czwartek, 1 listopada 2012

3: Kiedy wbrew obietnicy ktoś staje na twojej drodze.


- Pomóc w czymś? - warknął, wciąż uważnie mi się przyglądając.
Cofnęłam głowę ze zdziwienia i mrugnęłam kilka razy. Zmarszczyłam czoło i postanowiłam odpowiedzieć, ale jakoś wszystko wyparowało tajemniczo z mojej głowy.
- Szukam... - zaczęłam, ale urwałam sama nie miałam pojęcia dlaczego.
Podniósł brwi i zniżył głowę nasłuchując co mam do powiedzenia. Nie spodziewałam się takiej wrogości, miałam wrażenie, że tylko czeka aż zejdę mu z oczu. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię. Wszystko nagle wydało mi się tak strasznie bolesne...
- Łazienki? Artana? - zapytał znowu, wkładając do kieszeni telefon, który do tej pory trzymał w prawej ręce.
Jego czarne oczy przeszywały mnie na wskroś. W sekundę poczułam się winna, że w ogóle tutaj stoję, że tutaj jestem. A przecież ja... Musiałam się bardzo starać, żeby łzy nie napłynęły mi przez to do oczu.
- Umiesz mówić? - znów się odezwał, ale teraz odpowiedziałam bardzo szybko.
- Miałam tutaj na kogoś poczekać. Martha mówiła, że gdzieś tu będzie.
- Martha... - prychnął cicho, tak że ledwo to usłyszałam – Pójdę po nią.
Zniknął dosłownie na dwie minuty, w których to wzięłam kilka głębszych wdechów, żeby się uspokoić. Nie miałam pojęcia dlaczego tak się zachowywał, ale to we mnie strasznie uderzyło. Nie dość, że sama nie miałam pojęcia co tutaj naprawdę robię i miałam wielką nadzieję, że wraz z upływem tego koszmarnego dnia wszystkiego się dowiem, to jeszcze on swoim zachowaniem sprawił, że poczułam się winna. Winna, ale za co?! Przecież ja niczemu nie zawiniłam, ja nie wiedziałam co się wkoło mnie dzieje, ja tylko przecież...
Wrócił. Kucnął przy otwartej szufladzie pod telewizorem. Nawet nie zauważyłam tego wcześniej. Czegoś tam wyraźnie szukał, obrócony tyłem do mnie, ale nawet nie obarczył mnie swoim bezczelnym spojrzeniem.
- Nie siadasz? Trochę jej to może zająć – zapytał od niechcenia nadal grzebiąc w szufladzie.
- Postoję.
- Ostatnio te „dwie minutki” trwały prawie godzinę, mam nadzieję, że masz wytrzymałe nogi. - wyjął jakieś trzy pudełka filmowe i dokładnie je przeglądał, czytając opis na odwrocie. Odłożył na miejsce najpierw jedno, a minutę później kolejne, podnosząc się z miejsca i zasuwając szufladę nogą.
Spojrzał na mnie ostatni raz i zniknął za schodami.
Zacisnęłam z nerwów pięść. Tak bardzo chciałam wracać do domu, to wszystko mnie przytłaczało, nie potrafiłam tego zaakceptować. Przymknęłam na chwilę powieki, starając się nie wybuchnąć płaczem, bo już naprawdę niewiele mi brakowało. Czułam, że gdyby powiedział chociaż słowo więcej to nie wytrzymałabym.
Usłyszałam czyjeś kroki, więc mimowolnie poprawiłam włosy i uspokoiłam oddech. Martha wkroczyła do pokoju z uśmiechem, uważnie przyglądając się mojej sukience. W lewej ręce dalej trzymałam jedną z gazet zastanawiając się przez moment po co właściwie je ze sobą zabrałam. Na szczęście kobieta domyśliła się co robić i pokazując mi po kolei każdą stronę tłumaczyła o co chodzi w tej ichniej modzie...
Słuchałam jej uważnie, byleby tylko zająć czymś umysł. Taką już miałam strategię. Byle tylko nie myśleć... Szłyśmy przez ogromny ogród, mijałam coraz to dziwniejsze krzaki i drzewa, okazało się nawet, że posadzone są tutaj arbuzy i że całkiem niedługo zaczną je zbierać. Przyjrzałam się uważnie grządkom.
- Kim był ten chłopak? - kiedy zaczynałam już powoli całkiem swobodnie czuć się w towarzystwie tej kobiety postanowiłam w końcu przełamać się i odezwać. Czułam, że ona jako jedyna mogłaby mi pomóc, gdybym tego potrzebowała. Potrzebowałam.
- Ah, tak. To Sahib. Był dla ciebie niedobry? - zapytała siadając na ławce i wzrokiem zapraszając mnie obok siebie.
- Nie – od razu zaprzeczyłam, ale popatrzyła na mnie spod byka, jakby wyczuła, że kłamię.
- Nie powinnaś się nim przejmować. On już taki jest. Trzeba po prostu go ignorować – położyła ostrożnie dłoń na moim ramieniu.
Nie wytrzymałam. Najpierw jedna łza spłynęła po moim policzku, później kolejna, a dalszych już nie liczyłam. Bałam się, tak strasznie się o siebie bałam. Nie wiedziałam co się stało ani jak się tu znalazłam, nie potrafiłam pojąć o co w tym wszystkim chodzi, ja nawet nie byłam w stanie zaakceptować tego, gdzie teraz byłam. Nie wierzyłam w to, to do mnie nie docierało – najzwyczajniej.
Martha przysunęła się bliżej i pozwoliła mi oprzeć głowę o swoje ramię. Pogłaskała mnie po włosach i zaczęła coś szeptać, ale nie mogłam się skupić. Jej głos za to mnie uspokajał. Cichutki, ciepły, jakby znała mnie na wylot. Wyjęła chusteczki z kieszeni luźnego swetra, za który ją podziwiałam, bo na zewnątrz było okropnie gorąco...
Wyjęłam jedną i dokładnie wytarłam nią łzy. Podniosłam głowę, żeby było mi wygodniej, a ona uśmiechnęła się dobrotliwie.
- Musisz dać radę – złapała moją dłoń – Zawsze możesz ze mną porozmawiać, słyszysz?
- Dlaczego tu jestem? - zapytałam nadal szlochając i ocierając policzki.
Ona westchnęła jedynie ciężko i spuściła wzrok na swoje kolana. Poprawiła spódnicę i zaczęła spokojnie:
- Nie mogę... - odgarnęła kosmyk moich włosów za ucho – Wiesz ile lat nie widziałam tutaj żadnej blondynki? - zaśmiała się cicho – Ale Artan prędzej czy później wszystko ci wyjaśni, przekonasz się. Chodź – wstała z miejsca – Robi się późno, na pewno jesteś zmęczona.








Wiem, że to mogłoby wydawać się śmieszne, ale strasznie bałam się wyjść teraz z pokoju, mimo że już właściwie usychałam z pragnienia. Pierwsza noc zawsze chyba jest tą najgorszą w nowym miejscu, a tutaj wszystko było dużo gorsze... Miałam milion myśli na minutę, moja wyobraźnia zaczęła działać już na etapie „co jeśli stąd wyjdę i coś się stanie?”. Karciłam się w myślach, że coś takiego krąży mi po głowie. Artan obiecał mi spokój, przynajmniej do jakiegoś czasu, a Martha tak swobodnie się o nim wypowiadała, powtarzała, że jemu można ufać, ale... Jak mam zaufać mężczyźnie, który zabrał mnie z mojego świata?!
Jeszcze ta cała sprawa z moim ojcem... Dał mi do myślenia. I choć ciągle jakaś część mnie chciała trochę nad tym porozważać, starałam się to stłumić. Nie mogłam nastawić się na moją wersję. Będę musiała poznać szczegóły, może to faktycznie jest jedną wielką pomyłką? Albo może snem?
Ojciec nie zrobiłby tego, a już na pewno nie siostra mojej matki. Edin – bo tak miała na imię, była najlepszą mamą na świecie, ale mnie opuściła. Jechałyśmy wtedy na moje zajęcia baletowe. Odwiozła mnie pod same drzwi wejściowe, a później powiedziała, że wróci z kolacją po moim treningu. Przytuliłam ją wtedy mocno, jak zawsze kiedy się żegnałyśmy i rzuciłam w jej stronę wesołe „cześć!”. Więcej już nigdy tego nie usłyszałam...
Pogodzenie się z tym było najboleśniejszym z przeżyć większości ludzi w sytuacji podobnej do mojej. Ta świadomość, że nigdy nie poczujesz już matczynego ciepła, które ta oddaje ci z każdym objęciem, z każdym słowem i każdym spojrzeniem. Już przestałaś być dla kogoś całym światem, wraz z matką umiera duża część ciebie. I na zawsze odciska ślad w zranionym sercu. Miałam osiem lat.
Wstałam z łóżka nawet wiele o tym nie myśląc. Przejrzałam się w wielkim lustrze i załamałam. Miałam wrażenie, że noszę ubrania obcej kobiety, jakbym miała tutaj kogoś zastępować... Pięknej kobiety. I bardzo zmysłowej.
Brzuch, tyłek i całe nogi miałam odkryte. Piersi przysłonięte były jedynie cienkim, przylegającym do nich koronkowym materiałem, majtki kryły jedynie przód.
Wzięłam jeden ze szlafroków, które znalazłam w łazience. Było mi strasznie gorąco, włosy musiałam upiąć w wysokiego, niedbałego koczka, czego nigdy właściwie nie lubiłam.
Nie zawiązałam szlafroka, w końcu o trzeciej w nocy normalni ludzie śpią... Nie miałam się chyba czego bać.
Wyszłam z pokoju najciszej jak potrafiłam. Przy końcu holu nawet się za to pochwaliłam i ze skupieniem powoli schodziłam w dół schodów zagryzając dolną wargę z nerwów. Wszędzie cisza.
Salon na szczęście był pusty. Właściwie to właśnie podejrzewałam, ale odetchnęłam mimo wszystko z ulgą. Podeszłam do lady i nachylając się po jedną z idealnie czystych szklanek równo poukładanych z boku wlałam w nią sok pomarańczowy z dzbanka.
Wypiłam chyba ze trzy niemal duszkiem. Tutaj chyba nawet w nocy było coś około trzydziestu stopni. Wczoraj prawie się całkiem wypociłam w tej nieoddychającej sukience...
Zapaliło się światło od strony tylnego wyjścia. Potem jakieś głosy i klamka...
Zmroziło mnie.
Stałam jak wryta i nie mogłam się ruszyć, strach mnie sparaliżował. Przysunęłam się tylko o kilka centymetrów, żeby w razie czego móc oprzeć się o ścianę.
Drzwi otworzyły się szerzej.
Cisza.
Widziałam, że były uchylone.
Szepty. Męskie – zdecydowanie.
- Pewnie – usłyszałam jakiś bełkot, dopiero po chwili zorientowałam się, że rozmawiają w języku, który rozumiem – Zaraz się za to zabieram – tutaj już wyraźnie słyszałam jakiś stłumiony śmiech.
Ktoś odpowiedział, ale nic nie mogłam zrozumieć.
I cichy huk.
Znów śmiech.
- Zaraz rozwalisz moje drzwi – upomniał ten bardziej normalny ton.
- Zostawiłeś dziewczynę w jednym samochodzie z moim bratem! Wiesz jak to się może skończyć – w odbiciu okna widziałam jak jakiś blady chłopak opiera się o framugę.
Domyśliłam się, że to ten blondyn, którego podsłuchiwałam wczoraj. Razem z tym, który tak mnie wieczorem potraktował... Sahib. Syn Artana, jak podejrzewałam.
- Też mi strata – wzruszył obojętnie ramionami – A co do twojego brata... - ucichli.
Widzieli mnie, byłam pewna. Oboje obrócili się w moją stronę. Zaczęłam znów napełniać szklankę sokiem i chciałam jak najszybciej zniknąć na górze. Z własnej głupoty zacisnęłam mocno powieki na kilka sekund, krzycząc na siebie w środku jak mogłam być tak nieostrożna. Powinnam uciec, ale ja z niewiadomych przyczyn nadal stałam głupio w miejscu. Zerknęłam w okno, Sahib zamykał właśnie drzwi.
Odkleiłam się od lady i już miałam kierować do siebie, kiedy mnie zatrzymał.
- Emma. - powiedział tylko, a ja stanęłam posłusznie dopiero dwie sekundy później na niego spoglądając.
Wyglądał inaczej. Miał jeszcze bardziej potargane włosy, nieobecne, całkiem pijane spojrzenie i plątał mu się język. Zauważyłam, że nawet moje imię wypowiedział z bardzo dziwnym akcentem. Podszedł tych kilka kroków, które nas dzieliły lekko chwiejnym krokiem. Zadrżałam, ale tego nie zauważył, tylko głupio wpatrywał się w moje włosy.
- Jak mija ci noc? - zapytał poważnie, stając tak blisko, że gdybym ruszyła trochę łokciem trafiłabym na jego brzuch.
- W porządku – odpowiedziałam szybko nagle przypominając sobie jak wyglądałam. Chwyciłam koniec szlafroka i starałam się naturalnie zachowywać, żeby nie wyglądało to tak żałośnie jak pewnie było. Nie chciałam, żeby patrzył jak na jego widok się zachowuje, jak zasłaniam się na każdy możliwy sposób i jak bardzo chcę zamknąć się w pokoju.
Ale wiedział to.
Kiedy tylko koniec szlafroka poruszył się w stronę mojego ciała od razu na to zareagował. Złapał moją dłoń i kierując w zupełnie inną stronę przesunął mnie przodem do siebie i oparł o ladę stołu, na której minutę wcześniej odłożyłam napój. Zdziwiona i wystraszona zupełnie nie wiedziałam jak się zachować. Twardy kraniec wbijał mi się w dół pleców, chłopak oparł się o mnie, a ja w tych ciemnościach nie mogłam dojrzeć wyrazu jego twarzy. Tutaj nie było okien przez które wpadało księżycowe światło z podwórza.
Naparł na mnie ściskając mój nadgarstek, chwilę później czułam już jego ciepłą dłoń na nagim brzuchu. Przeraziłam się jeszcze bardziej i zrzuciłam ją z siebie. Nie spodziewał się tego, więc postanowiłam całkiem wykorzystać jego zaskoczenie. Popchnęłam go, a on odsunął się pół kroku w bok zupełnie mnie już oswabadzając. Musiał złapać się blatu, żeby nie upaść na podłogę.
Pobiegłam nawet nie oglądając się już za siebie, ale byłam pewna, że tuż za mną słyszałam ciężkie kroki...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz