- M-Mój ojciec? – odezwała się wemnie iskierka nadziei – To niemożliwe. Mój ojciec nawet nie wie omoim istnieniu, mieszkam z ciocią, młodszą siostrą mojej mamy,musiała zajść jakaś pomyłka – poprawiłam się na swoimmiejscu i starałam się ukryć moje zainteresowanie, że to byłjakiś błąd, że to nie o mnie chodzi.
Tak strasznie chciałam,żeby tak było, żebym mogła wrócić do domu. Oddałabym za towszystko, naprawdę wszystko.
- Twoja ciotka nazywa się DianahButler i obie mieszkałyście w Edmonton? – podniósł lewą brewdalej nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Tak, ale…
- A więcto nie jest żadna pomyłka. – spojrzał na zegarek na lewej ręce –Jestem winny ci wyjaśnienia, ale nie teraz… – spojrzał na niegojeszcze raz – Zbyt długo spałaś, muszę załatwić kilka spraw.Kiedy wrócę wszystko ci wytłumaczę. – westchnął ciężko biorącw ręce kilka dokumentów i wsadzając je do czarnej teczki – Niewiem ile mi to zajmie i… Dam ci trochę czasu na oswojenie się ztą sytuacją. Masz prawo w spokoju o wszystkim pomyśleć, ale tonie będzie trwało wiecznie – dotknął kilka razy palcem monitorkomputera i znów obarczył mnie swoim tajemniczym spojrzeniemciemnobrązowych oczu, a jego zarost tak dobrze je podkreślał…Trochę się przestraszyłam tych ostatnich słów – Jeśli czegośbędziesz potrzebować Martha i Danielle są do twojej dyspozycji.Wiedzą, że w razie kłopotu będziesz zwracać się do nich. Jednaz nich za chwilę oprowadzi cię po domu, jak mówiłem wcześniej,masz teraz trochę czasu tylko dla siebie. A później… – urwałnagle – Dojdziemy do tego – wstał z miejsca, a ja automatyczniezrobiłam to samo.
Podniósł słuchawkę bezprzewodowego telefonui naciskając tylko jeden guzik, powiedział coś, czego nie mogłamzrozumieć. Włożył kamizelkę od garnituru, która zwisałaswobodnie na wieszaku w kącie i zabierając ze sobą jeszczemarynarkę i aktówkę wskazał mi ręką drzwi. Od razu ruszyłam wich stronę, a on kroczył metr ode mnie.
Wyszliśmy. Przymknąłdrzwi, a kiedy zobaczył jedną z kobiet powiedział coś po tymswoim języku, a ona tylko to potwierdziła z szerokim i o dziwo…szczerym uśmiechem, a arab to odwzajemnił. Wciąż z wesołościąna twarzy podeszła do mnie. To była ta sama, która mnie do niegoprowadziła…
- Jestem Martha, dziecinko. Oprowadzę cię,dobrze? Powinnaś lepiej poznać ten dom. – stanęła przodem downętrza holu, a ja spojrzałam w tę samą stronę. Uniosła rękęi zaczęła mówić – Po tej stronie, gdzie jest twój pokój jestjeszcze jeden gościnny, a te drzwi tutaj – wskazała na najbliższenam – to pracownia. Od dawna nikt jej nie używał, jest tylkoregularnie sprzątana. Tu – obróciła się – to wiesz, gabinetArtana. Za nim mała sala konferencyjna, niektóre jego spotkania sąorganizowane w domu… A tam na końcu to schowek na jakieś jegograty – zaśmiała się. – Na trzecim piętrze na razie nic nie ma,puste ściany. Zejdźmy… – poprowadziła mnie na dół, a jamusiałam naprawdę się skupić żeby ją zrozumieć, boniewiarygodnie szybko mówiła.
Drewniane schody o dziwo nawet niezaskrzypiały, ręcznie zdobiona poręcz była idealnie wylakierowanatak jak i stopnie. Dół był bardzo słoneczny. Schodząc widziałosię salon, w którym na oścież otwarte były dwie pary drzwiprowadzące do ogrodu. Wszystko było utrzymane w kolorach brązu. Nalewo od salonu była połączona kuchnia, a raczej same lady, awszelakie sprzęty były sprytnie zabudowane.
- Te drzwi tojadalnia – wskazała na mahoniowe – ale zazwyczaj wszyscy jedząw salonie – tam jest zejście do piwnicy i jest siłownia połączonaz kolejną graciarnią. O! – powiedziała słysząc dzwonek telefonuzza któryś drzwi – zaczekasz moment?
Pokręciłampotwierdzająco głową. Przeszłam kawałek, kiedy zniknęła mi zoczu. Usłyszałam jakieś przyciszone głosy, więc cichutkopodeszłam mimowolnie w ich stronę. Robiły się coraz głośniejsze,a ja schowałam się za jakąś potężną rzeźbą.
Tyłem domnie siedziała para. Chyba ta sama, którą wcześniej obserwowałamz okna, poznałam głos tej dziewczyny. Tym razem nie widziałamniczyjej twarzy, ale zainteresowało mnie, że rozmawiają poangielsku…
- …już tutaj? – zapytał ktoś, chociażwidziałam, że broda tego bruneta się nie poruszyła. Wychyliłamsię bardziej zza figury i ujrzałam jeszcze jednego chłopaka –bladego blondyna…
- Przyjechała nad ranem. – odpowiedziałciemnowłosy.
- Czemu to tyle trwa?! – żachnęła siędziewczyna.
- Bo wszystko musi wyglądać na legalne –powiedział spoglądając na nią i kładąc rękę na oparciu kanapy– Sama wiesz jak to wygląda, nie? Trochę zamieszania, alewszystko się ładnie wyjaśni. Poza tym Artan gadał coś ostatnio,że z nią…
- Emma? – usłyszałam głos Marthy gdzieś zamną.
Podbiegłam cicho w jej stronę, żeby tamta trójka niemogła się zorientować. Zaczęła mówić, ale słuchałam jejjednym uchem starając się przeanalizować, o czym mówili… Comiało wyglądać na legalne? To kim ja miałam tutaj być?!
Tak strasznie chciałam,żeby tak było, żebym mogła wrócić do domu. Oddałabym za towszystko, naprawdę wszystko.
- Twoja ciotka nazywa się DianahButler i obie mieszkałyście w Edmonton? – podniósł lewą brewdalej nie spuszczając ze mnie wzroku.
- Tak, ale…
- A więcto nie jest żadna pomyłka. – spojrzał na zegarek na lewej ręce –Jestem winny ci wyjaśnienia, ale nie teraz… – spojrzał na niegojeszcze raz – Zbyt długo spałaś, muszę załatwić kilka spraw.Kiedy wrócę wszystko ci wytłumaczę. – westchnął ciężko biorącw ręce kilka dokumentów i wsadzając je do czarnej teczki – Niewiem ile mi to zajmie i… Dam ci trochę czasu na oswojenie się ztą sytuacją. Masz prawo w spokoju o wszystkim pomyśleć, ale tonie będzie trwało wiecznie – dotknął kilka razy palcem monitorkomputera i znów obarczył mnie swoim tajemniczym spojrzeniemciemnobrązowych oczu, a jego zarost tak dobrze je podkreślał…Trochę się przestraszyłam tych ostatnich słów – Jeśli czegośbędziesz potrzebować Martha i Danielle są do twojej dyspozycji.Wiedzą, że w razie kłopotu będziesz zwracać się do nich. Jednaz nich za chwilę oprowadzi cię po domu, jak mówiłem wcześniej,masz teraz trochę czasu tylko dla siebie. A później… – urwałnagle – Dojdziemy do tego – wstał z miejsca, a ja automatyczniezrobiłam to samo.
