piątek, 2 listopada 2012

8: Rozdarcie między dwoma różnymi światami.


- Nie wiem jak mam ci pomóc się tu odnaleźć – powiedział, kiedy zobaczył już jak bardzo się speszyłam jego ostatnim gestem.
Na pewno nie tak –myślałam.
Nie odezwałam się, nawet nie wiedziałam co teraz powiedzieć, a to że się bałam było tylko dodatkiem. To wszystko jest tak cholernie popieprzone,nikt nie był łaskaw powiedzieć mi o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi.
Kilka faktów już znałam.
1. Mój ojciec żył. A na dodatek utrzymywał kontakt z siostrą mojej matki –moją jedyną rodziną… Wykorzystał mnie, przypominając sobie o mnie pierwszy raz od szesnastu lat. To chore. Nie wiedziałam jak można tak zupełnie olać własne dziecko, nigdy go nie widzieć,nie wiedzieć jakie jest i tak samolubnie decydować o jego życiu. A myślałam, że takie rzeczy dzieją się w tylko w książkach…
2.Moje przeznaczenie było jednoznaczne. Ale o tym nie chciałam wcale myśleć.
3. Bałam się tych ludzi.
- Emma? – zapytał –Emma, wszystko dobrze?
- Tak – odpowiedziałam cicho –Zamyśliłam się…
- Masz jakiś problem tutaj? Źle się z czymś czujesz? Ktoś nie traktuje cie dobrze? – pytał lekko łamanym angielskim.
Nie wiem czemu, ale od razu pomyślałam o Sahibie,bardzo często wracałam do tego momentu jak pierwszy raz z nim rozmawiałam. Chyba wcześniej nikt aż tak obcesowo mnie nie potraktował. Czułam się jakby to wszystko było moją winą,jakbym wkroczyła tutaj z własnej woli, niszcząc przy tym czyjeś plany, a przecież to wcale nie było tak…
Później natomiast przed oczami miałam ten dzień, kiedy płakałam w ogrodzie i kiedy próbował mnie uspokajać. Był wtedy całkiem inny, jakby naprawdę się przejął, zainteresował tym co się ze mną dzieje, jakby obchodziło go coś więcej niż tylko to, żebym nie zabrudziła jego dywanu.
- Nie – zaprzeczyłam po chwili namysłu.
Telefon znów zadzwonił.
Artan westchnął ciężko zrezygnowany.
-Wyjdziesz ze mną wieczorem? Na kolacje? – zapytał unosząc brew.
Jakbym miała inne wyjście.
***
Co ja bym dała za oswojenie się z tym miejscem. Za to, żeby nie dziwiła mnie żadna propozycja, żadne zachowanie, żebym to wszystko przyswajała.
Chyba już pogodziłam się z tym wszystkim. Chyba już potrafię zaakceptować co mnie czeka i to, że nie jestem już we własnym domu. Że teraz TO będę nazywać schronieniem.
Wyszłam do ogrodu. Tak strasznie lubiłam w nim przebywać. Nawet mimo tej okropnie wysokiej temperatury i wszechobecnej jakby mgły było w nim lepiej niż w „moim”klimatyzowanym i zawsze posprzątanym pokoju. Tutaj było tak naturalnie, a jedno miejsce w głębi, to gdzie rosły kaktusy przypominało mi mój pokój w Kanadzie, gdzie na każdym parapecie musiał stać co najmniej jeden. To była taka moja mała obsesja po pierwszych wakacjach w Arizonie.
Zawsze kiedy tam szłam mijałam basen. Był duży, mogłam powiedzieć, że prawie taki sam jak ten,w którym do tej pory trenowałam do zawodów. Nie był cudownie zaaranżowany, ale odpowiedni do treningów, a to przecież było najważniejsze.
- Cześć – usłyszałam gdzieś za sobą.
-Cz-cześć – odpowiedziałam zdezorientowana.
Sahib stał koło mnie uśmiechnięty i jakiś zadowolony. Przez moment zastanawiałam się jak tutaj w ogóle trafił, przecież nie było to wcześniej nikogo!
- Czas na pierwszą lekcję – znowu zaczął, kiedy już miałam nadzieję, że sobie pójdzie.
- Pierwszą… Co?
-Zaczynasz naukę języka. Usiądziemy?
Siedziałam jak ta oślica i bez sensu wsłuchiwałam się w to co mówił. Ogólnie opowiadał o tym, że ogólnie gramatyka jest bardzo podobna do tej angielskiej i że uczy mnie tylko chwilowo. Ktoś musiał zadbać,żebym znała chociaż minimalne podstawy, bo nauka od zera była podobno nie lada wyzwaniem, zważając też na to, że wielu podobno nauczycieli nie miała ochoty bawić się w korepetycje dla…kobiety.
Pamiętałam ze szkoły, że w krajach arabskich kobiety właściwie żadnych praw nie mają. Są nieliczne przypadki kiedy kobieta może iść równo z mężczyzną, a nie krok za nim, że jest tylko jedną żoną i jej partner ma dzieci tylko z nią. To podobno zależało obecnie tylko od dobrotliwości i łaskawości faceta. A Sahib tylko to potwierdził, dodając kilka nowych wątków,ale nie mogłam jakoś skupić się na tym co mówił. Miałam w głowie wizję siebie za rok nadal w tej rodzinie.
- Mam dla Ciebie przygotowaną małą listę słówek, od których powinnaś zacząć – położył mi na kolanach jakiś świstek. – Tu -wskazał palcem na pierwszy słupek – jest pisownia, obok jak powinnaś to wypowiadać, a na końcu tłumaczenie. Jakbyś miała jakiś problem z którymkolwiek, albo jakieś wątpliwości postaram się pomóc. Nie masz daleko – uśmiechnął się.
Spojrzałam na te hieroglify, a on chyba zobaczył moją reakcję i cicho się zaśmiał.
- Spokojnie zaraz ci to wszystko wytłumaczę. – podał mi kolejną kartkę – Nie używaj tego na razie, chcę tylko żebyś to miała, na później na wszelki wypadek. Kilka podstawowych zasad,muszę się rozejrzeć za jakimś porządnym podręcznikiem, bo znając moje zdolności raczej niczego cię nie nauczę, a tylko namieszam niepotrzebnie w głowie.
- Chyba uda mi się to jakoś ogarnąć – przyjrzałam się liście i dwa słówka już zdążyłam zapamiętać. – Tak, szybko się uczę – dopowiedziałam.
- Nie wątpię.
Patrzyłam na te kartki postanawiając, że muszę to zrobić, że w końcu mam się czym zająć, żeby nie myśleć. Ale nagle poczułam się spięta.
Spojrzałam kątem oka na chłopaka,a on nie spuszczał ze mnie wzroku. Aż się wyprostowałam, chyba jeszcze nikt nie gapił się na mnie tak bezczelnie. Na wszelki wypadek sprawdziłam czy dekolt nie jest zbyt głęboki, ale właściwie nie było go wcale. Co najwyżej nogi miałam odkryte,ale on wcale nie patrzył w dół…
- Mam nadzieję, że mnie nie wydasz – powiedział cicho.
- Co?
W sekundę przysunął się do mnie. Jedną rękę położył na moim ramieniu, delikatnie dotykając szyi, drugiej nie czułam. Kiedy mnie całował wszystko mówiło mi, że powinnam przestać, ale automatycznie oddawałam kolejne pocałunki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz