam.
 Zmarszczyłam czoło rozglądając się po pomieszczeniu, ale nikogo w nim nie zauważyłam.
- Wstań – męski głos powtórzył znowu, ale tym razem wiedziałam już kto mówił..
 Sahib stał jakieś dziesięć metrów ode mnie i intensywnie się we mnie wpatrywał. Uśmiechnęłam się przepraszająco i czekałam, aż coś powie, tyle że on uparcie teraz milczał. Odłożyłam owoce na stolik.
- Nie słyszałaś,co powiedziałem? – nie ruszył się nawet z miejsca, jedynie jego wargi się ruszały, a głos stawał coraz bardziej wrogi –Wstań.
- Dlaczego? – zapytałam dalej siedząc na miękkiej kanapie.
- Wstań.
 Przymknęłam powieki zupełnie nie widząc o co mu chodzi, a kiedy przechylił głowę w bok zrobiłam dokładnie to samo.
Po jego lewej stronie stało kilka szarych walizek różnej wielkości i jedna, puchata niebieska poduszka. Taka sama jaką miałam w Kanadzie, która zawsze wiernie leżała na moim łóżku.Zdziwiłam się widząc ją tutaj więc podeszłam, żeby sprawdzić czy to faktycznie ona.
 Wzięłam ją do rąk i odwróciłam przyglądając się zamkowi błyskawicznemu i sprawdzając czy brakowało jednego ząbka jak w mojej. Uchyliłam zdziwiona usta.
-Co… – chciałam spytać, ale czyjeś kroki mnie uciszyły.
 Stukot obcasów był mi w tym domu obcy. Zwykle słyszałam tylko moje, a tutaj, kiedy ja stałam w miejscu z niewiadomych przyczyn nie mogąc się ruszyć ktoś…
 To ta dziewczyna. Miała na sobie moją beżową sukienkę! Tą, którą włożyłam na kolacje z Artanem i… Moje buty! Ona miała na stopach moje szpilki!Podburzyłam się.
Stanęła obok chłopaka i położyła mu dłoń na ramieniu, a on nawet nie drgnął. Patrzyłam na nich pytająco, a kiedy po raz kolejny miałam się odezwać – kolejne kroki. Martha z prawej strony przyniosła kolejną walizkę i położyła ją ostrożnie koło mojej nogi stając obok tej dziewczyny. Sekundę później pojawił się też Artan, stając dokładnie pośrodku.Zmierzył całą moją postać wrogim spojrzeniem i odezwał się w końcu.
- To już koniec – oznajmił.
- Co? – zapytałam cicho ciągle zdołowana.
- Tutaj są wszystkie twoje rzeczy. Weź je i odejdź z naszego życia – odezwała się dziewczyna Sahiba.
-Ale…
- Zabierz swoje rzeczy – nakazał znowu mężczyzna –Nie chcę cię widzieć. Nic już nie jesteś dla nas warta.
-Nie możesz mieć obydwu.
______

Do zobaczenia w niedzielę ;)

9: Przekraczanie bariery własne wyobraźni, spełnianie czegoś więcej niż marzenia.


Odsunęłam się nieśmiało, kiedy te zwykłe pocałunki zaczęły nabierać na namiętności. Wystarczyło, że cofnęłam głowę o centymetr, a on od razu zrozumiał o co mi chodziło. Rzucił mi jeszcze jedno spokojne spojrzenie i przypomniał, co powinnam ogarnąć do jutra. Później już zaczął się zbierać mrucząc coś, że wieczorem ma coś do zrobienia, dlatego tak szybko się zmywa.
Wieczór? - spojrzałam na niebo - O cholera.
Zerwałam się szybko z miejsca i pobiegłam na górę, spoglądając od razu na zegarek. Jeszcze godzina.
Ruszyłam od razu do łazienki, wzięłam niezwykle szybki prysznic i zaczęłam suszyć włosy w myślach karcąc się, że nawet stroju od razu nie wybrałam.
Zastanawiałam się więc co powinnam włożyć.
Popołudniami, kiedy nie miałam co z sobą zrobić, a na dworze było zdecydowanie za gorąco przeglądałam te ubrania. Zawsze się dziwiłam, że przygotowane są na właściwie każdą okazję. Tyle, że za nic nie mogłam sobie przypomnieć jak poszczególna z nich wygląda, powinnam szybciej się tym zająć, Artan powtarzał, żebym była gotowa na czas. 
Ułożyłam szybko włosy wciskając na nie tonę lakieru, żeby jako tako się trzymały. I choć wcale się tego nie spodziewałam, nic nie było po nich widać. Lekkie loki u dołu zawdzięczałam bardzo dobrej prostownicy, a tak właściwie skąd ona tutaj...?
Miałam jeszcze pół godziny, wybrałam sukienkę w jakąś minutę, chwilę później dopasowując do niej cień, który bardzo starannie nakładałam na powieki. To było najbardziej stresujące. Nie mogłam pozwolić sobie na żaden błąd, bo czas mi na to nie pozwalał. Obym zdążyła... nawet nie chciałam myśleć, co czekałoby mnie jako kara...
Wyrzuciłam z siebie te wszystkie myśli i trzymałam się tylko tej, która cicho podpowiadała mi, że dzisiaj wszystko się wyjaśni, że znajdę odpowiedź na wszystko, co mnie nurtuje, że w końcu zakończą się wszystkie tajemnice ściśle przede mną skrywane, zwłaszcza ta najboleśniejsza... 
Włożyłam prędko sukienkę i dobrałam naszyjnik - biżuterię znalazłam w jednej z szuflad, nawet nie chciałam wiedzieć ile była warta...
Pukanie.
Założyłam w biegu buty i prawie wywracając się w pościgu do drzwi na niebotycznie wysokich obcasach odetchnęłam głębiej i otworzyłam drzwi.
Nie wiem co w tym widoku mnie zaskoczyło.
Choć Artan z reguły chodził w garniturach to dzisiaj wyglądał inaczej. Może to przez ten krawat... 
Byłam prawie jego wzrostu, a miał spokojnie coś około metra dziewięćdziesięciu. Patrzyłam osłupiała na niego i nie byłam w stanie nic z siebie wydusić.
- Pięknie wyglądasz - odezwał się pierwszy, mierząc mnie uważnie wzrokiem i wyciągając do mnie dłoń.
Aż sama machinalnie spojrzałam po sobie i żałowałam, że jeszcze raz nie spojrzałam w lustro, bo beż chyba nie do końca mi leżał...
Podałam mu dłoń i powoli, bardzo ostrożnie przekroczyłam próg. Położył sobie moją rękę na ramieniu i zeszliśmy powoli schodami, gdzie właściwie nikogo nie było - na szczęście. 
Kiedy wyszliśmy z domu na werandę myślałam, że to jakiś żart.
Długa na jakieś pięć metrów, czarna, błyszcząca limuzyna, której drzwi uchylał szofer. Otworzyłam lekko bezwiednie usta na kilka chwil, bo nie dowierzałam. Kim on był skoro to wszystko tak wyglądało?! Aż przeszedł mnie dreszcz.
 W duchu jednak byłam podekscytowana jak jeszcze nigdy. Podchodząc do otwartych drzwi modliłam się w duchu, żebym tylko nie zrobiła jakiegoś głupiego błędu typu - za chwilę walnę się głową w szybę, albo złamię obcas unosząc nogę...
Weszłam jednak bez żadnych uszkodzeń fizycznych, ale sporym wypróżnieniem mózgu. Myślałam jedynie o tym jak to wyglądało. Miękka kanapa, telewizor... Był nawet bar i mini stoliczek obok szafeczka ze szkłem... Boże.
Czułam się jak księżniczka - naprawdę. Jakbym miała nią odjechać na cudowny bal, albo gdzieś w krainę wiecznego szczęścia, ewentualnie pałacu z miliardem poddanych pod balkonem.
- Droga zajmie nam jakąś godzinę - powiedział znowu na mnie spoglądając - Masz ochotę na coś do picia?
- Dziękuję - odpowiedziałam szybko, a on podał mi kieliszek szampana.
- Jak pierwsza lekcja nowego języka? - zapytał z małym uśmiechem.
Odpowiadałam zdawkowo, a on całą drogę próbował nawiązać jakiś kontakt. Nie chciałam być taka obcesowa, ale nie potrafiłam nad tym zapanować. 
Wydawało mi się, że droga zajmowała dwa razy więcej. Wyszliśmy z samochodu i rozejrzałam się wokół. Słońce zaczynało już zachodzić, choć dalej było jasno. Tutaj też widziałam wszędzie tą małą mgiełkę, którą tworzył ten drobny piasek, który przybywał do miasta z wiatrem. Uroki pustynnych Zjednoczonych Emiratów Arabskich...
Portier otworzył nam drzwi, a Artan puścił mnie przodem. Zaczekałam na niego po przejściu progu i jakaś starsza kobieta poprowadziła nas do windy.
Wszystko było tu tak eleganckie, że byłam pewna, że będziemy jeść w muzeum. Figury, pomniki, obrazy... Nie miała czasu się im przyjrzeć, ale były zdecydowanie bardzo wartościowe.
W windzie mężczyzna zapytał po angielsku, gdzie nas zawieźć, ale odpowiedziała mu ta starsza kobiecina podczas kiedy my usadowiliśmy się wygodnie na bordowej kanapie. Kanapa w windzie... To był dla mnie szok.
Jechaliśmy długo. Obserwowałam mały ekran obok ucha mężczyzny, a on wskazywał po kolei piętra aż dojechaliśmy do... 123. MATKO BOSKA. TO W OGÓLE MOŻLIWE?! SĄ TAKIE BUDYNKI?!
Fakt, przyjrzałam się mu zanim weszłam. Miałam na to kilka sekund, ale zarejestrowałam. Był to budynek w kształcie bardzo wąskiego trójkąta z kilkoma wieżyczkami przylepionymi do głównego trzonu budynku. Ogromny, nie widziałam, gdzie się kończy.
Po dziesięciu minutach winda stanęła, a my wyszliśmy. Przeszliśmy przez szary korytarz skręcając nagle w prawo i przechodząc przez ogromne, masywne drzwi. Artan uśmiechnął się do mnie chwilę przed tym jak otworzono nam drzwi.
No proszę... To już koniecznie musiał być sen!
Otworzyłam usta z wrażenia. Piorunujące! 
Posąg na środku pomieszczenia, kwiaty, ręcznie rzeźbione stoły i krzesła, bajeczna zastawa, ale musieliśmy to wszystko minąć i iść dalej. Ja byłam w jakiejś baśni, to nie mogło być prawdą, czy to naprawdę jest życie?!
Schodami na półpiętro, a tam tylko jeden stolik, na samym środku. Najlepiej prezentujący się ze wszystkich na dole. Idealnie biała zastawa, dziesięć różnych kieliszków, kilka rodzajów sztućców... Artan musiał położyć dłoń na moich plecach i delikatnie pchać mnie do przodu, bo stawiałam opór z przekonania, że jestem w jakimś filmie...
Usiedliśmy, mój towarzysz nie spuszczał ze mnie wzroku, szepnął coś kelnerowi, a on wziął butelkę wina ze stołu i rozlał ją do największych z kieliszków. Resztę zabrał ze sobą, zostawiając nas zupełnie samych.
Rozglądałam się. Wszędzie ciepło łososiowa farba na ścianach i ciemne drewno podłogi. W końcu mój wzrok spoczął na ogromnym oknie i... Słodki Jezu!
Nie mogłam oderwać wzroku od tego widoku, chociaż bałam się wstać.
Patrzyłam w niebo. Tutaj tak dobrze było widać niebo, jakbym właśnie do niego leciała! Nie patrzyłam w dół, bo zdawałam sobie sprawę z mojego wrodzonego lęku wysokości...
Artan zaśmiał się cicho i w końcu się odezwał.
- Stąd widok nie jest najlepszy - wstał powoli z krzesła i znów wyciągnął dłoń w moją stronę - Powinnaś zobaczyć więcej.
- Jest mi tutaj dobrze - skarciłam się w myślach za nieposłuszeństwo.
Wytrzymałam jego spojrzenie i wstałam jednak, chwytając go za rękę. Był krok przede mną, ja robiłam maleńkie ruchy, choć wcale tego nie chciałam. Im byłam bliżej okna tym bardziej się bałam. W końcu przymknęłam oczy, kiedy lekko ciągnął mnie za rękę. Zorientował się.
Cofnął się ten krok i stając obok szepnął do ucha, żebym nie otwierała oczu. Tak też zrobiłam.
Objął mnie mocno w talii i prowadził prosto. To było tylko kilka niewielkich kroków. W końcu mężczyzna stanął za mną i jedną rękę kładąc na moim brzuchu, drugą odgarniając włosy z jednego ramienia odezwał się znowu.
- Spójrz - poprosił cicho, co przyjęłam ze stresem, ale zrobiłam czego chciał.
Nie mogłam uwierzyć.
Jakbym leciała samolotem... Byłam tak blisko szyby, że nie widziałam podłogi. Spojrzałam w dół czując się odrobinę bezpieczniej (ale i mniej komfortowo) kiedy tak mocno mnie obejmował. Nie widziałam ludzi. Samochody były jak mrówki, a te wszystkie wieżowce, które widziałam z okna limuzyny były tutaj jak... klocki. Nie małe, ale ja byłam bardzo dużo ponad nimi... Odetchnęłam ciężko uśmiechając się przy tym szeroko. To niesamowite! Spojrzałam jeszcze raz w niebo i przymknęłam powieki, na które przyjemnie padały promienie słońca.
- Wybierz sobie jakiś punkt - powiedział mi do ucha - Przyglądaj się mu cały czas, zobaczysz jak budynek się chwieje.
Zrobiłam o co prosił, choć wydawało mi się to właściwie niemożliwe, ale... BOŻE, ten budynek naprawdę się ruszał! Minimalnie, ale jednak! Chciałam cofnąć się w tył, ale zapomniałam, że stoi za mną Artan przez co nieumyślnie dotknęłam obcasem jego łydki.
- Jesteśmy na prawie pięciuset metrach Burj Khalifa*, ale wciąż nie na szczycie - nie widziałam go, ale byłam pewna, że się uśmiechał, słyszałam to w jego głosie.
Odwrócił mnie przodem do siebie przesuwając dłoń z mojego brzucha na plecy i intensywnie przyglądał się moim oczom.

______
* Burj Khalifa ma 828 metrów wysokości. Jest obecnie najwyższym budynkiem świata i tak, naprawdę się minimalnie chwieje ;) Znajduje się w Dubaju (Zjednoczone Emiraty Arabskie)/ Jedyne co wymyśliłam to restauracja, w której przebywała Emma.

8: Rozdarcie między dwoma różnymi światami.


- Nie wiem jak mam ci pomóc się tu odnaleźć – powiedział, kiedy zobaczył już jak bardzo się speszyłam jego ostatnim gestem.
Na pewno nie tak –myślałam.
Nie odezwałam się, nawet nie wiedziałam co teraz powiedzieć, a to że się bałam było tylko dodatkiem. To wszystko jest tak cholernie popieprzone,nikt nie był łaskaw powiedzieć mi o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi.
Kilka faktów już znałam.
1. Mój ojciec żył. A na dodatek utrzymywał kontakt z siostrą mojej matki –moją jedyną rodziną… Wykorzystał mnie, przypominając sobie o mnie pierwszy raz od szesnastu lat. To chore. Nie wiedziałam jak można tak zupełnie olać własne dziecko, nigdy go nie widzieć,nie wiedzieć jakie jest i tak samolubnie decydować o jego życiu. A myślałam, że takie rzeczy dzieją się w tylko w książkach…
2.Moje przeznaczenie było jednoznaczne. Ale o tym nie chciałam wcale myśleć.
3. Bałam się tych ludzi.
- Emma? – zapytał –Emma, wszystko dobrze?
- Tak – odpowiedziałam cicho –Zamyśliłam się…
- Masz jakiś problem tutaj? Źle się z czymś czujesz? Ktoś nie traktuje cie dobrze? – pytał lekko łamanym angielskim.
Nie wiem czemu, ale od razu pomyślałam o Sahibie,bardzo często wracałam do tego momentu jak pierwszy raz z nim rozmawiałam. Chyba wcześniej nikt aż tak obcesowo mnie nie potraktował. Czułam się jakby to wszystko było moją winą,jakbym wkroczyła tutaj z własnej woli, niszcząc przy tym czyjeś plany, a przecież to wcale nie było tak…
Później natomiast przed oczami miałam ten dzień, kiedy płakałam w ogrodzie i kiedy próbował mnie uspokajać. Był wtedy całkiem inny, jakby naprawdę się przejął, zainteresował tym co się ze mną dzieje, jakby obchodziło go coś więcej niż tylko to, żebym nie zabrudziła jego dywanu.
- Nie – zaprzeczyłam po chwili namysłu.
Telefon znów zadzwonił.
Artan westchnął ciężko zrezygnowany.
-Wyjdziesz ze mną wieczorem? Na kolacje? – zapytał unosząc brew.
Jakbym miała inne wyjście.
***
Co ja bym dała za oswojenie się z tym miejscem. Za to, żeby nie dziwiła mnie żadna propozycja, żadne zachowanie, żebym to wszystko przyswajała.
Chyba już pogodziłam się z tym wszystkim. Chyba już potrafię zaakceptować co mnie czeka i to, że nie jestem już we własnym domu. Że teraz TO będę nazywać schronieniem.
Wyszłam do ogrodu. Tak strasznie lubiłam w nim przebywać. Nawet mimo tej okropnie wysokiej temperatury i wszechobecnej jakby mgły było w nim lepiej niż w „moim”klimatyzowanym i zawsze posprzątanym pokoju. Tutaj było tak naturalnie, a jedno miejsce w głębi, to gdzie rosły kaktusy przypominało mi mój pokój w Kanadzie, gdzie na każdym parapecie musiał stać co najmniej jeden. To była taka moja mała obsesja po pierwszych wakacjach w Arizonie.
Zawsze kiedy tam szłam mijałam basen. Był duży, mogłam powiedzieć, że prawie taki sam jak ten,w którym do tej pory trenowałam do zawodów. Nie był cudownie zaaranżowany, ale odpowiedni do treningów, a to przecież było najważniejsze.
- Cześć – usłyszałam gdzieś za sobą.
-Cz-cześć – odpowiedziałam zdezorientowana.
Sahib stał koło mnie uśmiechnięty i jakiś zadowolony. Przez moment zastanawiałam się jak tutaj w ogóle trafił, przecież nie było to wcześniej nikogo!
