czwartek, 1 listopada 2012

6: Twoją bezsilność przerywa ktoś trzeci.


- Jest tak jak przewidywałem, dziewczyna ledwo się trzyma. - wysoki brunet pochylił się na stosem papierów i westchnął ciężko zrezygnowany. - Nie widzę sensu, żeby to wszystko przyspieszać. Staram się jakoś jej to wszystko ułatwić, bo taka nieobecna duchem wcale się nie przyda, ale nie mam zamiaru też bawić się w psychologa w nieskończoność. Zrobimy jak mówiłem na samym początku. - zamilkł w końcu, ale wciąż trzymał telefon przy uchu.
Opuścił wzrok na kilka sekund i otworzył jedną z szuflad swojego ciężkiego, masywnego biurka i wyjął z niego czarną teczkę. Otworzył ją i wyjmował po kolei zdjęcia, każdemu przyglądając się z małym, niemal nikłym uśmiechem.
Nastolatka na zdjęciach wyglądała na szczęśliwą, wiecznie uśmiechniętą, sympatyczną młodą dziewczynę. Na kilku zdjęciach widać było jej zmęczenie, które starała się zatuszować. Ciemne worki pod oczami były trochę nieudolnie zasłonięte, ale to tylko dodawało jej uroku i naturalności. Na końcu znalazł parę zdjęć w kostiumie kąpielowym, na ogromnym basenie, w którym pływała chyba z dwudziestka dzieci. Emma między swoimi koleżankami stała na brzegu, w czarnym, jednoczęściowym kostiumie pokazywała coś żywo. Pewnie uczyła zgraję siedmiolatków jakie ruchy winno się wykonywać przy motylku. To był jej pierwszy wyjazd jako instruktorki...
Wiedział o niej wszystko. Urodziła się dzień przed chrześcijańską Wigilią, wierzyła w Boga, pływała, choć jej figura wcale na to nie wskazywała. Mieszkała w Edmonton i tam należała do jednego z najlepszych klubów pływackich dla nastolatków, nienagannie się uczyła, planowała swoją przyszłość z psychologią i wielkim domem na przedmieściach. To była po prostu Emma Butler. Jego własność.






- Lepiej? - zapytał mnie Sahib, kiedy tylko odprowadził mnie do domu. Udało mi się zatamować płacz szokiem, który we mnie wywołał.
Wciąż myślałam o tym co stało się w ogrodzie zaledwie dziesięć minut temu. Chłopak widocznie nic sobie z tego nie robił, a ja po prostu nie mogłam zająć się niczym innym. Wciąż odnawiałam w myślach to uczucie, które towarzyszyło mi kiedy mnie pocałował. Nie były to żadne wibracje, żadne mrowienie czy motylki w brzuchu. Zupełnie neutralne, pozornie na mnie nie działało, ale kiedy tak patrzył...
Powinnam raczej dać mu w twarz, a nie rozpamiętywać to z otwartym umysłem. Jeszcze dwa dni temu traktował mnie jak wroga, przedostatniej nocy próbował zmusić mnie do seksu, wczoraj zachowywał się jakby mnie nie znał, a teraz? Co się zmieniło?
Nie odpowiedziałam. Bałam się, że jak znowu się odezwę to załamie mi się głos i nie będę w stanie już nad tym zapanować. Ale przyglądałam się mu, uważnie, choć kiedy on robił to samo uciekałam spojrzeniem ze strachu.
- Artan będzie wieczorem – obiecał – Chyba powinienem ci to przekazać.
Upiłam kilka łyków soku ze szklanki, żeby zająć czymś usta. Za nic nie chciałam pisnąć ani słówka, bo miałam wrażenie, że jeśli to zrobię, to będę mogła tego żałować...
- Nie wiem czy mogę cię tu zostawić, nie wyglądasz najlepiej... Dobrze się czujesz?
- W porządku – bąknęłam szybko.
Kątem oka widziałam, że zmarszczył brwi. Usiadł koło mnie przy wysokim blacie i położył na nim telefon. Dostrzegłam na tapecie jakąś dziewczynę, bardzo prawdopodobne, że tą, którą widziałam w dniu przyjazdu, ale nie miałam jak tego dojrzeć, bo wyświetlacz nagle pociemniał.
Ten blondyn więc musiał być kimś w rodzaju przyjaciela. Przynajmniej patrząc z perspektywy normalnych ludzi, bo to co działo się w tym domu normalnym nazwać nie można...
Wychylił się po coś, a sekundę później kładł przede mną już paczkę chusteczek. Wcześniej nawet nie czułam, że jeszcze jedna łza wypłynęła mi spod powieki. Wytarłam ją szybko.
- Wiesz, że ta nauka języka trochę się przesunęła w czasie? - zapytał spokojnie, podniosłam leniwie wzrok.
- Jaka nauka języka?
- No... Arabskiego. Przecież musisz tu jakoś żyć. - zmierzył mnie wzrokiem – Ten nauczyciel zrezygnował, po tym jak się dowiedział, że nie znasz nawet alfabetu. Trzeba znaleźć kogoś nowego, trochę może to zająć w końcu to nie takie proste...
- Mam się uczyć waszego... Języka? - nie dowierzałam.
- Raczej. Znasz kogoś kto podbił świat w Ameryce, a nie znał angielskiego? - zaśmiał się cicho, co miało mnie pewnie rozbawić, ale w rzeczywistości jeszcze bardziej zdołowało.
Nie odzywałam się więc zaczął znowu:
- Uspokoiłaś się? Naprawdę dobrze się czujesz? - dopytywał.
Zaczynało się robić dziwnie, więc wstałam z miejsca żeby jak najszybciej zaszyć się w pokoju. Sahib natomiast znowu mnie ubiegł zrywając się z krzesła w zastraszającym tempie.
- Martha sprząta u ciebie, dopiero właściwie zaczęła. Ja powinienem już wychodzić, ale salon jest twój. Oprócz was nie będzie tu już nikogo.
















Nawet nie wiedziałam kiedy zasnęłam na tej okropnie wygodnej kanapie. Była szeroka, miękka i idealnie wpasowała się w pozycję w której leżałam. Słabe już promienie słońca przyjemnie grzały mi w prawy policzek, nie miałam zamiaru ruszać się z miejsca.
Ale nie spałam. Przymknęłam powieki, kiedy usłyszałam czyjeś ciche kroki. Nie wiadomo czemu, ale okropnie się spięłam i wolałam udawać śpiącą. Boże, jaka ja byłam dziecinna!
Ktoś stał przede mną. Jego cień zasłaniał mi tę odrobinę słońca. Za nic nie chciałam się ruszać.
Czyjaś dłoń musnęła mój policzek i odgarnęła włosy za ucho.
Czyiś oddech.
Ręka zsunęła się po szyi na ramię przez dekolt. Niezwykle delikatny dotyk, zupełnie jakby ktoś płatkiem kwiatka sunął po mojej skórze. Zestresowałam się.
Teraz oddech nie tylko słyszałam, a czułam wyraźnie gdzieś koło brody. Aż przeszła mnie gęsia skórka, której na szczęście ten ktoś nie zauważył.
Palec na mojej dolnej wardze, chwilę później twarde usta z tą samą delikatnością ledwo jej dotknęły...
Najstraszniejsze w tym wszystkim było to, że byłam pewna, że to nie Sahib.
Kiedy owa postać odchodziła uchyliłam powieki. Artan.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz