poniedziałek, 8 kwietnia 2013
5: To nie ty jesteś ofiarą.
Tak sobie tutaj weszłam i jak sobie o was pomyślałam to mi się ciepło na sercu zrobiło ;). I mimo tego, że powinnam siedzieć na dupie i uczyć się z geografii wolałam napisać dla was rozdział! :)
_______________________
Sahib i Galija nie wracali bitych kilka godzin. Chłopak pojechał po nią kilka chwil po siedemnastej, a niedawno zegar wybił dwudziestą trzecią. Choć żadne z nich nie miało godziny policyjnej to ja i Martha denerwowałyśmy się niesamowicie. Galija nowy telefon miała odebrać dopiero jutro, a Sahib wyłączył swój. Byłam zmęczona. Z jednej strony chciałam być pierwszą osobą, która się na nich wyżyje, ale z drugiej byłam zbyt zmęczona, żeby trwać na tej kanapie kolejnych kilka godzin. Artan właśnie wracał do domu, ale mimo mojego oczekiwania czarne audi nie pojawiało się na podjeździe.
Wstałam w końcu z miejsca. Tyłek zaczął mnie już pobolewać od całodziennego siedzenia w jednej pozycji, a do tego miałam wrażenie, że jak za chwilę czymś się nie zajmę, oszaleję. Weszłam do sypialni, którą dzieliłam obecnie z... narzeczonym. Tak, to słowo dalej z trudem przychodziło mi na myśl. Weszłam do ogromnej garderoby i kucając, otworzyłam najniższą szufladę i wyciągnęłam z niej pierwszą lepszą piżamę. Niedługo przestanę mieścić się nawet w dres...
Zamknęłam się w łazience, choć od dawna tego nie robiłam. Przestałam, kiedy zaczęłam czuć się tu coraz swobodniej. Położyłam na półce ubrania i zaczęłam zmywać niezwykle delikatny makijaż.
Chyba właśnie taka podobałam się Artanowi najbardziej. Naturalna. I tego nigdy nie potrafiłam zrozumieć. Jedyne co teraz znajdowało się na mojej twarzy to korektor na dolnych powiekach i odrobina tuszu do rzęs. Nawet z włosami rzadko kiedy coś robiłam...
Wpadłam w jakiś melancholijny nastrój. Nie chcąc dłużej zagłębiać się w tym wszystkim weszłam pod gorący prysznic. Upiąwszy wcześniej włosy na samym czubku głowy, pozwoliłam by ciepła woda obmywała mi plecy. Byłam na siebie zła i obwiniałam się za całą tę sprawę, która teraz męczyła całą naszą trójkę. A co jeśli przez to coś im się stało? Sahib był taki impulsywny... Nie zachowałam się w stosunku do niego uczciwie, można by to nawet podciągnąć pod kłamstwo. To wszystko była moja wina...
Z rozmyślań wyrwało mnie natarczywe pukanie do drzwi. Artan.
Nawet nie zorientowałam się, że zaczęłam szlochać. Woda już dawno przestała lecieć, a ja byłam już w piżamie, otulona milutkim szlafrokiem. Pospiesznie otarłam twarz i otworzyłam drzwi.
Chciałam go wyminąć i jak najszybciej znaleźć się pod ciepłą kołdrą, ale zatrzymał mnie, obejmując jedną ręką moją talię. Nie potrafiłam tego zignorować. Uśmiechnęłam się blado i stając na palcach, przytuliłam twarz do jego szyi i pozwoliłam objąć się bardzo delikatnie. Dłonie położyłam wysoko na jego karku, jedną z nich wsuwając w gęste, czarne włosy. Bezwiednie wzięłam głębszy oddech i poczułam przyciągający mnie zapach męskich perfum i proszku do prania albo żelu pod prysznic.
- Sahib wie... - wyszeptałam, nie odsuwając się nawet na krok - Po co ja siedziałam w tym salonie... Jakbym nie mogła się zamknąć tutaj z tymi swoimi lekturami. Mogłam od razu napisać sobie termin na czole. Jak mogłam być taka głupia...
- Spokojnie! - powiedział cicho, ale stanowczo, a w jego głosie wyczułam odrobinę rozbawienia i większą część troski.
Musnął ustami moje czoło.
- Kiedy to naprawdę moja... - urwałam, widząc jego spojrzenie, kiedy odsunęłam się kilka centymetrów, wciąż jednak trwając w jego ramionach - Miałeś rację, że lepiej poczekać z tym aż sytuacja w domu się polepszy. Teraz nie wiadomo co się z nim dzieje!
- Poczekamy jeszcze godzinę, później... - urwał - Lepiej dla niego, żeby jednak wrócił w tym czasie. - uśmiechnął się i przyciągnął mnie do siebie.
- Jest bardzo porywczy. - przyznałam, wzruszając ramionami i tłumiąc ziewnięcie.
- Późno już. - przypomniał, odsuwając mnie i kładąc dłoń nisko na moich plecach.
- Nie zasnę teraz.
- Więc włączę ci jakiś nieprzetłumaczony, nudny film i padniesz szybciej niż skończy się wstęp.
Okej, okej, okej. To był Marley czy Jake? Percy, Derek? A może Chris? Tak, chyba Chris. W każdym razie Amerykanin. Oni wszyscy wyglądają przecież tak samo. A ten wyglądał jak skwarka z jasnymi włosami. Ciekawe ile czasu już tu mieszkał, skoro zdążył zaprzyjaźnić się z Sahibem. Siedziałam z przodu i pochylałam się nad radiem, pogłaśniając lecącą własnie piosenkę. Znałam tekst tylko trochę, ale śpiewałam własną wersję. Arab dołączył do mnie wers później.
Chris, Patrick, czy jak mu tam śmiał się z nas i co chwilę ściszał muzykę. Ciągle nalegał, żebyśmy zostali na noc u niego, coś mrucząc pod nosem o Artanie, ale Sahib zapewniał, że nie ma ochoty się dziś z nim przespać. Cokolwiek to znaczyło. Trochę zaczęli się w pewnym momencie kłócić, ale sprawa ucichła, kiedy znów zaczęłam swoje przedstawienie.
- Czemu dajesz mu prowadzić swój samochód? - zaśmiałam się, niemal wywracając, ale złapał mnie za ramię w ostatniej chwili, samemu prawie nie lądując tuż przed moimi butami.
- Jak ty możesz w tym chodzić?! - nachylił się nieporadnie z uwagą oglądając moje stopy.
- Urodziłam się w tych butach. - uśmiechnęłam się i pociągnęłam za kołnierz jego koszuli. - A teraz poważnie. Jak mówię "poważnie" to masz się uspokajać, a nie! - wybuchłam śmiechem, widząc jak chłopak nieporadnie stawia kolejne kroki. - Zjadłabym coś... - marudziłam.
Chociaż nie piłam często, zawsze kończyło się to jakąś gastrofazą. Jadłam i jadłam. Całą noc, albo cały poranek, a później tydzień walczyłam z odstającym brzuchem. Teraz było to samo. Właśnie zbliżał się moment, kiedy mój żołądek wydawał te słynne bełkoty.
Chris wrócił po nas, twierdząc, że chyba wszyscy śpią, bo nigdzie nie zauważył palącego się światła. Dobrze się złożyło, nie miałam ochoty na awantury w środku nocy, a Artana znałam naprawdę krótko i trudno byłoby mi jego reakcję przewidzieć.
Wszyscy weszliśmy po cichu do środka. Wyglądało to trochę jak dodatkowa scena w "Mission Impossible" tyle że w głównej roli zabrakło sławnego Toma, ale zamiast niego pojawiły się trzy niedołęgi w tym dwie w stanie upojenia alkoholowego. Tak, to mogłoby być ciekawe na wielkim ekranie...
Jak tylko Chris zamknął za sobą drzwi, a my dorwaliśmy się do aneksu kuchennego od razu rzuciłam się na Marthowe ciasto z jabłkami i banany. Sahib długo czegoś szukał, ale tak naprawdę średnio mnie to właściwie obchodziło. Jak tylko stanął obok, chciałam to wykorzystać i łapiąc się jego niestabilnego ramienia schyliłam się zdejmując buta z jednej nogi. Kiedy już brałam drugiego moja równowaga zawiodła i poleciałam na chłopaka, prawie wywracając nas oboje na podłogę. W ostatniej chwili jednak złapałam się lady i zatrzymałam, Sahib jednak popchnął tyłkiem hoker, który upadł na kafelki, robiąc przy tym niesamowity huk.
Minutę później zza drzwi wyszedł Artan. Kiedy tylko otworzył usta zobaczyłam tuż za nim JĄ. Dziewczynę, która to wszystko ukartowała. Problem, od którego wszystko się zaczęło.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Mam nadzieję, że będziesz pisała dla nas częściej. I dłuższe notki. Czemu tak krótko? Mimo wszystko bardzo podobało mi się to, co napisałaś. Artan jest taki kochany. I ciekawi mnie co Sahib miał na myśli, mówiąc, że nie chce się przespać z kolegą. Ostatecznie nie wiem jak ma na imię. Chris czy Patrick? Oba są ładne, więc jak dla mnie, może mieć dwa. A co u Ciebie?
OdpowiedzUsuńCzyli Sahib to gej czy jak? :D A serio to cieszę się, że znowu piszesz. Będę szczera, akcji to tuta jest mało, ale sam sposób pisania jest miły dla oka ;) Czekam na nn!
OdpowiedzUsuń