- Czas na pierwszą lekcję – znowu zaczął, kiedy już miałam nadzieję, że sobie pójdzie.
- Pierwszą… Co?
-Zaczynasz naukę języka. Usiądziemy?
Siedziałam jak ta oślica i bez sensu wsłuchiwałam się w to co mówił. Ogólnie opowiadał o tym, że ogólnie gramatyka jest bardzo podobna do tej angielskiej i że uczy mnie tylko chwilowo. Ktoś musiał zadbać,żebym znała chociaż minimalne podstawy, bo nauka od zera była podobno nie lada wyzwaniem, zważając też na to, że wielu podobno nauczycieli nie miała ochoty bawić się w korepetycje dla…kobiety.
Pamiętałam ze szkoły, że w krajach arabskich kobiety właściwie żadnych praw nie mają. Są nieliczne przypadki kiedy kobieta może iść równo z mężczyzną, a nie krok za nim, że jest tylko jedną żoną i jej partner ma dzieci tylko z nią. To podobno zależało obecnie tylko od dobrotliwości i łaskawości faceta. A Sahib tylko to potwierdził, dodając kilka nowych wątków,ale nie mogłam jakoś skupić się na tym co mówił. Miałam w głowie wizję siebie za rok nadal w tej rodzinie.
- Mam dla Ciebie przygotowaną małą listę słówek, od których powinnaś zacząć – położył mi na kolanach jakiś świstek. – Tu -wskazał palcem na pierwszy słupek – jest pisownia, obok jak powinnaś to wypowiadać, a na końcu tłumaczenie. Jakbyś miała jakiś problem z którymkolwiek, albo jakieś wątpliwości postaram się pomóc. Nie masz daleko – uśmiechnął się.
Spojrzałam na te hieroglify, a on chyba zobaczył moją reakcję i cicho się zaśmiał.
- Spokojnie zaraz ci to wszystko wytłumaczę. – podał mi kolejną kartkę – Nie używaj tego na razie, chcę tylko żebyś to miała, na później na wszelki wypadek. Kilka podstawowych zasad,muszę się rozejrzeć za jakimś porządnym podręcznikiem, bo znając moje zdolności raczej niczego cię nie nauczę, a tylko namieszam niepotrzebnie w głowie.
- Chyba uda mi się to jakoś ogarnąć – przyjrzałam się liście i dwa słówka już zdążyłam zapamiętać. – Tak, szybko się uczę – dopowiedziałam.
- Nie wątpię.
Patrzyłam na te kartki postanawiając, że muszę to zrobić, że w końcu mam się czym zająć, żeby nie myśleć. Ale nagle poczułam się spięta.
Spojrzałam kątem oka na chłopaka,a on nie spuszczał ze mnie wzroku. Aż się wyprostowałam, chyba jeszcze nikt nie gapił się na mnie tak bezczelnie. Na wszelki wypadek sprawdziłam czy dekolt nie jest zbyt głęboki, ale właściwie nie było go wcale. Co najwyżej nogi miałam odkryte,ale on wcale nie patrzył w dół…
- Mam nadzieję, że mnie nie wydasz – powiedział cicho.
- Co?
W sekundę przysunął się do mnie. Jedną rękę położył na moim ramieniu, delikatnie dotykając szyi, drugiej nie czułam. Kiedy mnie całował wszystko mówiło mi, że powinnam przestać, ale automatycznie oddawałam kolejne pocałunki.

7: Ulegaj, póki jeszcze masz wybór.


Rano, kiedy weszłam pod prysznic doszło do mnie co stało się wczoraj. Mimowolnie od razu przed oczami miałam kilka nieciekawych wizji. Spojrzałam w lustro umieszczone w kabinie i przyjrzałam się sobie. Już w głowie roiło mi się, że wkrótce może okazać się, że jestem tutaj tylko dla któregoś z nich. Że będę przyszłą kobietą Sahiba, albo kochanką Artana, że będę przymuszana do związku z jednym z tej dwójki… Nie wiedziałam tylko, który z nich się złamał, kto przekroczył granicę. Bo wątpię by ojciec z synem byliby w stanie dzielić się jedną kobietą. Boże…
Ta rasa – Arabowie – zawsze będzie kojarzyć nam się z cudzołóstwem, bigamią czy innymi modyfikacjami dla normalnych ludzi niepojętymi, ale to byłaby już przesada. Obejrzałam się dokładnie i przeraziłam, że być może to ostatni dzień, kiedy moje ciało w taki sposób widzę tylko ja…
Obie wersje mi się zgadzały. Sahib z początku był oschły, unikał mnie, traktował jak wroga, ale przecież… Byłam tu właściwie parę dni, żadnego z nich nie poznałam wystarczająco. Artan natomiast… Wczoraj całował mnie czterdziestolatek…
Najchętniej zamknęłabym się w tym pokoju i nie wychodziła dobrych kilka dni. Tak jak mi obiecano to przecież było moje miejsce, nikt bez mojej zgody nie mógł tu wejść…
Ale to nie było dobrym pomysłem. Bałabym się tego, co stałoby się kiedy wyjdę i czy w ogóle ta przysięga zostałaby spełniona…
Ubrałam się szybko. Wczoraj z tego natłoku myśli ułożyłam dwa zestawy. To lubiłam. Bawić się tymi ubraniami, przeglądać te wszystkie czasopisma, jedząc przy tym świeżo pokrojonego ananasa i wygrzewając się w słońcu, które wpadało przez wielkie okna.
Miałam wrażenie, że dziś będzie dużo goręcej niż do tej pory i wcale nie chodziło mi o pogodę…
Ubrałam turkusową sukienkę, przejrzałam się w lustrze, zrobiłam delikatny makijaż i zeszłam na dół. To wszystko działo się za szybko…
Chciałam właśnie wbiec z powrotem na górę, ale w moją stronę… No właśnie.
Przy ladzie przy której zwykle jadałam siedziało dwoje ludzi, młodych mężczyzn, chłopców jak się chwilę po tym domyśliłam. Jednego znałam, drugiego widziałam drugi raz w życiu, blondyn. Właśnie ten patrzył na mnie swobodnie i lekko, dość nieśmiało się uśmiechnął. Drugi odwrócony był plecami, ale odwrócił się widząc reakcje przyjaciela i szepnął cicho moje imię. Jasnowłosy zerwał się z krzesła kiedy opuściłam już najniższy schodek.
- Emma, tak? Jestem Chris – podeszłam niepewnie i uścisnęłam jego dłoń.
- Chris? – zaciekawiło mnie zdecydowanie niearabskie imię i wygląd.
- Jestem z Ohio – uśmiechnął się znowu, wszystko wyjaśniając – Mieszkam tu od czterech lat.
- Skończyłeś już? – odezwał się nagle Sahib obracając się w naszą stronę, ale nawet na mnie nie spoglądając.
- Zamknij się – zaśmiał się blondyn i zdał mi relacje w jakich okolicznościach przeniósł się tutaj.
Przyznaję się, że słuchałam tylko trochę. Choć Chris wydawał się być miłym chłopakiem bardziej byłam zainteresowana obojętnością araba, jeszcze wczoraj przecież był taki chętny do rozmów…
Jego historia była typowa, rodzice wybudowali sieć jakiś hurtowni i postanowili przenieść się tutaj, bo to najkorzystniejsze. Banał.
- Wszyscy jesteście tutaj? – za nami kolejny niski głos.
Boże, miałam tego dość.
Artan odstawił aktówkę na stolik w przedpokoju i podszedł do nas. Stanął bardzo blisko mnie i rozglądał się przez chwilę, a potem spojrzał wymownie na swojego syna i słuchał uważnie rozmowy.
Zrobiło się jeszcze bardziej sztywno. Sahib pogonił kumpla i oboje zniknęli po dwóch minutach zostawiając mnie sam na sam z … nim.
Podniosłam niepewnie wzrok i zmierzyłam go spojrzeniem.
Tak strasznie pasował mi na jakiegoś modela, który reklamuje perfumy dla facetów po trzydziestce. Był zadbany i dostojny. Te jego garnitury, krawaty, torby, idealna fryzura… Przerastało mnie wszystko.
- Jak minęła ci noc? – zapytał ciągle mi się przyglądając, co straszliwie mnie peszyło.
Jakoś tak bezwiednie popatrzyłam na jego usta. Pełne i takie miękkie…
- Nie najgorzej.
Zniżyłam trochę głowę, sama nie wiedziałam czemu. Chciałam się chyba ukryć z tym całym zawstydzeniem, ale ani trochę mi się to nie udało… Artan delikatnie, dwoma palcami które położył na mojej brodzie uniósł moją twarz.
- Wszystko w porządku? – zapytał nawet się nie odsuwając.
Teraz zdałam sobie sprawę jaki był wysoki. Na pewno miał ponad metr dziewięćdziesiąt tak jak jego syn, tyle że on był masywniejszy, ale nie gruby. Po prostu czułam się przy nim taka maleńka i bezbronna…
- Tak, po prostu jestem zmęczona – odpowiedziałam natychmiast – Niedługo mi przejdzie.
- W porządku – cofnął się pół kroku – Chciałbym z Tobą porozmawiać, pójdziesz ze mną na górę?
***
Kiedy machałam potwierdzająco głową nawet nie zdawałam sobie sprawy jak wiele nerwów będzie mnie to kosztować. Już na samą myśl o spędzeniu czasu z Nim w jednym, odosobnionym wręcz pomieszczeniu powinna dać mi do myślenia. Co mną kierowało, kiedy się do cholery zgadzałam?!
Jak nigdy zaczęły pocić mi się dłonie. Siedziałam spięta na kanapie w jego gabinecie, ściskając do siebie kolana i zagryzając nerwowo wargę. Co jakiś czas bezwiednie poprawiałam włosy byleby tylko się czymś zająć. Naprawdę niewiele brakowało, żebym zaczęła się trząść, za nic nie mogłam się uspokoić, choć Artan już od dobrych dziesięciu minut rozmawiał z kimś przez telefon. Nie wiedziałam o czym chciał ze mną pogadać, ale wystraszyłam się. Kiedy po raz pierwszy weszłam do tego pokoju siedziałam przy tym ogromnym biurku, a on znajdował się po drugiej stronie wyraźnie czymś przejęty, poza tym Martha krążyła gdzieś wokół. Tutaj… Teraz było inaczej.
- Musiałem to załatwić – w końcu odezwał się do mnie odkładając komórkę na szafkę tuż obok drzwi. Spokojnym krokiem usiadł obok. Nie za blisko, ale też nie tak daleko żebym poczuła się w pełni bezpiecznie. Zmarszczył czoło i ściągnął brwi uważnie mi się przyglądając.
- Denerwujesz się? – zapytał poważnie, ale nie odpowiedziałam – Spokojnie, przecież tylko rozmawiamy – ruszył dłonią, ale chwilę później położył ją tak samo jak wcześniej.
- Wiem – odpowiedziałam szybko.
Westchnął ciężko i znowu zaczął.
- Jak Ci się tutaj mieszka? – dociekał, ale nie mogłam wykrztusić z siebie zdania – Chcę, żebyś czuła się tutaj swobodnie… – zapewnił kładąc dłoń wysoko na moim udzie. 

czwartek, 1 listopada 2012

6: Twoją bezsilność przerywa ktoś trzeci.


- Jest tak jak przewidywałem, dziewczyna ledwo się trzyma. - wysoki brunet pochylił się na stosem papierów i westchnął ciężko zrezygnowany. - Nie widzę sensu, żeby to wszystko przyspieszać. Staram się jakoś jej to wszystko ułatwić, bo taka nieobecna duchem wcale się nie przyda, ale nie mam zamiaru też bawić się w psychologa w nieskończoność. Zrobimy jak mówiłem na samym początku. - zamilkł w końcu, ale wciąż trzymał telefon przy uchu.
Opuścił wzrok na kilka sekund i otworzył jedną z szuflad swojego ciężkiego, masywnego biurka i wyjął z niego czarną teczkę. Otworzył ją i wyjmował po kolei zdjęcia, każdemu przyglądając się z małym, niemal nikłym uśmiechem.
Nastolatka na zdjęciach wyglądała na szczęśliwą, wiecznie uśmiechniętą, sympatyczną młodą dziewczynę. Na kilku zdjęciach widać było jej zmęczenie, które starała się zatuszować. Ciemne worki pod oczami były trochę nieudolnie zasłonięte, ale to tylko dodawało jej uroku i naturalności. Na końcu znalazł parę zdjęć w kostiumie kąpielowym, na ogromnym basenie, w którym pływała chyba z dwudziestka dzieci. Emma między swoimi koleżankami stała na brzegu, w czarnym, jednoczęściowym kostiumie pokazywała coś żywo. Pewnie uczyła zgraję siedmiolatków jakie ruchy winno się wykonywać przy motylku. To był jej pierwszy wyjazd jako instruktorki...
Wiedział o niej wszystko. Urodziła się dzień przed chrześcijańską Wigilią, wierzyła w Boga, pływała, choć jej figura wcale na to nie wskazywała. Mieszkała w Edmonton i tam należała do jednego z najlepszych klubów pływackich dla nastolatków, nienagannie się uczyła, planowała swoją przyszłość z psychologią i wielkim domem na przedmieściach. To była po prostu Emma Butler. Jego własność.






- Lepiej? - zapytał mnie Sahib, kiedy tylko odprowadził mnie do domu. Udało mi się zatamować płacz szokiem, który we mnie wywołał.
Wciąż myślałam o tym co stało się w ogrodzie zaledwie dziesięć minut temu. Chłopak widocznie nic sobie z tego nie robił, a ja po prostu nie mogłam zająć się niczym innym. Wciąż odnawiałam w myślach to uczucie, które towarzyszyło mi kiedy mnie pocałował. Nie były to żadne wibracje, żadne mrowienie czy motylki w brzuchu. Zupełnie neutralne, pozornie na mnie nie działało, ale kiedy tak patrzył...
Powinnam raczej dać mu w twarz, a nie rozpamiętywać to z otwartym umysłem. Jeszcze dwa dni temu traktował mnie jak wroga, przedostatniej nocy próbował zmusić mnie do seksu, wczoraj zachowywał się jakby mnie nie znał, a teraz? Co się zmieniło?
Nie odpowiedziałam. Bałam się, że jak znowu się odezwę to załamie mi się głos i nie będę w stanie już nad tym zapanować. Ale przyglądałam się mu, uważnie, choć kiedy on robił to samo uciekałam spojrzeniem ze strachu.
- Artan będzie wieczorem – obiecał – Chyba powinienem ci to przekazać.
Upiłam kilka łyków soku ze szklanki, żeby zająć czymś usta. Za nic nie chciałam pisnąć ani słówka, bo miałam wrażenie, że jeśli to zrobię, to będę mogła tego żałować...
- Nie wiem czy mogę cię tu zostawić, nie wyglądasz najlepiej... Dobrze się czujesz?
- W porządku – bąknęłam szybko.
Kątem oka widziałam, że zmarszczył brwi. Usiadł koło mnie przy wysokim blacie i położył na nim telefon. Dostrzegłam na tapecie jakąś dziewczynę, bardzo prawdopodobne, że tą, którą widziałam w dniu przyjazdu, ale nie miałam jak tego dojrzeć, bo wyświetlacz nagle pociemniał.
Ten blondyn więc musiał być kimś w rodzaju przyjaciela. Przynajmniej patrząc z perspektywy normalnych ludzi, bo to co działo się w tym domu normalnym nazwać nie można...
Wychylił się po coś, a sekundę później kładł przede mną już paczkę chusteczek. Wcześniej nawet nie czułam, że jeszcze jedna łza wypłynęła mi spod powieki. Wytarłam ją szybko.
- Wiesz, że ta nauka języka trochę się przesunęła w czasie? - zapytał spokojnie, podniosłam leniwie wzrok.
- Jaka nauka języka?
- No... Arabskiego. Przecież musisz tu jakoś żyć. - zmierzył mnie wzrokiem – Ten nauczyciel zrezygnował, po tym jak się dowiedział, że nie znasz nawet alfabetu. Trzeba znaleźć kogoś nowego, trochę może to zająć w końcu to nie takie proste...
- Mam się uczyć waszego... Języka? - nie dowierzałam.
- Raczej. Znasz kogoś kto podbił świat w Ameryce, a nie znał angielskiego? - zaśmiał się cicho, co miało mnie pewnie rozbawić, ale w rzeczywistości jeszcze bardziej zdołowało.
Nie odzywałam się więc zaczął znowu:
- Uspokoiłaś się? Naprawdę dobrze się czujesz? - dopytywał.
Zaczynało się robić dziwnie, więc wstałam z miejsca żeby jak najszybciej zaszyć się w pokoju. Sahib natomiast znowu mnie ubiegł zrywając się z krzesła w zastraszającym tempie.
- Martha sprząta u ciebie, dopiero właściwie zaczęła. Ja powinienem już wychodzić, ale salon jest twój. Oprócz was nie będzie tu już nikogo.
















Nawet nie wiedziałam kiedy zasnęłam na tej okropnie wygodnej kanapie. Była szeroka, miękka i idealnie wpasowała się w pozycję w której leżałam. Słabe już promienie słońca przyjemnie grzały mi w prawy policzek, nie miałam zamiaru ruszać się z miejsca.
Ale nie spałam. Przymknęłam powieki, kiedy usłyszałam czyjeś ciche kroki. Nie wiadomo czemu, ale okropnie się spięłam i wolałam udawać śpiącą. Boże, jaka ja byłam dziecinna!
Ktoś stał przede mną. Jego cień zasłaniał mi tę odrobinę słońca. Za nic nie chciałam się ruszać.
Czyjaś dłoń musnęła mój policzek i odgarnęła włosy za ucho.
Czyiś oddech.
Ręka zsunęła się po szyi na ramię przez dekolt. Niezwykle delikatny dotyk, zupełnie jakby ktoś płatkiem kwiatka sunął po mojej skórze. Zestresowałam się.
Teraz oddech nie tylko słyszałam, a czułam wyraźnie gdzieś koło brody. Aż przeszła mnie gęsia skórka, której na szczęście ten ktoś nie zauważył.
Palec na mojej dolnej wardze, chwilę później twarde usta z tą samą delikatnością ledwo jej dotknęły...
Najstraszniejsze w tym wszystkim było to, że byłam pewna, że to nie Sahib.
Kiedy owa postać odchodziła uchyliłam powieki. Artan.