Podniósł słuchawkę bezprzewodowego telefonui naciskając tylko jeden guzik, powiedział coś, czego nie mogłamzrozumieć. Włożył kamizelkę od garnituru, która zwisałaswobodnie na wieszaku w kącie i zabierając ze sobą jeszczemarynarkę i aktówkę wskazał mi ręką drzwi. Od razu ruszyłam wich stronę, a on kroczył metr ode mnie.
Wyszliśmy. Przymknąłdrzwi, a kiedy zobaczył jedną z kobiet powiedział coś po tymswoim języku, a ona tylko to potwierdziła z szerokim i o dziwo…szczerym uśmiechem, a arab to odwzajemnił. Wciąż z wesołościąna twarzy podeszła do mnie. To była ta sama, która mnie do niegoprowadziła…
- Jestem Martha, dziecinko. Oprowadzę cię,dobrze? Powinnaś lepiej poznać ten dom. – stanęła przodem downętrza holu, a ja spojrzałam w tę samą stronę. Uniosła rękęi zaczęła mówić – Po tej stronie, gdzie jest twój pokój jestjeszcze jeden gościnny, a te drzwi tutaj – wskazała na najbliższenam – to pracownia. Od dawna nikt jej nie używał, jest tylkoregularnie sprzątana. Tu – obróciła się – to wiesz, gabinetArtana. Za nim mała sala konferencyjna, niektóre jego spotkania sąorganizowane w domu… A tam na końcu to schowek na jakieś jegograty – zaśmiała się. – Na trzecim piętrze na razie nic nie ma,puste ściany. Zejdźmy… – poprowadziła mnie na dół, a jamusiałam naprawdę się skupić żeby ją zrozumieć, boniewiarygodnie szybko mówiła.
Drewniane schody o dziwo nawet niezaskrzypiały, ręcznie zdobiona poręcz była idealnie wylakierowanatak jak i stopnie. Dół był bardzo słoneczny. Schodząc widziałosię salon, w którym na oścież otwarte były dwie pary drzwiprowadzące do ogrodu. Wszystko było utrzymane w kolorach brązu. Nalewo od salonu była połączona kuchnia, a raczej same lady, awszelakie sprzęty były sprytnie zabudowane.
- Te drzwi tojadalnia – wskazała na mahoniowe – ale zazwyczaj wszyscy jedząw salonie – tam jest zejście do piwnicy i jest siłownia połączonaz kolejną graciarnią. O! – powiedziała słysząc dzwonek telefonuzza któryś drzwi – zaczekasz moment?
Pokręciłampotwierdzająco głową. Przeszłam kawałek, kiedy zniknęła mi zoczu. Usłyszałam jakieś przyciszone głosy, więc cichutkopodeszłam mimowolnie w ich stronę. Robiły się coraz głośniejsze,a ja schowałam się za jakąś potężną rzeźbą.
Tyłem domnie siedziała para. Chyba ta sama, którą wcześniej obserwowałamz okna, poznałam głos tej dziewczyny. Tym razem nie widziałamniczyjej twarzy, ale zainteresowało mnie, że rozmawiają poangielsku…
- …już tutaj? – zapytał ktoś, chociażwidziałam, że broda tego bruneta się nie poruszyła. Wychyliłamsię bardziej zza figury i ujrzałam jeszcze jednego chłopaka –bladego blondyna…
- Przyjechała nad ranem. – odpowiedziałciemnowłosy.
- Czemu to tyle trwa?! – żachnęła siędziewczyna.
- Bo wszystko musi wyglądać na legalne –powiedział spoglądając na nią i kładąc rękę na oparciu kanapy– Sama wiesz jak to wygląda, nie? Trochę zamieszania, alewszystko się ładnie wyjaśni. Poza tym Artan gadał coś ostatnio,że z nią…
- Emma? – usłyszałam głos Marthy gdzieś zamną.
Podbiegłam cicho w jej stronę, żeby tamta trójka niemogła się zorientować. Zaczęła mówić, ale słuchałam jejjednym uchem starając się przeanalizować, o czym mówili… Comiało wyglądać na legalne? To kim ja miałam tutaj być?!
- … najkrótsza droga w stronębasenu jest przez tamte drzwi – wskazała gdzieś w lewo –ręczniki znajdziesz zaraz przy wyjściu, a kostiumy kąpielowe są wtwojej komodzie obok kanapy, reszta ubrań w twojej szafie, a butyzaraz przy drzwiach wejściowych do ciebie.
- Mojej szafie? – tomnie odrobinę zdziwiło.
Mimowolnie spojrzałam na siebie. Byłamubrana dokładnie tak samo jak na imprezie u Tiny, tylko gdzieśzginął mój gruby sweter…
- No tak – zaśmiała się cicho– całkiem spora szafa. Powinnaś się przebrać – zmierzyłamnie przyjaźnie wzrokiem. – Pomóc ci z doborem ubrania?
- Mojej szafie? – tomnie odrobinę zdziwiło.
Mimowolnie spojrzałam na siebie. Byłamubrana dokładnie tak samo jak na imprezie u Tiny, tylko gdzieśzginął mój gruby sweter…
- No tak – zaśmiała się cicho– całkiem spora szafa. Powinnaś się przebrać – zmierzyłamnie przyjaźnie wzrokiem. – Pomóc ci z doborem ubrania?
Chyba musiałam spojrzeć na nią jakośwyjątkowo dziwnie, bo zaśmiała się kolejny raz tym razem trochęgłośniej niż poprzednio, ale wciąż sympatycznie.
- Powinnaśgdzieś znaleźć na górze kilka czasopism, wszystkie sąprzetłumaczone, więc nie będziesz mieć problemu. A późniejzejdź do mnie jeszcze raz, w porządku? Muszę jeszcze pokazać ciogród, mam dokładne instrukcje z czym cię tu zapoznać.
- Powinnaśgdzieś znaleźć na górze kilka czasopism, wszystkie sąprzetłumaczone, więc nie będziesz mieć problemu. A późniejzejdź do mnie jeszcze raz, w porządku? Muszę jeszcze pokazać ciogród, mam dokładne instrukcje z czym cię tu zapoznać.
Znówkolejny widok mnie przerósł. Miałam przed sobą otwartą na ościeżtrzydrzwiową szafę pełną najróżnorodniejszych sukienek idodatków. Były w niej tylko ze dwie pary szortów i kilka bluzek,reszta to zwisające swobodnie sukienki, tak różnokolorowe, że odsamego patrzenia można byłoby dostać zawału. Szafa z butami byławiększym zaskoczeniem. Sięgała sufitu i na każdej półce byłopo pięć par. Ogólnie były tam sandały i buty na obcasie.Przeraziło mnie to, że wszystkie były w moim rozmiarze…
Alenajlepsze zobaczyłam dopiero pod koniec.
Jedna z trzech szuflad wszafie była pełna piżam, które składały się z prawieprzezroczystych bluzek i mocno wyciętych majtek… Dwie pozostałewypełnione bielizną. A raczej to co z bielizny zostało. Wszędziekoronki, mnóstwo koronek… Staniki więcej odkrywały a niżelizakrywały. Boże – myślałam.
Wybrałam rzeczynajbardziej „normalne” i jedną z sukienek. Wzięłam po prostupierwszą lepszą i dopasowałam do niej buty. Musiałam się czymśzająć, miałam dość natłoku myśli. Chciało mi się płakać ibałam się o siebie, dlatego postanowiłam robić wszystko, co tylkomi powiedzą…
Wzięłam ciepły prysznic i chociażspodziewałam się, że mnie uspokoi i zrelaksuje wcale tak się niestało. Spięłam się jeszcze bardziej, w głowie ciągle tylkobezmyślnie powtarzałam sobie wszystkie słowa tego mężczyzny, zktórym rozmawiałam, z Artanem. Tak nazywała go Martha.
Byłytu nawet kosmetyki. To ku mojej uldze, bo właśnie znalazłamkolejne zajęcie, które pomagało w niemyśleniu. Przyłapałam sięna tym, że co jakiś czas podchodziłam do okna i sprawdzałam, czyktóreś z tej trójki, którą przyłapałam jeszcze kręci sięgdzieś obok. Nie chciałam się z nimi spotkać, po tym jakusłyszałam, że byłam głównym tematem rozmowy. Wiedzieli o mnierzeczy, których ja prawdopodobnie nie poznam… Nie chciałam, żebypatrzyli na mnie w ten wszystkowiedzący sposób… Kiedy wydawałomi się, że byłam gotowa wzięłam głębszy oddech, posprzątałampo sobie, włożyłam mokry ręcznik do kosza na brudy w kącie iwyszłam najpierw z łazienki, a później zbierając jedno zczasopism leżących na ławie zamknęłam za sobą drzwi do pokoju.Ruszyłam po schodach w dół. Rozglądałam się w poszukiwaniuMarthy, ale natrafiłam na kogoś zupełnie innego.
Tenciemnoskóry brunet, którego słyszałam w rozmowie i któregowidziałam rano z dziewczyną stał dosłownie naprzeciw mnie, nieodrywając ani na moment swojego wzroku…
Alenajlepsze zobaczyłam dopiero pod koniec.
Jedna z trzech szuflad wszafie była pełna piżam, które składały się z prawieprzezroczystych bluzek i mocno wyciętych majtek… Dwie pozostałewypełnione bielizną. A raczej to co z bielizny zostało. Wszędziekoronki, mnóstwo koronek… Staniki więcej odkrywały a niżelizakrywały. Boże – myślałam.
Wybrałam rzeczynajbardziej „normalne” i jedną z sukienek. Wzięłam po prostupierwszą lepszą i dopasowałam do niej buty. Musiałam się czymśzająć, miałam dość natłoku myśli. Chciało mi się płakać ibałam się o siebie, dlatego postanowiłam robić wszystko, co tylkomi powiedzą…
Wzięłam ciepły prysznic i chociażspodziewałam się, że mnie uspokoi i zrelaksuje wcale tak się niestało. Spięłam się jeszcze bardziej, w głowie ciągle tylkobezmyślnie powtarzałam sobie wszystkie słowa tego mężczyzny, zktórym rozmawiałam, z Artanem. Tak nazywała go Martha.
Byłytu nawet kosmetyki. To ku mojej uldze, bo właśnie znalazłamkolejne zajęcie, które pomagało w niemyśleniu. Przyłapałam sięna tym, że co jakiś czas podchodziłam do okna i sprawdzałam, czyktóreś z tej trójki, którą przyłapałam jeszcze kręci sięgdzieś obok. Nie chciałam się z nimi spotkać, po tym jakusłyszałam, że byłam głównym tematem rozmowy. Wiedzieli o mnierzeczy, których ja prawdopodobnie nie poznam… Nie chciałam, żebypatrzyli na mnie w ten wszystkowiedzący sposób… Kiedy wydawałomi się, że byłam gotowa wzięłam głębszy oddech, posprzątałampo sobie, włożyłam mokry ręcznik do kosza na brudy w kącie iwyszłam najpierw z łazienki, a później zbierając jedno zczasopism leżących na ławie zamknęłam za sobą drzwi do pokoju.Ruszyłam po schodach w dół. Rozglądałam się w poszukiwaniuMarthy, ale natrafiłam na kogoś zupełnie innego.
Tenciemnoskóry brunet, którego słyszałam w rozmowie i któregowidziałam rano z dziewczyną stał dosłownie naprzeciw mnie, nieodrywając ani na moment swojego wzroku…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz