Przykro mi, ale mama sobie wymyśliła spontaniczne góry... :P Nie to żebym z tego powodu płakała, ale zależało mi na wstawieniu nowej części o czasie... Wykorzystuję swój internet w telefonie na wstawienie, a mam mały limit i tak :(. Dlaczego dzisiaj? :( chwała mi, że wzięłam kabel usb xD
+obiecuję, że zrobię coś z tym szablonem. Coś mi się popsuło i jest tak wąsko nie umiem tego zmienić :/. Pobawię się w następnym tygodniu.
Nowość we wtoreczek! :)
__________________
- Jak pierwszy dzień? - zapytałam, wychodząc z sypialni i opierając się ramieniem o ścianę salonu, przyjrzałam się dokładnie całej postaci chłopaka.
Mieszkałam teraz tutaj na dole, w pokoju Artana. Przenieśliśmy moją garderobę i w planach mieliśmy powiększenie całego pomieszczenia i przeróbkę tej graciarni tuż obok na pokój dziecięcy, który był naprawdę niewielki w porównaniu do całej reszty. Nie było miejsca na stawianie nowych murów wewnątrz, więc postanowiliśmy wstawić tam w niedalekiej przyszłości najpotrzebniejsze rzeczy dla noworodka, a później mieliśmy myśleć nad przeniesieniem się na górę albo dobudówce. To był dopiero siódmy tydzień, a my tak bardzo wszystkim zaczęliśmy się stresować...
- Źle się czujesz? - spytał, a ja z początku nie mogłam zrozumieć o co mu chodziło.
Szybko jednak zorientowałam się, że bezwiednie położyłam dłoń na brzuchu, więc prędko ją opuściłam, przyjmując neutralny wyraz twarzy.
- Skąd! - zaprzeczyłam - Jak było?
Właśnie dzisiaj przejął obiecane przedsiębiorstwo wujka. Był wyraźnie zdenerwowany, a mnie nie spodobało się, że wrócił do domu sam. Bałam się, że coś poszło nie tak, dlatego za wszelką cenę chciałam dowiedzieć się szczegółów. Rozpiął u góry kilka guzików białej koszuli i usiadł zdenerwowany na kanapie w ręku trzymając kieliszek.
- Napijesz się ze mną? - spojrzał zrezygnowany na mnie, co od razu popchnęło mnie w jego stronę.
Dosiadłam się, pokazując dłonią, że nie mam ochoty.
- Aż tak źle?
- To mnie przerośnie. - wyznał - Poważnie. Niedługo zacznę się zmieniać w młodszą i dużo przystojniejszą wersję twojego faceta. - skrzywiłam się na dźwięk ostatnich dwóch słów - Jest kryzys i tyle roboty, że zaczynam się rozglądać za jakimś łóżkiem polowym, albo biurkiem z wysuwanym materacem.
- Artan cię ostrzegał. - przypomniałam, ale uznałam, że to niestosowne - Wdrożysz się. Początki zawsze są najgorsze. Obiecał ci pomoc, prawda?
- Emma... - zaśmiał się cicho, upijając spory łyk trunku - Mi właśnie o to chodziło, żeby się usamodzielnić. Rozumiesz, jakoś od niego oderwać, a nie teraz latać za nim i płaszczyć się, żeby wytłumaczył mi co po kolei mam robić, albo najlepiej zdradził receptę na sukces.
- Przecież to nie będzie trwać wiecznie! Poza tym "płaszczyć się"?! Sahib, cholera, on oddał ci dziesięć lat swojej ciężkiej pracy! Więc zamiast siedzieć na dupie i gadać takie głupoty to...
- To co?! - przerwał mi - To co, Emma? Klęknąć na kolanach i dziękować za wspaniałomyślność? To nie żadna łaska, coś mi się w końcu należy, sam zabrał się za projekt ojca, który jest wart dużo więcej.
- A potem zaproponował ci połowę udziałów! Przestań być takim zadufanym w sobie egoistą! Dobrze wiesz, że zrobił to dla ciebie. Mógłby całkiem odrzucić tę propozycję, bo sam nie mógłbyś się jej podjąć. I nic ci nie oddawać, mieć cię głęboko w dupie.
- Gdyby nie on może nikt nie musiałby niczego odrzucać. - dzielnie wytrzymałam jego pełne wyczekiwania spojrzenie.
Mówił o mnie. Nie raz wspominał o tym, co "czułam" do niego na samym początku. To nigdy nie było prawdziwe, nie to co przeżywałam teraz. Nie było tak silne, było tylko chwilą. W dodatku wyjątkowo krótką. Powinien zdążyć już pogodzić się z porażką, z tym, że to nie z nim budzę się każdego ranka i to nie w jego ramionach zasypiam każdej nocy. Tyle że jakby rozpamiętywał to coraz dotkliwiej. A mnie za każdym razem bolało.
- Przyjechał - powiedział po dwóch minutach głuchej ciszy - Napij się czegoś zimnego i ochłoń. Lepiej nie pokazuj mu się taka rozdrażniona, chyba że masz ochotę na kolejną awanturę. - zaczął zbierać się z miejsca i stanął przy drzwiach w tym samym czasie, co Artan.
Słyszałam jakieś głosy, ale nie przysłuchiwałam się im jakoś szczególnie. Poszłam za radą chłopaka. Weszłam za kuchenną ladę i wyjmując lód z pojemnika, włożyłam go do szklanki pełnej soku. Wypiłam cały napój niemal jednym haustem.
Nie wiedziałam, czy to ze względu na mój stan czy to po prostu ja zdążyłam się zmienić, ale... Potrafił mnie zirytować bardzo szybko. Prawie każda dłuższa rozmowa kończyła się kłótnią. Fakt, że nigdy się nie przepraszaliśmy i kilkadziesiąt minut później wszystko wracało do normy, ale jednak nerwy miałam teraz w wyjątkowych strzępach.
Widziałam, że Sahib siadał z powrotem w salonie, chociaż był już gotowy do wyjścia. Zmarszczyłam czoło i czekałam aż któryś mi to wyjaśni.
Podeszłam do mężczyzny i przywitałam się z nim krótkim, przelotnym pocałunkiem, tak żeby nie zorientował się, że coś nie było w porządku i żeby nie stawiać obserwującego nas chłopaka w jeszcze bardziej niezręcznej sytuacji.
- Musimy pogadać - zaczął, odkładając rzeczy na podłogę - Wszyscy - podkreślił - Martha za chwilę zejdzie.
- Coś się stało? - dopytywałam, ale milczał dopóki na kanapie nie usiadła gosposia.
Martha była wyraźnie zaskoczona całym tym rodzinnym zebraniem, zupełnie jak ja, dlatego w ciszy wyczekiwaliśmy, aż Artan podejmie w końcu temat.
- Martho, pamiętasz Khalifa Fathę? - pokiwała twierdząco głową, więc kontynuował - Zmarł wczorajszej nocy, w szpitalu. Obiecałem mu coś kilka tygodni temu, ale nie spodziewałem się, że będzie musiało dojść do tego tak... wcześnie. - mówił - Sprawy się skomplikowały, ale nie złamię danego słowa.
Założyłam nogę na nogę i zaczęłam się denerwować. Utkwiłam ponaglający wzrok w mężczyznę, zupełnie olewając postawę Sahiba, któremu to wszystko latało koło... No właśnie.
Kobieta natomiast zasłoniła dłonią usta.
- Miał córkę, Galiję. Dziewczyna została całkiem sama, chwilowo opiekuje się nią jego sekretarka, ale nie mogę jej teraz tak zostawić. Chcę ją tu sprowadzić, jak najszybciej.
Ja siedziałam zszokowana, Martha trochę przerażona, a chłopak po prostu cicho się zaśmiał. Boże, jak on działał mi dzisiaj na nerwy...
- Może od razu zarejestrujmy ten dom jako przytułek albo schronisko. - warknął - Galija sikała kiedyś ze mną do jednej piaskownicy, czyli jest ode mnie młodsza maksymalnie dwa-trzy lata. Jest prawie dorosła, nie potrzebuje opiekunki.
- Jest kobietą! - od razu odpowiedział Artan - Nie ma szans, że poradzi sobie w tym kraju sama. Ojciec całe życie trzymał ją pod kloszem i właściwie wcale się nie dziwię. - wytłumaczył bardziej mnie niż bratankowi.
- Czyli mamy ją tu przetrzymywać dopóki nie znajdzie sobie faceta?
- Wystarczy! - wstałam podburzona z miejsca i zwróciłam się do chłopaka - Skończ już w końcu! Przestań się mścić! Dziewczyna kilkanaście godzin temu straciła ojca, została całkiem sama i zrozpaczona, co sam powinieneś doskonale rozumieć! Okaż więc do cholery, choć odrobinę współczucia i zamknij się chociaż teraz! - wypuściłam głośno powietrze z ust i wyszłam do swojej sypialni.
Oh, udało Ci się o 15.15 ;) Szkoda jednak, że tak krótko. Widać, że Emmę już bardzo denerwuje zachowanie Sahiba. A ja z przyjemnością poczeka do wtorku, by powiedzieć się jak będzie z Galiją. ^.- Poza tym, ja do nagłówka nic nie mam. Ba! Bardzo mi się podoba. xd
OdpowiedzUsuńI...! Miłego wyjazdu, kochana :)
OdpowiedzUsuńNo, dobrze że zaczęłaś pisać nowe opowiadanie :) Serio, nie mogę się doczekać następnych części :)
OdpowiedzUsuń